Lemat-o#20: Zobaczyć Kwintan albo o „Fiasku” S. Lema

 
Bajki zwykle
dobrze się kończą.
[cytuję z wydania
Agory z 2010 roku, s. 252]

Skończyłam! Z na
początku deklarowanych 13-14 tytułów przeczytałam 20. Całość
nie zakończyła się fiaskiem, bo i „Fiasko” jest powieścią
znakomitą. Jak to określił mój Domownik: nieoczekiwany zwrot
akcji, bo ostatnia przeczyta w ramach Lemat-a powieść wskoczyła od
razu na najwyższe miejsce w moim osobistym rankingu. Ale to nie post
o podsumowaniu, ale o samym „Fiasku”. Serio, moim zdaniem spośród
powieści Lema – a powieści akurat przeczytałam wszystkie –
najlepsza.

O co chodzi?
„Fiasko” ma zasadniczo
prolog, w którym lądujemy na Tytanie, księżycu Saturna, z młodym
pilotem Angusem Parvisem. Na Tytanie mają kłopot natury
gospodarczo-społecznej: giną ludzie, którzy chcą się dostać z
kopalni do kopalni w wielkochodach (wielkochody! Słuchajcie, to jest
coś między Evangelionami Gainaxu a Jaegerami del Toro, tyle że nie
służy do walki i jest wcześniejsze o lat co najmniej dziesięć).
Parvis, na wieść o tym, że w jednym z wielkochodów wyruszył
Pirx, rusza za nim – za swoim nauczycielem (muszę przyznać, że nie uwzględniwszy na swojej liście źle wspominanych z dzieciństwa przygód Pirxa, przypadkowo nieźle ustawiłam się do czytania „Fiaska”). Tyle w prologu, potem
akcja skacze daleko w przód i znajdujemy się na statku kosmicznym o
nazwie „Eurydyka”, lecącym – wykorzystując różne fizyczne
paradoksy tak, by nie podzielić losu astronautów z „Powritu do
gwiazd” – skontaktować się z Kwintą, planetą w odkrytym jakiś
czas temu układzie słonecznym, na której, jak wszystko wskazuje,
jest życie. Losy Parvisa, Pirxa i załogi „Eurydyki”, jak już
się zapewne domyśliliście, przecinają się, a zadanie, jakie ma
przed sobą „Eurydyka”, wcale nie jest proste i oczywiste.
 
 
 Główna akcja „Fiaska” dzieje się właściwie w nieodkrytym jeszcze zakątku Kosmosu.
Nie lecimy już do znanych nam z widzenia miejsc, ale czegoś, co dla czytelnika jeszcze 
nie istnieje. Źródło.
 

Lem
robi świetną woltę,
bo w prologu już mamy społeczność
przyszłości, bardzo zaawansowaną technicznie, kiwamy głowami,
jakież to zaawansowanie znaczne, po czym z prologu (pisanego
notabene wcześniej
niż ciąg dalszy) przeskakujemy
do akcji „właściwej”, a tam dostajemy przyszłość, która
patrzy na wydarzenia z prologu jak my na XIX wiek. No, niemalże.
Bardzo mi się podoba to odwrócenie, bo pokazuje też, jak coś, co
wydaje się nowoczesne, może być nowoczesne tylko pozornie (opis
witryfikacji!). Drugą
rzeczą, która mnie ujęła bardzo mocno, jest postawienie na granie
symbolami – w „Fiasku” najlepiej widoczne ze wszystkich dzieł
Lema, jakie do tej pory widziałam (bardziej niż w „Szpitalu Przemienienia”, bardziej niż w „Głosie Pana”). Mamy zatem Las
Birnam na Tytanie, odwołujący się do złowrogiego prześladowcy
Makbeta, mamy też statek „Eurydykę” i kroczącego przed nią
„Orfeusza”, który ma otwierać jej drogę powrotu przez
czasoprzestrzeń.

Ta
symbolika mitologiczna
– Lem zresztą kwituje ją na pół
ironicznie, bo jest tego w „Fiasku” naprawdę dużo (Całe
szczęście, że Grecy mieli tylu bogów i można ich pożyczać z
mitologii
[s. 14]) – jak zresztą tytuł sam już sugeruje,
żebyśmy nie spodziewali się nie wiadomo czego. Bo Eurydyka
przecież niemal już wyszła na powierzchnię z Hadesu, ale Orfeusz
się odwrócił i tym samym nie dotrzymał umowy. Wątek
dotrzymywania obietnic zajmuje zresztą w „Fiasku” poczesne
miejsce i koresponduje z tym orfeuszowskim wątkiem znakomicie.
„Fiasko” można by w prostej linii uznać za dekonstrukcję
„Obłoku Magellana” (który, jak być może pamiętacie, bardzo mi się podobał). W niektórych miejscach przeprowadzaną
zupełnie wprost: mamy narzekania bohaterów na to, że na statku są
sale kinowe i po co to komu, kto by z czegoś takiego korzystał
(oczywiście, że w „Obłoku…” korzystano!), że przed wylotem
kwitł wielki spór o to, czy nie powinny lecieć kobiety i dzieci
(oczywiście, że w „Obłoku…” było to czymś naturalnym!), w
końcu pojawiają się znowu po latach wątki wyrzucania wód oceanu
w przestrzeń i topienia biegunów, nagminne we wczesnych utworach
Lema (oczywiście, że w „Obłoku…” też!). Tym razem jednak
mają swoje konsekwencje, a nie są jedynie błogosławieństwem
technologii. Technologia w ogóle nie jest tu błogosławieństwem –
ułatwia życie i nie ma mowy o jakimś zamachu SI, ale nie jest bez
wad.

Równocześnie
jednak,
gdybym miała stawiać na podobieństwo, w „Fiasku”
doczekały się genialnego rozwinięcia niektóre wątki z
„Niezwyciężonego”. Ostatnie sceny to przecież wędrówka
Rohana, ale odwrócona, pogłębiona, podminowana całą gamą uczuć.
A widowiskowość jak ze space opery?
Sceny lunoklazmu? Najbardziej widowiskowe bodaj właśnie od
„Niezwyciężonego”. W „Fiasku” takich nawiązań znajdzie
się więcej – choćby ów tytaniczny Las Birnam, tak bliski
przecież scenografii wenusjańskiej z „Astronautów”. A do tego
dochodzą jeszcze leitmotivy Lemowskie:
czy Kontakt jest możliwy? Czy loty w Kosmos, choćby nie wiem przy
jak zaawansowanej technologii, mają sens? Tutaj pytania, jakie stoją
przed załogą „Eurydyki” stoją bardzo blisko tych zadawanych w
„Powrocie z gwiazd”.
 
 
 Tak a propos lunoklazmu to można go czytać przewrotnie — zgodnie zresztą z różnymi
faktycznymi astronomicznymi hipotezami — nie tylko jako kataklizm, ale i jako, swego rodzaju, początek. Źródło.
 

Ale w gruncie rzeczy
„Fiasko” nie zachwyciło mnie przecież masą nawiązań.
To jest
piękna i świetnie napisana powieść o tym, w jaki sposób człowiek
jest człowiekiem. Począwszy od tego, że człowieczeństwa w
wymiarze biologicznym się nie przeskoczy – stąd pomysł na
swoistą hibernację załogi – przez ostatnie zdanie całej
powieści (majstersztyk!), aż po wnioski, jakie można wyciągnąć
z powieści w ogóle. Bo czy aby nasze wyobrażenia o inwazji Obcych
nie są odbiciem tego, jak złe zdanie mamy o własnym gatunku? Czy
możemy skontaktować się z obcą cywilizacją – i za jaką cenę
(to znowu jest pogłos „Powrotu…”)? Lem podejmuje też swoje
wątki teologiczne – mamy w końcu wśród załogi dominikanina
(swoją drogą – to zawsze jest dominikanin, w końcu Tichy też
spotyka dominikanina), stawiającego pytania o etykę Kontaktu. Jak
się okaże – słusznie. Jak się również okaże – zdolnego do
stawiania pytań, ale od samego stawiania pytań jeszcze daleka droga
do decyzji.

Gdybym się miała
czegoś czepiać
, to się doczepię do dwóch rzeczy: z jednej strony
bohaterowie „Fiaska” wiedzą, że jak się już kontaktować, to
lepiej opowiedzieć coś z sensem niż wysyłać wzory matematyczne
(to zresztą też ukłon w stronę starych pomysłów Lema, choćby z
„Astronautów” czy „Edenu”), z drugiej jednak ta zjednoczona
ludzkość Lema ma jeden kod kulturowy, w którym na przykład
znaczenie koloru czerwonego jest uniwersalne. Globalizacja
globalizacją, ale przy załodze, w skład której nadal wchodzą
ludzie świadomi swoich korzeni (jest – określany tak wprost –
Japończyk na przykład) to raczej mało prawdopodobne. Z drugiej –
ta kwestia kobieca. Pojawiająca się ukradkiem i z drugiej ręki, bo
jeden z bohaterów znajduje starą gazetę sprzed wyprawy i pomstuje
na te pomysły wysyłania kobiet i dzieci na statku wypakowanym nowym
typem inżynierii energetycznej (czy jakby to nazwać – a pomysł
na nią jest, swoją drogą, świetny). Okej, jestem w stanie
zrozumieć, że zabieranie dzieci na taką wyprawę nie ma sensu, ale
co do kobiet, to jednak jest wiele takich, które by z chęcią
dzieliły niebezpieczeństwa wyprawy, więc ten argument jest jednak
nieco za bardzo chybiony. Przydałyby się we „Fiasku” postaci
kobiece, a fabuła by na tym nie ucierpiała. 
 
 
 Egzoplanety, czyli planety z układów innych niż nasz, to temat dość chodliwy,
więc czemu by nie czytać dzisiaj „Fiaska”? Źródło.
 

„Fiasko” ma
jedną cechę specyficzną, która może sprawić, że może się nie
spodobać.
Jest w nim naprawdę dużo żargonu naukowego,
specjalistycznych określeń, generalnie nikt się nie bawi w
subtelności. Ale, jak już kiedyś zaznaczałam, to nie jest aż
takie istotne, żeby rozumieć wszystko, co bohaterowie mówią: czy
inaczej – to się da zrozumieć, nawet jak się nie jest
zaawansowanym fanem fizyki. Zresztą Lem sam jakby to mówi, kiedy
okazuje się, że jeden z bohaterów (moglibyśmy zaryzykować i
nazwać go głównym) też nie ma w dużej mierze pojęcia, o czym
dyskutuje reszta załogi. Mnie osobiście zatem to zupełnie nie
przeszkadza, a wręcz przeciwnie: mam takie wrażenie, że autor wie,
o czym mówi (przy czym wierzę mu na słowo, bo przecież nie
wszystko umiem zweryfikować).

___

Reasumując?
Czytajcie „Fiasko”, warto! Ja bym nawet polecała w dwupaku z
„Obłokiem Magellana”. Ale o tym, co będę polecać, jeszcze
będzie (a o tym, co się w ogóle będzie na blogu działo, napisałam tutaj). Dziękuję wszystkim, którzy zwrócili moją uwagę na
konkurs na recenzje próz Lema! Ponieważ muszą to być utwory nie
publikowane wcześniej, zanosi się, że będę przez najbliższy
tydzień pisała… jeszcze o Lemie. Nie powiem, żeby mnie ta
perspektywa smuciła, bo pomysłów mam dużo (będę Wam podrzucała,
jeśli macie ochotę!). Tymczasem na blogu spodziewajcie się fali
podsumowań i wpisów okołolematowych. Dziękuję wszystkim, którzy
polecali, kibicowali, śledzili i dyskutowali o powieściach Lema
tutaj. Lato z Lemem było fantastyczne!

11 Replies to “Lemat-o#20: Zobaczyć Kwintan albo o „Fiasku” S. Lema”

  1. Świetna akcja i żal, że to już koniec (no chyba, że jednak wrzucisz wpisy na temat postaci kobiecych u Lema czy recenzje pisane z myślą o LC 🙂 ).
    Ale jeszcze przy okazji możliwej Jesieni z Lemem, to poza wspomnianym "Tako rzecze Lem" polecałbym "Doskonałą próżnię". Zbiór recenzji fikcyjnych książek, to jest – niewykorzystane pomysły na powieści, zakamuflowane eseje i świetne humoreski. Chociażby "Gigamesz", czyli rzecz dotycząca właśnie zbyt dużych chęci do rozbierania utworów na części pierwsze ("opuszczając latrynę, u końca I rozdziału, gwiżdże J. Maesch szesnastotaktową melodyjkę (16 lat miało dziewczę, które zhańbił i udusił w szalupie); jej słowa – nader wulgarne – tylko myśli sobie. Eksces ten ma uzasadnienie psychologiczne w danej chwili; ponadto, piosenka, rozpatrzona sylabotonicznie, daje nam prostokątną macierz przekształceń dla następnego rozdziału") albo "Non serviam" – rozprawa nieomalże teologiczna – czy "Nowa kosmogonia" – świat widziany jako pole gry zaawansowanych cywilizacji, gdzie nawet prawa fizyki są częścią tejże gry.
    To taki Lem skondensowany na niecałych dwustu stronicach i sądzę, że naprawdę warto 🙂

    1. Dzięki :)! Samej akcji koniec, ale to nie znaczy, że do Lema nie będę już zaglądała. Wręcz przeciwnie. Na "Doskonałą próżnię" się czaję, ciekawa jestem bardzo — bo chociaż Lem ma tendencje do tego, że przedłużać dowcip w nieskończoność, aż stanie się straszno-nużący raczej niż śmieszny, to w odpowiednich kawałkach może być upojnie :). No i "Tako rzecze Lem", jak już zapowiadałam, mam na oku. Na razie nie planuję, kiedy przeczytam, bo trochę odpocznę, ułoży mi się wszystko w głowie, a potem pewnie zatęsknię i ruszę do biblioteki :).

      Będzie na pewno tekst o kobietach u Lema, recenzje konkursowe podrzucę w postaci linka, żeby nie dublować miejsca publikacji, będzie też na pewno o tym, jakie prozy Lema czytać, jak się jest uprzedzonym do Lema (jako i ja byłam po przygodach z Pirxem w podstawówce), a jeszcze kilka tekstów mniej poważnych mi się kołacze po głowie :).

  2. Tyle Lema! Mam kilka pozycji na półce – "Fiasko" właśnie, "Szpital przemienienia", "Maskę" i "Przekładańca", które czekają na swój moment, ale czytałam do tej pory tylko "Powrót z gwiazd" i "Kongres futurologiczny". Może mi doradzić, za brać na pierwszy ogień?

    1. Postaram się w przyszłym tygodniu napisać o tym cały wpis, bo to jest, mam wrażenie, sprawa dość śliska: w tym sensie, że trzeba wziąć pod uwagę szereg czynników, żeby nie zrazić potencjalnego czytelnika ;).

      "Fiasko", jak zauważyłaś, podobało mi się bardzo i ma cudowny klimat, więc polecam bardzo — nie zrażaj się w razie czego tym żargonem, jak pisałam, bo to nie jest najważniejsze. "Szpital Przemienienia" mnie osobiście nie przypadł za bardzo do gustu, bo wydaje mi się za bardzo, hm, przekonstruowany, a z fintą dość łopatologiczną, jak na Lema, ale chyba jestem w tej opinii odosobniona. Natomiast "Maski" i "Przekładańca" nie czytałam, więc tu trudno mi się wypowiedzieć :).

    2. "Maska" wydawana była w różnych formach i zbiorach, ale sama z siebie jest jednym z najlepszych opowiadań Lema. Świadomość, dusza AI, wolna wola, świetna i konsekwentna stylizacja. Czyli to, czego można się po Lemie spodziewać 🙂 Chociaż z drugiej strony – protagonistą nie jest tam mężczyzna, ale maszyna utożsamiająca się z kobietą. Przynajmniej początkowo.
      A i napisane jest to przecudnie – "Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonkowe. które podawały mnie dalej, i pełzające metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczonymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz błyskawiczny, ostry i rozkoszny prawie.". Tak więc szczerze polecam 🙂

    3. Ou! Tym cytatem czuję się totalnie kupiona. To jednak nie znaczy, że nie będę czekać na wpis zbiorczy!

    4. Na pewno do "Maski" też zajrzę w przyszłości, będę mogła zweryfikować sądy o kobietach u Lema ;).

  3. Jakże mógłbym swych trzech groszy nie wcisnąć na koniec.
    Już popełniłem pewną niezręczność, wyprzedzając Cię tekstem o "Fiasku" na moim, pożal się Boże, blogu. Afrontem byłoby teraz podawać link. Ale co jest dla mnie ciekawe: jesteśmy podobnego zdania o tej powieści.
    Jest dla mnie "Fiasko" numerem 2, gdyż zestawiając go z "Głosem Pana" nie potrafię strawić łatwości tego dialogu z Kwintanami, który jest dla mnie rodzajem zabiegu deus ex machina. U P. Wattsa w "Ślepowidzeniu" już jest to lepiej wyprowadzone. Swoją drogą – jeśli spodobało Ci się "Fiasko", serdecznie "Ślepowidzenie" polecam.
    Poza tą nieszczęsną "wymianą depesz", jest "Fiasko" niesamowitym osiągnięciem: mądrą powieścią akcji, która w dodatku posiada swój niepowtarzalny i niepodrabialny klimat.

    PS.
    Jakby nie ten występ Harracha z gazetą, to choć jedna powieść wolna byłaby od "kwestii kobiecej". Ale zauważyłaś słusznie, co ja przeoczyłem – Lem rozprawia się w tym miejscu z własną twórczością.
    Bardzo się cieszę, że Lem zrehabilitował się w Twoich oczach po traumie lektury w ramach opresyjnego systemu edukacji narodowej 🙂 Teraz pora na Dukaja.

    1. Czytałam, ale dopiero wczoraj, żeby się nie sugerować :). Doszliśmy do podobnych wniosków w niektórych miejscach ("Niezwyciężony"!) — i zgadzam się z ogólną wymową Twojego tekstu — to znaczy strasznie trudno jest o tej książce napisać. Bo tam jest tyle rzeczy, które można rozumieć na kilka sposobów (samo ostatnie zdanie — kurczę, ależ to zakończenie jest dobre).

      Co do dialogu z Kwintanami — on jest oczywiście rozegrany inaczej niż w "Głosie Pana", ale nie do końca inaczej. To znaczy: czy aby nie my jesteśmy Kwintanami? Czy aby nie wysyłamy sobie znowu sami tej wiadomości? Bo to jest przecież pozór dogadania się (jasne, są depesze, ale to jest taki sam pozór jak te kwiaty rozsypujące się w proch, które napotyka Marek).

      "jest "Fiasko" niesamowitym osiągnięciem: mądrą powieścią akcji, która w dodatku posiada swój niepowtarzalny i niepodrabialny klimat" — właśnie tak, bardzo dobrze to ująłeś. Mnie się chyba "Fiasko" podobało tak bardzo głównie przez to, że łączy to, co wcześniej u Lema wpadło mi w oko: prowadzenie akcji (tu dodatkowo takiej widowiskowej), humoru (scena pogoni za sokiem, dowcipkujący komputer — dodałabym do Twoich skojarzeń, że też trochę "Interstellar" ;)) i mądrej refleksji, która jest trochę o podróżach kosmicznych, ale bardziej o nas jako ludziach.

      Natomiast co do kwestii kobiecej: napiszę o tym niedługo, jak mi się wszystko poukłada, ale to, że się o czymś nie mówi, nie znaczy, że jest to od razu wolne. To, co mnie najbardziej uwiera to to, że Lem chyba nie zakładał po prostu, że dana postać mogłaby robić to wszystko i przy okazji być kobietą. A szkoda.

      Dukaj czeka w kolejce 😉 (bo "Lód" lubię bardzo). Ale wziąwszy pod uwagę gabaryty, akcja nie poszłaby tak sprawnie ;).

  4. No, wreszcie trochę czasu, by odpisać.
    Primo: dialog z Kwintanami: "Czy aby nie wysyłamy sobie znowu sami tej wiadomości?" Albo jestem ślepy i jest to oczywiste, albo zauważyłaś coś niesamowicie inspirującego, o czym wcześniej w ogóle nie pomyślałem. Muszę jeszcze raz przeczytać koniec analizując go pod tym kątem.
    Secundo: podobieństwo GODa do zabawnego robota z "Interstellar" zauważyłem, lecz już nie wciskałem go do swojej notki, bo już i tak zaczynała ona przypominać słynny w pewnych kręgach "sernik cioci Ireny", który był złożem bakalii pozlepianych serem. Zbyt dużo rodzynek w jednostce objętości szkodzi tak samo, jak zbyt dużo skojarzeń w jednym poście (dlatego post o "Wystarczy być" jest silnie ocenzurowany, a z wyciętych rzeczy tworzy się drugi post).
    Tertio: Dukaj. "Lód" musiał Ci się spodobać, wszak to powieść dziewiętnastowieczna napisana przez zbieg okoliczności w wieku XXI! ;-P Ale ma też i mniejsze powieści, wśród których rzeczona "Córka łupieżcy" jest jedną z krótszych. Podobnie "Extensa". Polecam. Niekoniecznie w postaci wyzwania "Lato z Lemem i pięciolatka z Dukajem".

    1. Do "Extensy" bodajże podchodziłam jakoś w liceum — była to jedyna książka Dukaja, jaką mieliśmy w bibliotece, chociaż nie jestem pewna, może to jednak nie była "Extensa" — i nie wyszłam za daleko. Ale kto wie, co teraz będę robiła po przeczytaniu Lema ;). I no nie wiem a propos tego "Lodu" — ja bym raczej powiedziała, że to jest coś w rodzaju modernistycznej powieści stylizującej się na XIX-wieczną, napisaną w XXI wieku ;).

      To odczytanie Kwintan w ten sposób mnie niepokoiło gdzieś tak od połowy książki (bo motyw już znamy, najbardziej z "Pamiętnika…", tam się Ziemianie jawią bardzo podobnie), a zakończenie mnie upewniło, że to nie jest wcale taka bzdurna hipoteza. Bardzo jestem ciekawa, co stwierdzić po przeczytaniu końcówki w ten sposób (innymi słowy: czekam, żeby przetestować tę hipotezę ;)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.