Kameleon z lat 90. albo o „Chodźmy razem” J. Lloyd i E. Rees

Takie impulsywne
„biorę tę książkę, skoro wyrzucają ją z biblioteki” ma
swoje zalety, ale i wady. We wzięciu „Chodźmy razem” – i
decyzji przeczytania go – było właściwie chyba więcej wad, ale
przy okazji jest okazja do refleksji. Bo „Chodźmy razem”,
powieść wydana w charakterystycznej serii z kameleonem wydawnictwa
Zysk i S-ka, jest, powiedzmy to szczerze na początku, książką
taką sobie.

Nie, nie użyję
słowa „złą”, bo ona jest nawet sprawnie napisana. Problemem,
największym z tłumku problemów, jaki ma ta książka, jest kiepska
konstrukcja dramatyczna. Ale dobrze, od początku. Tak, będą spojlery. Co to w ogóle za
książka?
Nie ma w niej nic nietypowego, ale też, jak sądzę, nie
ma być. Lata 90., Anglia, dwójka bohaterów – on,
malarz-podrywacz, ona, szukająca stałej pracy i faceta. Poznają
się, wybucha uczucie, ona czeka na deklarację miłości, on nie
wie, bo to takie poważne słowo. Kryzys. Jednak się kochają.
Kurtyna.

Fascynujące przy
lekturze jest śledzenie tego, jak lata 90. są przywoływane jako
synonim nowoczesności i dobrego smaku („kobieta lat 90.” albo „w
końcu mamy już lata 90.!” to z dzisiejszego punktu widzenia
bardziej wstawki humorystyczne) i to, że jednak pewne uniwersalne
schematy pisania love stories
się w ogóle nie zmieniają. Ale poza tym książka – we mnie
przynajmniej – wywoływała irytację. Nie jest na tyle zła, żeby
się nad nią jakoś mocno pastwić, ale dobra też nie jest. Przede
wszystkim autorki (bo są dwie) ostrą prą ku temu kryzysowi, który
jest w gruncie rzeczy zbudowany na tak irracjonalnych zbiegach
okoliczności, że nawet jeśli chciałoby się bohaterce współczuć,
to nie bardzo można, bo efekty są raczej komiczne.
 
 
 Właściwie nie wiedziałam, czy by tę notkę zilustrować, więc niech będzie stereotypowo,
skoro i książka sobie, jeśli chodzi o stereotypy, nie żałuje. Źródło.
 

Otóż
bohater, czekając aż bohaterka wróci ze spotkania z kolegą, pije
na umór. W końcu ktoś dzwoni do jego drzwi – za nimi stoi
dziewczyna, z którą flirtował wcześniej i sugeruje
niedwuznacznie, po co przyszła. Ale bohater jest niezłomny, wszak
kocha bohaterkę. Kładzie pijaną do łóżka i… Sam kładzie się
obok. W sumie możecie się domyślić, co będzie dalej:
nieprawdopodobne sploty okoliczności, w
wyniku których autorki doprowadzają do kryzysu pary. Bo widzicie,
nie mam nic przeciw temu, że sama historia ma bardzo klasyczną
budowę. Mam za to przeciwko temu, że autorki zdecydowały się ją
udziwnić i uczynić oryginalną, a w rezultacie wyszło dość, hm,
kuriozalnie.

Także
najciekawsze, co „Chodźmy razem” (w oryginale „Come together”,
co daje chyba nieco większą ilość możliwości interpretacji) oferuje, to
właśnie rzut oka na kulturę lat 90. To ciekawe, że właściwie i
w dzisiejszych powieściach tego typu ten zestaw „sobotni wieczór
w knajpie”, „wódka jako remedium na złamane serce”,
„wymienianie się liczbą partnerów seksualnych” to jest taki
zestaw, który – mnie w każdym razie – wydaje się nadal
obowiązujący. A już, jak widać, dość leciwy jest. Przy czym jak
już przy życiu seksualnym bohaterów jesteśmy – można odnieść
wrażenie, że uprawiają oni seks głównie wtedy, kiedy im się
nudzi. To właściwie skutek tego, w jakich momentach i jak opisane
serwują nam autorki sceny, w których coś podobnego się dzieje,
ale efekt jest dość komiczny.
 
 
 

No
i na koniec: nie można zapominać o blurbie,
bo właściwie on mnie zachęcił, żeby ocalić powieść od
trafienia na skład makulatury: „Dziennik Bridget Jones i Wierność
w stereo w jednej książce”, twierdzi on. Na pewno łączy je czas
i miejsce akcji, natomiast co do reszty… Hm, mam wrażenie, że
bohaterowie „Wierności w stereo” równie często, co bohaterowie
„Chodźmy…” się nudzą. Autorki wybrały też formę narracji
pierwszoosobowej, raz pisząc z punktu widzenia Jacka (bohatera,
narzekającego, że musi obcinać paznokcie u nóg), a raz Amy
(bohaterki, która z kolei waha się, czy jest niezależna, czy musi
mieć faceta – stawiając te dwie rzeczy w opozycji do siebie).
Koszmarnie stereotypowo
rozkładają się tutaj zresztą cechy obu płci, więc rysy osobiste
bohaterów (zwłaszcza Amy) zepchnięte zostały na bardzo daleki
plan. Ta
narracja mogła
ewentualnie skłonić twórcę
hasła reklamowego do takich porównań. Przy czym spektakularnego
sukcesu „Chodźmy…” nie odniosło.

A
książkę odhaczam w kategorii tej, którą posiadam, ale jeszcze
nie czytałam.
 
 
 
 

Jest
tu może ktoś, kto też czytał i chciałby się podzielić
wrażeniami? Albo czy macie może jakiś stosunek do tej serii z
kameleonem? Muszę powiedzieć, że to, co mi się z nią głównie
kojarzy, to powieści Carrolla, które czytałam w liceum, no i zdaje
się właśnie Helen Fielding. Przy czym jakoś mam do tej serii
sentyment.

 

_________________

A
jutro, jak zapewne wiecie, mamy piknik ze „Zbrodnią Sylwestra
Bonnard” Anatole’a France’a. Będziemy się pożywiać wśród
antycznych książek, dystyngowanie i starając się nie zawłaszczać
półek i foteli. Przy czym zaleca się sprawdzić świeżość
serwowanych potraw. A do picia oczywiście jakieś dobre wino:
bohater pochwaliłby na pewno jakiś uczciwy rocznik Chateau-Margaux.

8 Replies to “Kameleon z lat 90. albo o „Chodźmy razem” J. Lloyd i E. Rees”

  1. "lata 90. są przywoływane jako synonim nowoczesności i dobrego smaku" – za to je lubię 🙂 Koniec historii, zwyżki w ekonomii, społeczeństwa wielokulturowe i w ogóle wszystko się nam udaje. Niesprawiedliwie byłoby nazywać to po prostu naiwnością, ale trochę tak. Można zatęsknić 😉

    1. Tak, właśnie o to mi chodzi. Że te lata 90. jawią się w narracjach tego typu jako finalny moment rozwoju ludzkości ;). I z jednej strony — jasne, chyba większość epok się tak widzi, z drugiej — po niedługim przecież upływie czasu, jaki minął, brzmi to dość tragikomicznie.

    2. Ale zatęsknić jak najbardziej można ;).

    3. Mam wrażenie, że większość epok to snuje wizje na swój temat jak z Spenglera. Te lata 90 były dość wyjątkowe właśnie w tej pozytywnej wizji końca historii 🙂

    4. W sumie faktycznie nie jest to Spenglerowska wariacja, ale jest jednak tam, oprócz nutki takiego "najlepsze możliwe czasu to te, finis coronat opus" taka nutka "a teraz to już nuda i stagnacja". Trochę jak ta fizyka z dziewiętnastego wieku, która na sam koniec wzdycha, że już wszystko zostało odkryte ;).

  2. O, ja czytałam, dawno, dawno temu – i co ciekawe pamiętam tę książkę, jako jedną z fajniejszych w swoim gatunku (no ale to było dawno). Niedawno nawet ściągnęłam sobie drugą część, bo wtedy nigdzie jej nie można było dostać. Jak piszesz – jest to typowy wytwór lat 90-tych + prezentuje typowo brytyjski styl bycia młodych ludzi (opisany tak dobrze w Bridget Jones), gdzie typowymi rozrywkami są imprezy, upijanie się i przypadkowy sex… Ta, swoją drogą ta powieść mogłaby dla mnie być przyczynkiem do rozważań na ile lepiej w pamięci zostały mi książki czytane kiedyś (nawet te średnie), od tych czytanych dziś – dziś pewnie zapomniałabym o niej po miesiącu. Ciekawe czy to słabsza pamięć, czy też przeładowanie lekturami.

    1. No a właśnie wiesz, że mnie się wydawało, że bohaterowie są po trzydziestce? I kiedy okazało się, że mają po dwadzieścia kilka lat byłam zadziwiona jakoś. Przy czym, no właśnie, nie czytało mi się tej książki jakoś strasznie, co to, to nie, ale dwie rzeczy mnie w niej odrzucały: właśnie ten dość słaby sposób na urozmaicenie schematu i to, że bohaterka jest właściwie słabo zindywidualizowana. Niby pasjonuje się modą, ale to raczej jest deklaracja, bo przez większość czasu nie widzimy, żeby tak było.

      I jeszcze jedna rzecz: autorki ciągle piszą, jak to się bohaterom świetnie rozmawia — a ani razu nie dostajemy takiego dialogu!

    2. Hmm, o szczegółach to raczej nie podyskutuję, bo to było tak dawno temu; podobał mi się klimat tej książki, pewnie odpowiedni do moich lat wtedy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.