Zmagania ze snem albo jak czytać, kiedy chce ci się spać (albo odwrotnie)

Na pewno
przeżyliście w swoim czytelniczym doświadczeniu taką sytuację,
że czytaliście, czytaliście aż zdaliście sobie sprawę, że
zaraz zaśniecie, a wcale nie chcecie, bo przecież to taka ciekawa
książka! Pomyślałam, że podsumuję swoje doświadczenia w tej
kwestii, a kto wie, może przy okazji dowiem się o innych ciekawych
sposobach walki ze snem przy czytaniu?

Oczywiście można
sobie na początku postawić pytanie, po co czytać, skoro chce się
iść spać? Tudzież: jeśli zapada się w sen przy książce, to
może warto iść spać i się nie męczyć? W tym pierwszym wypadku
zazwyczaj mamy do czynienia z sytuacją, w której książka z
jakiegoś powodu nie pozwala nam zasnąć: jest tak wciągająca, że
chcemy od razu wiedzieć, jak się to wszystko skończy albo wiemy,
że jeśli odłożymy książkę w tym momencie, to już do niej nie
wrócimy. Doskonale wiem, jakich książek bym nie przeczytała,
gdybym się nie przemogła, żeby je skończyć od razu (inna sprawa,
czy bardzo bym żałowała, że ich nie skończyłam, ale to – no
właśnie – inna sprawa) i dla jakich zarwałam noc. W tym drugim wypadku z kolei możemy mieć do czynienia z książką,
która nas nuży i zasypiamy po prostu, niekoniecznie leżąc w łóżku
po godzinie dwudziestej drugiej.

I teraz co zrobić,
kiedy taka książka nas faktycznie nudzi? Ale przecież zdarzają
się nudne książki, które z jakiegoś powodu chcemy jednak
przeczytać. Jak kiedyś wspominałam, nie zdarzyło mi się chyba
jeszcze zasnąć nad książką. Oto lista sposobów, którymi jakoś
się ratuję przed zapadnięciem w sen nad książką, jeśli właśnie
z jakiegoś powodu jednak chcę ją doczytać. 
 
 
 Dla takiej notki naturalnym niejako materiałem ilustracyjnym
są przekonujące zbliżenia sowich pyszczków (czy ptaki mają pyszczki?). Źródło.
 

Zmienić pozycję:
to dość logiczna zasada, bo
ruszając się nieco się cucimy. Czasami wystarczy przerzucić się
z boku na bok (jeśli czytamy w łóżku), wyprostować plecy (w
fotelu) albo usadowić
wygodniej (jak w łóżku, tak w fotelu). Zdarzało mi się kończyć
lekturę w dziwacznym rozpięciu między dywanem, łóżkiem a
fotelem, bo kończyły mi się pomysły, jak jeszcze mogę usiąść,
żeby nie zasnąć, a równocześnie w miarę wygodnie kontynuować
lekturę. Zwykle działa, choć na bardzo opornych książkach albo
wyjątkowo morzącym śnie może się złamać.

Iść zrobić
sobie coś do picia:
nie dość,
że ruszymy się z miejsca, więc trochę rozbudzi nas powiew wiatru
na twarzy między pokojem a kuchnią, to jeszcze skorzystamy na tym,
bo weźmiemy sobie coś do picia. A to, jak wiadomo, zawsze przyjemna
sprawa, w końcu jak podejrzewam nie tylko mnie zestaw
łóżko-książka-herbata wydaje się kuszący. Wziąć możemy
sobie też wodę, która nas nieco orzeźwi, i już kontynuować
lekturę, żeby sprawdzić, czy nasze podejrzenia wobec bohaterów są
słuszne.
 
 
 Majestatycznych niekiedy sów, należy dodać. Źródło.
 

Otworzyć okno:
jeśli powiew wiatru, jakiego
dostarcza nam spacer do kuchni i sam ruch nie wystarcza, otwórzmy
okno. Nie dość, że w przewietrzonym pomieszczeniu czyta się (i
śpi!) lepiej, to jeszcze można oderwać się na chwileczkę od
lektury, odświeżyć umysł i pooglądać to, co dzieje się na
dworze. Może przyjdzie nam przy okazji do głowy myśl, co jeszcze
możemy zrobić, żeby nie zasnąć, bo jakże tu spać, kiedy w
książce dzieją się takie rzeczy (chyba, że coś dzieje się za oknem, wtedy sprawa powrotu do książki może się skomplikować).

Przemyć twarz:
często się do tego uciekam,
kiedy już kompletnie nie mam pomysłu,
co zrobić. Na szczęście ostatnio nie mam jakoś wielkiej potrzeby,
ale w czasach licealnych, kiedy trafiało mi się sporo lektur w
rodzaju „muszę przeczytać, muszę wiedzieć, jak to się kończy!”
oraz „jak teraz odłożę, to kaplica!” oraz „noc jeszcze
młoda, kto by szedł spać, kiedy można czytać!” orzeźwianie
się wodą w ten sposób jakoś pomagało mi utrzymywać sen na jakiś
jeszcze czas z dala ode mnie.
 
 
 

Szybkie ćwiczenie
gimnastyczne:
to już nie mój
sposób, ale mojego Domownika, który co prawda, kiedy go zagadnęłam
stwierdził, że on tam się nie męczy i idzie spać (potwierdzam,
idzie), ale jak już musi, to zwykle zrobi kilka przysiadów i jakieś
rozciąganie mięśni i to go nieco ożywia, i zachęca, żeby jednak
czytać dalej.

Sięgnąć po
kawę i pokrewne:
skoro, jako
się rzekło wyżej, możemy
iść zrobić sobie coś do picia, to można sięgnąć po różnego
rodzaju orzeźwiacze w rodzaju kawy. Od razu się Wam przyznam, że
kawy nie piję (tylko zbożową, a ta, no cóż, jest cudowna, ale
raczej słabo płoszy sen), ale
dobra zielona herbata to jest coś, czym nie pogardzę i zwykle
faktycznie potrafi mnie obudzić, jeśli tego potrzebuję. Jeśli
jednak kawa/herbata/inne działa na nas za mocno, to może lepiej już
nie czytać i iść spać, zamiast ślipkować bezradnie do rana z
powodu wypicia kawy za późno w nocy.
 
 
 
To
chyba wszystko, po co sięgam, kiedy mam ochotę czytać po nocach.
Ostatnio jakoś faktycznie może nie po nocach, ale do późna, w
każdym razie. Macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na nie
zasypianie przy czytaniu? A może wychodzicie z podobnego co mój
Domownik założenia, że jednak nie ma co się męczyć i lepiej
pójść spać?

Comments

    1. Post
      Author
      admin

      Ale jak widzę niżej, jednak czasem w weekendy, jak zakładam wolne od pracy, Ci się zdarza ;). Mnie czasem się zdarza taka panika nocna, że czemu ja czytam, przecież trzeba rano iść do pracy! I to jest sposób na powiedzenie książce "kochana, dokończę cię później, ja wiem, że będzie mnie to dręczyć, ale cóż czynić" ;). Bo jest też tak, że czasami żadne sposoby nie przynoszą efektu albo jest on pozorny — niby czytam, ale co ja czytam ;)? I wtedy lepiej się wyspać przed pracą ;).

  1. Grendella

    Najczęściej po prostu zmieniam pozycję, najlepiej na siedząco. Zmieniam również pomieszczenie i robię sobie coś do picia. Albo jeszcze lepiej, sięgam do lodówki po jakąś przekąskę 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Prawda? Na leżąco to aż kusi, żeby jednak dać sobie spokój i iść spać ;). Przekąski w moim przypadku bywają zwodnicze, bo jak jem, to nie zawsze umiem równocześnie znaleźć dogodną pozycję, żeby przy tym czytać — ale fakt, takie poszukiwania miejsca do czytania i jedzenia na raz potrafi rozbudzić :).

  2. leżę-i-czytam

    Z tego wniosek, że czytanie to zajęcie ekstremalne, skoro trzeba różnych wspomagaczy, żeby móc je "uprawiać" ;-)))
    Mnie również nie zdarzyło się jeszcze zasnąć nad lekturą (co dziwne, bo przecież zwykle "LEŻĘ I CZYTAM", więc warunki sprzyjają 😉 ), a na filmie – owszem, nie raz. Ale, z drugiej strony, pod wpływem Twojego postu spróbowałam sobie przypomnieć lektury, dla których ostatnio zarwałam noc – i raczej się teraz takowe nie zdarzają…
    Cóż, zmęczenie materiału – gdy chce mi się spać, po prostu ulegam pokusie 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      @Leżę-i-czytam, z filmami to chyba jest tak, że je jednak odbieramy nieco inaczej, to znaczy inaczej angażujemy się w oglądanie, a inaczej w czytanie i może stąd wynikają też preferencje "zapadaniowo-spaniowe" względem filmu i względem książki? Tak przynajmniej przypuszczam. Bo na filmie też zdarza mi się zasnąć (choć — co ciekawe, na serialu już nie :)). Ale w ogóle Ci się takie lektury nie zdarzają? Czy ostatnio? Bo może jesteś z tych odpornych na uroki nocnej lektury po prostu :)?

      @Agnieszka, a widzisz, jednak! :).

    2. leżę-i-czytam

      Zdarzały się, owszem, nie raz! W młodości niejedną noc zarwałam, np. dzięki książkom Chmielewskiej. Teraz już nie, lub znacznie rzadziej… Cóż, uroki tzw. dorosłości – trzeba rano wstać, więc w nocy, siłą rzeczy, się śpi 😉 Na serialach trudniej zasnąć, choćby z tego powodu, że przeciętny odcinek krócej trwa niż film 😉

    3. Post
      Author
      admin

      Mam też wrażenie, że serial jest po prostu tak skonstruowany, żeby na nim nie zasypiać, bo ma trzymać w napięciu. Chociaż właściwie nie każdy. Może masz rację, że to czas trwania jednego odcinka mobilizuje nas do czuwania, podczas gdy na przykład "o kurczę, jeszcze godzina" w przypadku filmu działa raczej jak zachęta do pójścia spać i obejrzenia "na trzeźwo" kolejnego dnia?

  3. Wiedźma

    Często czytam przed snem, leżąc już w łóżku, więc kiedy stanowczo za często zaczyna mi się ziewać, po prostu odkładam książkę i idę spać 😉

    1. Post
      Author
  4. Fatalne Skutki Lektur

    Ja jakoś nie czuję potrzeby – w sensie chce mi się spać, to śpię, książka nie ucieknie. Za to maratony serialowe! Następnego dnia mogę umierać, ale obejrzę do końca 🙂 Wytrzymuję chyba czystą siłą woli, ale pewnie niebieskie światło ma swój udział…

    1. Post
      Author
      admin

      Ale to chyba podobna zasada, w sensie: tak się wciągnęłam, że muszę skończyć, bo inaczej nie wytrzymam. Tylko medium inne ;).

  5. Kinga

    Dosyć często zdarza mi się, że przysypiam nad książką – dzieje się tak, gdy czytam wieczorem albo nawet popołudniami, gdy jestem zmęczona, a próbuję czytać w pozycji leżącej. Próbowałam z tym walczyć, ale takie czytanie według mnie nie ma sensu; zdecydowanie wolę odłożyć lekturę na następny dzień i się nie męczyć.

    1. Post
      Author
      admin

      Właśnie, właśnie, to leżenie to jednak zwodnicze jest ;). Wydaje mi się też, że to może zależeć od książki, w sensie — są takie, które przy lekkich oznakach senności odkładam bez żalu na później, ale są takie, gdzie no nie mogę, po prostu nie mogę, i wtedy w grę wchodzą wszystkie te sposoby, jak nie zasnąć i czytać ;).

  6. joly_fh

    No tak, też zadałam sobie po pierwsze to pytanie: po co czytać, jak chce się spać. Ja nie próbuję – jak chce mi się spać, to idę spać, a nie zmuszam się do czytania, wszak książka nie zając, nie ucieknie. Tym bardziej, że jak się człowiek nie położy wtedy gdy ma taką potrzebę, to pewnie potem w ogóle się nie zaśnie. Czasem mam tak, że oczy mi się wręcz zamykają nad książką i nie ma to nic wspólnego z jej treścią. A czasem faktycznie książka nudzi – wczoraj zdarzyło mi się przysnąć nad Marsjaninem 😉

    1. Post
      Author
      admin

      Ojej, a liczyłam na tego "Marsjanina" (czekam w kolejce w bibliotece), bo słyszałam bardzo dobre opinie, a poza tym przyjemnie by było znowu ruszyć w Kosmos ;). A co do "przesypiania" swojej pory spania zgadzam się — może nie, że nie zaśnie, ale na pewno trudniej wtedy zasnąć i niby się człowiek kładzie spać, ale jakoś nie może w ten sen zapaść.

  7. Ewa Serenity Iwaniec

    Ja zazwyczaj kładę się spać, jeśli sen mnie dopada i oczy się kleją. Chyba, że książka mnie wciągnie i nie pozwoli się oderwać. Zazwyczaj w takim przypadku po prostu wybieram kawę albo przybieram taka pozycję, w której nie zasnę za szybko i potem się wiercę. Ale najczęściej wystarcza mi zapalenie lampki (jestem jedną z tych dziwnych osób, które nie mogą spać, kiedy jest za jasno), choć to zazwyczaj przeszkadza domownikom.
    Ach i przy okazji – pozwoliłam sobie nominować cię do Liebster Blog Award: http://www.bardzosubiektywnie.pl/liebster-blog-award-zbiorcza-odpowiedz-na-wszystkie-nominacje/

    1. Post
      Author
      admin

      A nie, lampka w moim przypadku nie działa (za to zachęty do jej zgaszenia jakby tak dość często powodują, że chcąc nie chcąc albo muszę iść czytać gdzie indziej, albo jednak iść spać ;)). Zastanawia mnie, czy czytnik z podświetleniem to nie jest jakieś wyjście z tej sytuacji, ale na razie nie mam z kolei potrzeby zmieniania czytnika, bo po co, skoro ten lubię (choć podświetlenia nie ma ;)).

      O, dziękuję — pytania nieco groźne, ale postaram się odpowiedzieć :).

    1. Post
      Author
      admin

      A to prawda, z podręcznikami to bywa różnie — zwykle stosuję te porady przy powieściach, innego typu materiał do czytania mnie jednak po nocy nigdy nie trzymał ;). Ale w razie potrzeby faktycznie do zastosowania :).

  8. Książkozaur

    Oooo, super poradnik, bo to mój wieczny problem. Przy kompie mogę nie spać, ale nad książką oczy zamykają mi się czasem już o 20 🙁 A kiedy czytać, jeśli dopiero wtedy dzieci idą spać? Na pewno wykorzystam przemywanie twarzy (czemu wcześniej na to nie wpadłam?). Najczęściej wykorzystuję picie. Niestety potrafię zasnąć 5, 15, 30 minut po wypiciu kawy (a piję sypaną z dwóch czubatych łyżeczek 😉 ), więc czy piję kawę, czy wodę, to wsio rybka 😛
    Ze swojej strony dodałabym kontrowersyjne, ale skuteczne jedzenie 😀

    1. Post
      Author
      admin

      Fakt, chyba że się człowiek za dużo naje i zapadłby w taką drzemkę do trawienia ;). Z kawą chyba jest tak, że długo pita traci trochę te właściwości pobudzające. Może herbata zielona? Próbowałaś? Bo żadnych napojów nie polecam ;). Natomiast przemywanie twarzy to jest coś, co polecam, bo faktycznie jest niezłe (a w końcu i tak się myć trzeba, więc korzyść, że tak mimochodem ;)).

    2. Książkozaur

      Mam w domu chyba ze 30 wariantów zielonej herbaty 🙂 Od liceum (czyli już 10 lat) innej nie pijam. Bardzo lubię, ale pobudza mnie jeszcze mniej niż kawa 🙁

    3. Post
      Author
      admin

      Zawsze podejrzewałam, że w takich obudzaczach, żeby zadziałały, trzeba mieć jeszcze podatny na nie organizm :). Mnie zielona herbata pomaga, ale nie każda — moja ulubiona jakoś wypadła chyba z rynku i już tej mieszanki nie robią (a cudna była, taka orzechowa, tęsknię!), ale dzięki temu musiałam poszukać nowej ulubienicy i znalazłam mlecznego oolonga ;).

    4. Post
      Author
      admin

      Mam nadzieję, że będzie Ci smakowała, dla mnie zdecydowanie topowa herbata (nie trzeba jej za dużo sypać, a do tego przy kolejnym zalaniu liści wodą nie traci na smaku, a zyskuje nowe walory). I pachnie jak świeżo upieczone ciasto drożdżowe, więc mniam :).

    5. leżę-i-czytam

      Jak świeżo upieczone ciasto drożdżowe, z odrobiną karmelu na dodatek! 🙂 (To również moja ulubiona herbata, odkryłam ją niedawno i piję nałogowo – mam tylko nadzieję, że naukowcy nie odkryją za moment, że oolong jest niezdrowa ;-))) ).

    6. Post
      Author
      admin

      Piąteczka :D! Może to jest jakaś oolongowa inwazja, skoro w podobnym czasie ta herbata się objawia różnym osobom? Ale nawet jakby była — cóż, jest taka dobra, niech się jej poznanie szerzy :).

  9. Mysza

    Nawiążę do któregoś z wcześniejszych komentarzy i przyznam, że rzadko ostatnio się zdarza książka dla której zarwę noc. Mogę je w ciągu ostatnich 5-8 lat policzyć na palcach jednej ręki ("Shades of Grey" Fforde'a, "Ready Player One" Ernesta Cline'a, "Looking for Alaska" Greena, trylogie The Hunger Games). Kiedyś zdarzało mi się to częściej – cały Potter, kolejne tomy Anne Rice pochłaniane po raz pierwszy, Achaja Ziemiańskiego, książki Kuby Ćwieka, kryminały Agaty Christie… myślę że wynika z dwóch złożonych, wzajemnie powiąanych czynników: wieku i oczytania.
    Przez wiek rozumiem przede wszystkim kwestie odpowiedzialności – w młodszym wieku człowiek nie miał wysoce rozwiniętego poczucia odpowiedzialności ani zbyt poważnych obowiązków. Zarwanie nocy na czytanie w tygodniu wiązało się z przysypianiem na lekcjach, a nie ochrzanem od szefa że walnęliśmy się w projekcie. Poza tym z wiekiem zmienia się też zapotrzebowanie na sen – osoby starsze mogą spać krócej, ale muszą to robić regularnie. A zarywanie przypadkowych nocy temu nie pomaga (młode osoby prowadzą bogate życie imprezowe – albo czytelnicze 😛 – bo ich organizmy się sprawniej "odradzają" przy często występującej małej ilości snu). Dochodzi też fakt, że czasem po prostu wygrywa rozsądek – owszem, książka jest arcy-ciekawa, ale nie ucieknie. Jutro też będzie czas na czytanie, a wolę się wyspać i być przytomna w pracy niż żałować zmęczenia.
    Przez oczytanie rozumiem dwie rzeczy. Zarówno samą jakość książki (dobrą lekturę trudniej odłożyć), jak i to, jak bardzo jesteśmy oczytani. Nietrudno wszak zauważyć, że im jesteśmy starsi i im więcej (pop)kultury mamy za pasem, tym czasem trudniej nas porwać, zainteresować czy zaskoczyć. Stąd rzadziej niż w dzieciństwie zdarzają się książki, które naprawdę są nas w stanie oczarować.

    Stąd teraz tylko Naprawdę Dobre, Wciągające Książki (w moim, subiektywnym odczuciu) są w stanie wygrać z moim zdrowym rozsądkiem i zmusić mnie do zarwania nocy. Przy czym nie muszę stosować żadnych sprytnych sposobów – nie zasypiam siłą woli i 'rozpędem" czytania. Choć rzeczywiście zdarza mi się przy tym wiercić – czytając ostatni tom HP (od 8 wieczór do 5 rano) przeturlałam się przez całe łóżko 😀

    PS. A wiesz, że pamiętam pierwszą książkę dla której zarwałam noc?… czytane na wakacjach we Francji "W pustyni i w puszczy" 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Jesteś kolejną osobą, która wspomina o "Ready Plater One", muszę chyba to znaleźć i przeczytać, bo ciekawa jestem bardzo, czy taka wciągająca, jak mnie dochodzą słuchy :).

      Myślę, że tak, masz rację, ale przecież zdarzy się taka książka, że po prostu _musimy_ ją doczytać, niezależnie od tego, że o szóstej trzeba wstać do pracy. To znaczy ogólnie wypadkowa czynników działa tak, jak piszesz, ale w szczegółach może się różnić: kiedy ta podstawowa zmienna (książka) to będzie "ta" książka. Doczytujemy po nocach też z różnych powodów — to znaczy niekoniecznie nawet dlatego, że tak nas to wciągnęło, ale (co mnie się zdarza czasami) dlatego, że wiemy, że jak już odłożymy, to pewnie nie sięgniemy.

      A wiesz, że ostatniego Pottera to nawet czytałam tak, że pozwoliłam sobie na chwilę drzemki w środku? A czytałam w autobusie jadąc do domu rodzinnego (około ośmiu godzin) i już nie pamiętam, w którym miejscu, ale pomyślałam "e, teraz pośpię, nie ucieknie" ;).

      O rety, naprawdę "W pustyni i w puszczy" :D? Nie cierpię tej książki, jakoś organicznie jej nie lubię odkąd ją po raz pierwszy przeczytałam w podstawówce ;).

    2. Mysza

      Zależy – większości osób, którym ją poleciła bardzo się spodobała, ale mam wrażenie, że "Ready Player One" przede wszystkim polega na silnej nostalgii za lata mi 80. i 90. Jeśli to także Twoje klimaty i lubisz multum nawiązań do popkultury, sądzę że możesz sięgać w ciemno i czeka cię wieczór intensywnego, ale przyjemnego czytania 🙂

      U mnie w sumie rzadko pojawia się argument "jak nie doczytam teraz to po odłożeniu nie sięgnę z powrotem". W sensie, nie umiem chyba wyczuć, czy książka mnie nudzi/źle się czyta na tyle, że po odłożeniu do niej nie wrócę. Sądzę, że nie wracam do odłożonych książek w sposób zupełnie nieplanowany i przypadkowy. Ale przy okazji mogę się pochwalić: ostatnio pochłonęłam "The Martian" w 10h ciurkiem. Co prawda wyrobiłam się tuż przed północą (czyli standardową porą chodzenia do łóżka), ale i tak fajnie było znów trafić na książkę, która by mnie aż tak pochłonęła 🙂

      A co do "W pustyni…" – też jej nie cierpiałam, ale głównie dlatego, że mnie strasznie nudziła. Robiłam ze 4 podejścia, ale nigdy nie doszłam do konfrontacji z lwem – a to właśnie po tej scenie, IMHO, robiło się ciekawe, bo zamiast "ojej, porwali nas źli ludzie, buhu" mieliśmy dziecięcy survival. A Myszy lubią takie survivalowe opowieści. Plus: mieszkanie w wielki drzewie działało na moją młodzieńczą wyobraźnię. W sumie powinnam dać książce ponowną szansę po latach – skonfrontować rzeczywistość ze wspomnieniami 😀

    3. Post
      Author
      admin

      O, i jeszcze "Marsjanina" też mam na swojej liście — czekam, aż biblioteka zakupi i doczłapię się w kolejce ;). Bo ciekawa jestem właśnie tego, że tak wciąga, lubię książki tego typu (chyba, że akurat mam coś pilnego do zrobienia, wtedy cierpię, ale lubię nadal ;)).

      Wiesz, z "W pustyni…" nie próbowałam się zmierzyć po latach, ale myślę, że byłoby to naprawdę wyzwanie (kurczę, tam jest tyle dziwnych dziwności, bo i to porwanie, i ten ojciec Tarkowski-społecznik, i postać Kalego, i tak napisane bohaterki, i ten Linde w puszczy). A teraz jeszcze rok Sienkiewicza… Ale w pojedynkę się chyba nie podejmę :).

    4. Mysza

      Och, "Marjsanin" wciąga nieprzyzwoicie. Serio, książka o kosmosie nie ma prawa być taka pochłaniająca. I zabawna! Jest ta cudownie zabawna! :3 (przy czym polecam jednak oryginał, bo tłumaczenie "gubi" niektóre żarty)

      To może jakieś Sienkiewiczowskie wyzwanie, żeby Czytelnicy wsparli? Ja bym się zaoferowała do towarzystwa, ale jestem beznadziejna w wyzwaniach – od 2 lat wiszę Rusty z bloga Fangirl's Guide to the Galaxy zaległe teksty do dwóch jej wyzwań czytelniczych. I nie chodzi o to, że nie przeczytałam książek – I did! Tylko nie umiem o nich nic mądrego napisać 🙁

    5. Post
      Author
      admin

      Hm, pomyślę ;). Na pewno w lutym na "Piknikach z Klasyką" będziemy czytać "Bez dogmatu", gdybyś miała ochotę :). A gdybyś miała ochotę na wspólne przeczytanie "W pustyni…" to się piszę (nawet nie w formie osobnych notek, ale takiej "rozmowowej", wtedy łatwiej chyba przelewać wrażenia z lektury tego typu na papier :))! Bo poza tym chciałabym chyba w tym roku zajrzeć do takich Sienkiewiczów mniej mi znanych :).

    6. Mysza

      Niczego nie deklaruję, ale trzeba zapamiętać pomysł – postaram się poszperać i zobaczyć, czy mam gdzieś pod ręką "W pustyni…". Jak znajdę, odezwę się – we'll see how things unfold 🙂

    7. Post
      Author
      admin

      Jasna sprawa :). O, ja nawet wiem, gdzie jest mój egzemplarz, biedaczek ;). Ale chyba ściągnę sobie w razie czego egzemplarz wolnolekturowy, może na czytniku przystąpię do "W pustyni…" mniej uprzedzona doświadczeniem z podstawówki ;).

    8. Niekoniecznie Papierowe

      O! A ja się chętnie piszę na takie dyskusyjne czytanie "W pustyni i w puszczy". Sama po latach tego nie przeczytam, ale z kimś bardzo chętnie. Dodatkowo z góry mogę się zadeklarować wbrew swoim naturalnym rowerowo-wegetariańskim skłonnościom, że przyjmę rolę obrończyni tej książki i wyłuskam z niej samo dobre. Coś w na wzór debat, dyskusji z amerykańskich filmów 😉

    9. Post
      Author
      admin

      Jestem bardzo, bardzo na tak! Zrobię może jeszcze jakieś bardziej widoczne ogłoszenie, może ktoś jeszcze będzie się chciał przyłączyć? 🙂

    10. Mysza

      Brzmi jak plan. Można rozgłosić na FB nawet, zrobić jakieś wydarzenie, czy coś. Mogę też wrzucić info u siebie. Im nas więcej, tym weselej 😀

    11. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.