Lemat-o #16: Za dużo nas do pieczenia chleba albo o „Kongresie futurologicznym” S. Lema

Ach, witaj Ijonie
Tichy! Dawno się nie widzieliśmy! Tak zakrzyknęłam, zabierając
się do lektury „Kongresu futurologicznego”, który po dwóch
trudnych prozach: „Głosie Pana” i „Szpitalu Przemienienia”
miał mnie zabrać znowu w szaloną wyprawę z niepoprawnym kłamcą
i czarusiem, Ijonem Tichym. Ale czy to ja się już zrobiłam taką
kontestatorką, czy Ijon spoważniał – nasza wspólna podróż
wyglądała zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. I to z nieco innych powodów, niż mogłabym przypuszczać.

Co się w książce
dzieje?
Ijon Tichy zostaje
zaproszony na Kongres futurologiczny. Ma się on odbyć w
Costaricanie, gdzie efekty globalizacji mają przyćmiewać lokalne
problemy polityczno-społeczne, a sami futurologowie mają radzić
nad problemem przeludnienia. Sytuacja jest paradoksalna, bo i
futurologów jest tak wielu, że nie ma nawet czasu wygłaszać
referatów (zamiast tego wykrzykuje się tylko numery paragrafów ze
swoich artykułów, które inni parują numerami swoich i tak dalej).
Traf chce, że nie za bardzo już można tuszować to, co dzieje się
w Costaricanie, więc kiedy wybuchają zamieszki towarzystwo
futurologiczne, dyrekcja hotelu, gdzie odbywa się zjazd, i debatujący
w innej sali Wydawcy Literatury Wyzwolonej muszą szukać sobie
innego miejsca.
[1]
Jak ona wygląda
na tle innych powieści Lema?
Jeśli mam być szczera, „Kongres…”
sprawia wrażenie rozbudowanej podróży z „Dzienników gwiazdowych” (tej, w
czasie której Tichy ma reprezentować Ziemię na wielkim galaktycznym
sejmie — nawet zakończenie jest podobne). Muszę
przyznać, że choć Tichy jest nadal sobą, to znaczy, jak sam lubi
mówić, sybarytą i, jak ja lubię mówić, uroczym
kłamcą i fantastą, to tutaj jest to bohater smutny i przygaszony.
Jakoś tam się trzyma, ale nie za bardzo podoba mu się to, co się
dzieje. Ziemia jest paskudnym miejscem: pełnym przemocy, z którą
walczy się w idiotyczny i bezsensowny sposób, i to do tego stopnia,
że zamiast się pomagać, tylko siłą tuszuje się kolejne wybuchy
agresji. Tichemu nie chce się już nawet latać w Kosmos –
najpierw dlatego, że zostaje posądzony o eskapizm, co mu się nie
podoba, a potem dlatego, że nie za przyjemnie się lata wiedząc, że
nie bardzo ma się do czego wrócić. Ale gdyby szukać duchowego
brata dla „Kongresu…”, to postawiłabym na „Powrót z gwiazd”. I nie dlatego, na szczęście, że Tichy zaczyna
molestować jakąś Bogu ducha winną kobietę, ale dlatego, że
wizja przyszłości z „Kongresu…” to odbita w krzywym
zwierciadle przyszłość, do której wraca po latach Hal Bregg.
Co to znaczy? To
znaczy, że mamy dokładnie taki sam styl „oglądania” telewizji
– nazywany w dziwacznej przyszłości „Kongresu…”, w potopie
innych słów, które pozmieniały znaczenia, „rewizją” (a
tak na marginesie: mimo wszystko w tej przyszłości mamy jednak
profesora, który ślęczy nad papierami; no i po raz pierwszy
zamiast „mózgu elektronowego” pojawia się słowo „komputer”).
Mamy namiętne faszerowanie się chemią, która ma życie usprawnić
i ułatwić – Lem poszedł o krok dalej niż z betryzacją, która
mnie wcale nie przeraziła, a nie jestem przecież w tym poglądzie
osamotniona, więc w „Kongresie…” już osiągnięciami tak
zwanej psywilizacji i chemokracji nie sposób się nie przerazić,
zwłaszcza kiedy – razem z Tichym – zobaczymy jej skutki.
Wreszcie samo pytanie „latać czy nie latać w Kosmos” oraz
skutki nielatania – zasadniczo przywodzą na myśl właśnie
rozważania z „Powrotu…”. Można oczywiście powiedzieć, że
Lem coś wynalazł i tak się do tego przyzwyczaił, że rozwija te
wynalazki w dalszych książkach (optony chociażby pojawiają się
przecież dość często – choć akurat nie w „Kongresie…”:
tu książki się zjada, w
związku z czym one już nic nie znaczą, ale „smaczą”).
Ale wydaje mi się, że to
raczej signum tempori.

[2]
Ale że niby jak?
Ano tak, że coraz dalej od
jakiegokolwiek optymizmu w sprawie przyszłości. Naprawdę robi się
coraz gorzej – i to i z ludźmi, i z nauką. Nie ma za bardzo w
czym pokładać nadziei. To zdanie z „Głosu Pana”, że są bomby
atomowe, a nie ma atomowych stosów – napędzających statki
kosmiczne, szukające lepszego jutra albo jutra w ogóle – tutaj
pobrzmiewa równie wyraźne, chociaż nikt go nie wypowiada. Lem sam
się zresztą dekonstruuje i wizje optymistyczne, snute w prozach tak
gdzieś powiedźmy do „Solaris” (wiem, że określenie „Solaris”
jako powieści optymistycznej jest deczko kontrowersyjne – ale
zobaczcie, Kelvinowi chociaż zostaje nadzieja!), tutaj obnaża i
odwraca o 180 stopni. Chociażby motyw regulowania pogody, z lubością
powracający w jego wczesnych książkach, tutaj jest zdziwaczałą
próbą okiełznania natury, podczas gdy okazuje się, że to nie
jest nawet istotny problem dla tej przyszłej „psywilizacji” (psychicznej cywilizacji — przyszłe społeczeństwa u Lema lubują się w skracaniu wszystkiego, jak w komunistycznej nowomowie).
I co z tego
wynika?
Tego, że robi się coraz
poważniej i nawet żartowniś w rodzaju Ijona Tichego zostaje
wepchnięty w ramiona rozszalałej groteski, gdzie usiłuje zapobiec
zamachowi na papieża, kulbaczy szczury i opędza się od wyuzdanych
sekretarek, tego się spodziewałam. Nie spodziewałam
się za to tego, co wyraźnie w „Kongresie…” pobrzmiewa: ech
rewolucji roku 1968. Wydany w pięć lat później (1973)
„Kongres…” – przez postać Tichego – mierzy się z
karykaturami rewolucji seksualnej (nadzy wydawcy „literatury
wyzwolonej”), ruchu hippisowskiego (zrzucanie na protestujących
bomb wypełnionych miłością bliźniego w formie gazowej), nowymi
modelami rodziny (reprezentowanymi tu przez „półmatki”, czyli
kobietę-dawczynię komórki jajowej i surogatkę) i
tego typu zjawiskami. Dziwne to, bo do tej pory wydawało mi się, że
w literaturze polskiej raczej tego nie widać – rok 1968 za żelazną
kurtyną to był w końcu rok zupełnie innych rewolucji i wydarzeń
– ale może to dlatego, że akcja „Kongresu…” dzieje się na
zachodzie? Tichy, choć sam
w sobie niepoważny, okazuje się być przy tym wszystkim dziwnie
konserwatywny – przy czym narracja na końcu przyznaje mu rację,
ale muszę powiedzieć, że końcowy twist mnie rozczarował. Nie do
końca na takie zakończenie liczyłam – trochę to takie pójście
na łatwiznę. Ostatecznie bowiem, niezależnie od wagi problemów, Tichemu Lem nie pozwala się z nimi zmierzyć w stu procentach serio. A szkoda.
Reasumując? Przyjemnie się było zobaczyć,
panie Tichy, ale tak jakoś, no, będę z większym sentymentem
wspominać spotkania z „Dzienników gwiazdowych” – i
to wcale nie dlatego, że tam było zabawnie; „Kongres…” na
swój sposób też bawi. W
sprawach poważnych jest jednak dużo bardziej zachowawczy niż
„Dzienniki…” (wspomnę kwestię kobiecą — ale szczerze mówiąc mam wrażenie, że te prozy jakoś wyjątkowo trudno radzą z tym sobie w ogóle, zobaczycie, co się będzie działo dalej! — co piszę z perspektywy już po przeczytaniu „Kataru” i w połowie „Wizji lokalnej”). A co
będzie dalej? Zobaczymy już niedługo, bo w „Wizji lokalnej”.
[1] Wpis ilustrują zdjęcia z Kostaryki, tak, wiem, poszłam na łatwiznę. Źródło.

6 thoughts on “Lemat-o #16: Za dużo nas do pieczenia chleba albo o „Kongresie futurologicznym” S. Lema

  1. Bardzo dobra recenzja. Miałam podobne odczucia po przeczytaniu książki. Lem ewidentnie wraz z wiekiem traci optymizm a wraz z nim bohaterowie jego opowieści. Mnie się ta książka kojarzy trochę z Matrixem;) Pozdrawiam

    1. Ha, coś w tym jest, że te nieustające iluzje rzeczywistości mogą się kojarzyć z Matrixem, tylko Neo jakby bardziej stoicki ;). Co do utraty optymizmu: zobaczymy, została mi jeszcze garstka powieści, ale nie będę się czarować. To swoją drogą trochę się chyba wiąże i z formą: że te powieści to są coraz bardziej traktaty-powieści, niż powieści-traktaty (co widać zresztą i po tym, że Lem rezygnuje niemal z akapitów).

  2. Właśnie, ciekawe, dlaczego nie podniosłaś sprawy "niepewności rzeczywistości"?

    A z innej beczki: czekałem znów na "kwestię kobiecą" 😀 Próbowałem znaleźć na sieci, ale nie znalazłem, więc opiszę. Obrazek satyryczny A. Mleczki. Na pierwszym planie stoi Czyngis-Chan i jego niezadowolona żona. O mówi (mniej więcej): "Podbiłem całą Azję, wymordowałem tysiące ludzi i spaliłem setki miast, a ciebie interesuje tylko, czy były tam jakieś panienki!". Jakoś mi się tak kojarzy.
    Jak już widać z dotychczasowego "portfolio": Jan Matejko (przez astygmatyzm) miał problemy z perspektywą, więc jego obrazy zazwyczaj maja jakąś płachtę, kilim lub kotarę miast drugiego planu. A S. Lem miał problemy z opisywaniem charakterów kobiecych i już. I nie próbował pisać romansów 🙂

    1. Bo ta niepewność rzeczywistości to coś, co się w sumie od dłuższego czasu w moich Lemowych lekturach przewija — nie wiem, czy w "Kongresie…" szczególnie, ale to jest coś do całościowego podsumowania na pewno. Problem z tym, jak to jest rozwiązane w "Kongresie…" (tak samo jak w tej podróży z "Dzienników…", o której wspominam), mam taki, że samo rozwiązanie jest z gatunku tych niewiele wnoszących. To znaczy teoretycznie jest cień nadziei, że on się obudził do kolejnego śnienia, ale tylko cień (biorąc pod uwagę "Dzienniki…"). Zresztą nawet tu — czy w tym, co się dzieje w przyszłości chemokratycznej — cały czas nie dowierzam Tichemu: więc ta "niepewność" dotyczyłaby też bardzo niegodnego zaufania narratora (co jest fajnym tropem, jak sądzę ;)).

      A widzisz, ale jest tu pewna zasadnicza różnica: między nieznajomością psychiki kobiecej, a tym, że Lem po prostu traktuje postaci kobiece — od pewnego czasu! — jak te płachty u Matejki. Przez "Kongres…", a i przez "Katar" (o czym napiszę, nie bój się ;)) przewija się wątek emancypacji jako bzdury — bo na co to komu, jakby kobiety chciały, to by robiły coś więcej (a że nie robią, to pewnie dlatego, że nie chcą, a nie, że nie mają po temu możliwości). Świat "Kongresu…" to jest czarna groteska — ale zastanawiające, że nawet w niej na tym zjeździe Wydawców Literatury Wyzwolonej kobiety służą tylko do tego, by na nie patrzeć, a patrzą na nie ci wydawcy — jak jeden, nomen omen, mąż płci męskiej. I dlatego nie przestaję na to zwracać uwagi.

      I nie zgodzę się z twierdzeniem, że Lem nie próbował pisać romansów — w "Obłoku Magellana" jest cały długi wątek romansowy i to nie tylko, że jest, on jest naprawdę dobrze napisany (w przeciwieństwie do tego dziwacznego wątku z "Powrotu do gwiazd", czy doklejonego motywu w "Szpitalu Przemienienia", ale tam zasadniczo można by się jeszcze uprzeć i bronić go, bo służy właściwie jako pewien odnośnik).

  3. Mój ulubiony Lem – o niczym to nie świadczy, bo niedużo czytałam. Ale za to jedna z tych książek, które kupiłam po przeczytaniu z biblioteki, bo po prostu muszę mieć na półce.
    Uwielbiam, że jest śmiesznie śmiesznie i nagle bach, straszno. Śmiech z samych siebie niesmacznie więźnie w gardle.

    1. No właśnie zaobserwowałam, że w moim przypadku od początku nie było za śmiesznie — w sensie "Kongres…" jest bardzo mocno groteskowy w taki sposób, który od razu każe śmiechowi więznąć w gardle. Pod tym względem spokojniejsza była dla mnie lektura pierwszych podróży z "Dzienników gwiazdowych". Ale przeczytałam kilka pierwszych stron na głos Domownikowi i on też stwierdził, że — jak to ładnie ujęłaś — śmieszno, śmieszno i straszno. Także może to kwestia czytania Lema po kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *