Historie nie z kapelusza albo o „Kiksach klawiatury” T. Pratchetta

Czasami jeśli
człowiek tak często opowiada o sobie, nie jest już pewien, jak
prawdziwe są niektóre fakty
.
[s. 242]

Strasznie to jest
dziwne uczucie, czytać podobne teksty. Zbiór podobno
niefantastycznych tekstów sir Terry’ego jest bowiem w gruncie rzeczy
naprawdę fantastyczny: bo daje wgląd w przemyślenia autora spoza
tego, co da się odczytać w powieściach. I muszę powiedzieć, że
przez cały czas czułam się jak na rozmowie z dobrym znajomym.
Wiecie, takiej długiej rozmowie, podczas której trochę się
śmiejemy, trochę wspominamy, a trochę rozmawiamy na bardzo poważne
tematy. I wcale nam się nie chce wychodzić i wracać do domu, ale
wiadomo, że kiedyś trzeba.

A Kiksy klawiatury
są fantastyczne. W takim sensie, że to naprawdę dobry wybór
tekstów: przedmowy do ulubionych książek, przemowy wygłaszane z
różnych okazji – często na konwentach, garść wspomnień
pisanych dla gazet z jakichś okazji, stare artykuły z czasów,
kiedy Pratchett jeszcze pracował jako dziennikarz i te, które pisał
po wykryciu u niego PCA. Książka zasadniczo dzieli się na trzy
części: wspomnieniowo-formacyjną, poświęconą poglądom na
pisanie i literaturę oraz tę trzecią, w której mamy teksty
dotyczące choroby i możliwości wyboru sposobu odejścia.

Nie znaczy to, że
przez dwie pierwsze zrywamy boki ze śmiechu, a na trzeciej kiwamy
ponuro głową. Pratchett wszędzie jest dowcipny – albo wściekły,
albo i dowcipny, i wściekły naraz – w ten określony, nieco
kąśliwy sposób. Stara się przekazać to, co ma do przekazania bez
sentymentalizmu, za to tak, żeby trafiło; niekoniecznie, żebyśmy
się od razu z nim zgodzili, ale żebyśmy pomyśleli. Część
historii się oczywiście powtarza – o tym, że pierwszą książką,
która go wciągnęła, było O czym szumią wierzby (nic
dziwnego – chociaż mnie pan Rapuch zawsze działa na nerwy!), o
tym, że nie można uważać fantasy za coś gorszego niż
literatura, o tym, jak się żyje z nieuleczalną chorobą czy o tym,
w jaki sposób odszedł ojciec pisarza. Widzicie więc, że zakres
tematyczny jest bardzo szeroki. I dobrze.
 
 
 Są również cudowne felietony o spotkaniach autorskich, podpisywaniu książek
w księgarniach oraz przepisach na to, jak zostać pisarzem. I magii kapelusza,
oczywiście. Źródło.
 

Bo
to właśnie daje nam możliwość lepszego poznania lubianego autora
(albo nielubianego, jeśli nie przepadacie za Pratchettem, a
sięgnięcie po Kiksy…). Mnie się wydawało, że całkiem
nieźle wiem, co i jak Pratchett pisze, ale i tak miejscami bywałam
zaskoczona. W tym sensie, że co innego wiedzieć, a co innego jednak
widzieć – zwłaszcza ta trzecia część, poświęcona chorobie i
śmierci, ale przede wszystkim jednak walce, z chorobą, z systemem
opieki zdrowotnej, z przesądami na temat chorych i z kondycją
społeczeństwa jako takiego, to jest zderzenie z poglądami
niełatwymi, a przecież wyrażanymi wprost i bez ogródek. W tym
sensie to, co pisze Neil Gaiman w przedmowie – o tym, że cechą
charakterystyczną Pratchetta był przede wszystkim gniew – nabiera
kształtów i kolorów.

Pratchett
walczy w tym zbiorze o różne sprawy, także te – nazwijmy je –
bardziej abstrakcyjne, jak choćby pozycja fantasy w litearturze.
Trafnie punktuje przesąd o tym, że literatura „gatunkowa”
miałaby być czymś gorszym (jeśli w ogóle istnieje). Pisze na
przykład tak:

Nie nazywajmy jej
[fantastyki] „realizmem magicznym”, bo to tylko fantasy w
krawacie; te dwa słowa […] oznaczają „fantasy pisana przez
kogoś, z kim byłem na uniwersytecie”. Jak baśnie, będące jej
przodkami, fantasy nie potrzebuje usprawiedliwień
.
[s. 127]

Jest i o wsi, o życiu na wsi, o szkole. Bardzo spokojne są te teksty — jeśli chodzi o to,
jak są napisane. Felieton o sobocie jest przepiękny, a zupełnie prosty. Źródło.

Pokazuje
równocześnie, że linia dzieląca Poważną Literaturę od tego,
czego krytycy i historycy za taką nie chcą uznać, bywa cieniuchna.
Jak choćby w tej pięknej historii o zakrętach czasoprzestrzeni:

Przypominam sobie,
że kiedyś Salman Rushdie był drugi w konkursie na tekst science
fiction organizowany przez Gollancz pod koniec lat siedemdziesiątych.
Wyobraźcie sobie tylko: przecież gdyby wygrał […] nie miałby
żadnych kłopotów z „Szatańskimi wersetami”, ponieważ byłaby
to fantastyka, a zatem coś nieistotnego. Pewnie przyjeżdżałby na
konwenty. Stałby teraz w tym miejscu! Ach, gdyby nie drobne skręty
i uskoki historii…

[s. 73]

Jest też trochę o
Świecie Dysku, a jakże, trochę potwierdzających moją intuicję
stwierdzeń w rodzaju:

Uczyłem się po
drodze i teraz wydaje mi się nieco krępujące, że ludzie
zaczynający cykl świata Dysku sięgają po „Kolor magii” i
„Blask fantastyczny”. Nie sądzę, żeby to były najlepsze
książki na początek. Autor wam to mówi, moi drodzy. Przy świecie
Dysku nie zaczynajcie od początku.

[s. 79]

I są też te trudne teksty, często takie, których Pratchett już sam nie mógł
wygłosić i mówił je jego asystent po stosownych adnotacjach w tekście. Źródło.

(Oj, jak mnie
Kolor… i Blask…
rozczarowały swego czasu!
Zdecydowanie jak Dysk, to już ten późniejszy, nie licząc Straży
i Wiedźm. Chociaż na spotkaniu Rincewinda z cebulą uśmiałam się
jak rzadko, temu muszę oddać sprawiedliwość. A
tak w ogóle, to przez Kiksy… przewija
się myśl, że sam autor najbardziej ceni Nację;
nie znam, ale się zapoznam – czytaliście może?).
 
 
Jest w tym wszystkim zatem i
coś, co znamy, i coś czego się spodziewamy, i coś, co sprawia, że
możemy na pisarza spojrzeć nieco inaczej. I nawet jak czasem nas
znuży, że w jednym z tekstów czytamy coś, co już wiemy – to
jednak wiadomo, życie ma swoją pojemność i jak się coś
przeżyło, to się o tym opowiada. A Pratchett potrafi z jednej
historii zrobić czasem trzy warianty, tak żeby pasowały. A czasem
nie: czasem to jest boleśnie ta sama historia, która nie może mieć
innego zakończenia, więc trzeba się starać, żeby wyszło nam jak
najlepsze, w miarę środków.

A książka ląduje
oczywiście pod „książka ulubionego autora, której jeszcze nie
czytałaś”. 
 
 

10 thoughts on “Historie nie z kapelusza albo o „Kiksach klawiatury” T. Pratchetta

  1. "Nację" czytałam i jest ZNAKOMITA. Niby dla młodszego czytelnika, ale spokojnie moze ją przeczytać dorosły. A "Kiksy…" to też świetna rzecz. I co do niezaczynania "ŚD" od początku – też to wszystkim zawsze mówiłam. Choć ja akurat zaczęłam i chwyciło.

    1. To super, na pewno się za nią zabiorę i sprawdzę, bo to, co piszesz — i to, co pisze o "Nacji" sam autor — jest bardzo obiecujące :). Przy czytaniu dwóch pierwszych "Dysków" towarzyszyło mi jednak zdumienie, że to są książki z tej samej serii, co poprzednie — widać bardzo, jak się rozwijał warsztat i pomysłowość Pratchetta, no i muszę powiedzieć, że dla mnie najciekawsze się dzieje nieco później. Ale bardzo lubię to, że to widać i że Dysk jest taki różnorodny, także stylowo.

  2. Ja niegdyś lata temu postanowiłam przeczytać Świat Dysku chronologiczne idąc (bo ja uporządkowana jestem ;)) – doszłam do "Prawdy", w sensie teraz na nią kolej. I uważam, że Pratchett jest dla siebie niesprawiedliwy – o ile "Blask…" mnie nieco rozczarował, to "Kolor magii" uważam że wciąż się broni (nie jest to jakość późniejszych książek cyklu, ale jednak). Czytałam go mając naście lat, więc wiadomo, że oczekiwania literackie nieco mniejsze (rzucam cień na gatunek YA ;P) i powtarzałam po latach z tym wkodowanym małym zachwytem lat młodzieńczych…. Ale wciąż będę się kłócić że to dobra książka jest 🙂

    1. Hm, sama nie wiem, z tego, co pamiętam (ani do "Blasku…", ani do "Koloru…" nigdy nie wróciłam jeszcze), to "Blask…" właśnie podobał mi się bardziej, głównie przez sceny z cebulą ;). Przeczytanie "Świata Dysku" chronologicznie może być ciekawe też właśnie przez to, że widzi się, jak się zmieniał. Ale moim sposobem jest ucinanie sobie powtórek z chronologii kolejnych cykli (przy czym zwykle powieści dziejące się w Ankh-Morpork, jeśli nie są o czarodziejach głównie, biorę łącznie; na czytanie czarodziejów jeszcze się w ten sposób nie zdecydowałam ;)).

  3. BBC zrobilo sluchowisko na podstawie Good Omens i Terry wraz z Neilem pojawili sie tam w cameo (czy jest odpowiednie slowo po polsku? Epizod to za duzo powiedziane, kilkuzdaniowy dialog to byl). Neil opowiadal, ze nagrywali to w samochodzie producenta, ktory czail sie z tylu z cala aparatura. Terry mial juz wtedy ogromne problemy z mowieniem i czytaniem, wiec rzecz zrobiono w ten sposob, ze najpierw w ramach proby Neil czytal swoje kwestie a potem kwestie Terry'ego i Terry mial powtarzac po nim. A potem mu sie mylilo i powtarzal takze kwestie Neila, co sprawialo cudownie zakrecone wrazenie "jak wszystko co robilem z Terrym". Taka mala rzecz a doprowadzila mnie do lez. I teraz jak patrze na to zdjecie z asystentem to jakos mi sie wszystko zamglilo. Ja sie latwo nie wzruszam, a tu takie cos. Bo to takie niesprawiedliwe i zadna ilosc powtorzen "takie bywa zycie" tego nie zmieni. Ale boje sie tej ksiazki, wlasnie dlatego.

    1. Nie wiedziałam, że jest takie słuchowisko! I z cameem (wiem, że tego się nie powinno odmieniać, ale ja z czeska odmieniam wszystko) autorów! Muszę znaleźć (a widziałaś cameo Pratchetta w "Going postal"? Cudowne!).

      Ale wracając do tematu: to jest niesprawiedliwe i Pratchett bardzo dobitnie o tym pisze, tyle że to się czyta nie tyle jako pewne pocieszenie — bo jak można się pocieszać w takich warunkach — ile jako pokazanie, że nie ma takich zjawisk, które trwają wiecznie i nie ma takich okoliczności, w których poddanie się jest najlepszym wyjściem. Mam wrażenie, że nawet: poddanie się nigdy nie jest dobrym wyjściem.

      Bardzo, bardzo inspirujące, choć i przerażająca, jest to książka. Pokazuje Pratchetta z wielu stron: nie tylko jako walczącego o prawo do godnej śmierci, wspierającego walczących z chorobą i o znalezienie na nią skuteczniejszych leków, ale też w ogóle człowieka mającego serce po właściwiej stronie: i jako ojca, i jako męża, syna, fana. Naprawdę bardzo warto przeczytać. Zwłaszcza, że niemal każdy tekst poprzedza przedmowa Pratchetta z roku wydania.

    2. Och Pratchett robil cameo w kazdej chyba adaptacji. Byl tez w Hogfather na przyklad (jako sprzedawca, sprzedawal Smierci prezent bodajze) i wydawalo mi sie, ze naprawde dobrze sie bawil. To wtedy powiedzial, ze praca na planie filmowym polega zdaje sie glownie na czekaniu 🙂 Sluchowisko – Amazon sprzedaje CD z dodatkami w rodzaju usunietych scen 🙂

      No to moze sie odwaze na te ksiazke… Zobaczymy.

  4. "Kiksami…" się zachwyciłam. Czytałam je powoli, bo bałam się, że mi się skończą i będzie trzeba rozstać się z książką (pożyczona). Nie przeszkadzało mi nawet to, że w pewne informacje się powtarzają w różnych wstępach/przemowach/wystąpieniach.

    Też zwróciłam uwagę na przywiązanie Pratchett'a do "O czym szumią wierzby". A później naszła mnie refleksja, że gdy wśród polskich czytelników zaczęto by szukać najbardziej pamiętanej lektury z dzieciństwa , to byłyby to "Dzieci z Bullerbyn". A coś polskiego? Na wskroś oddającego nasz świat? "O Sierotce i Krasnoludkach"? Nigdy tego nie lubiłam. "Plastusiowy pamiętnik"? Tak, ale tylko dla niektórych pokoleń, takich jak moje, gdy marzyłyśmy o plastelinowym ludku w drewnianym piórniku.

    Jednakowoż – "Kiksy…" doskonałe. Duże lepsze niż najnowsza książka o Pratchett'cie.

    Pozdrawiam:-)

    1. Nie, to prawda, mnie one też nie przeszkadzały, bardziej budowały taki solidny obraz autora. Zwłaszcza, że to nie było powtarzanie nachalne i dla samego powtarzania, ale konsekwentnie dążące w tym samym, mniej bądź bardziej, kierunku.

      "O czym szumią wierzby" to też nie wiem, czy było dla Pratchetta doświadczeniem pokoleniowym: raczej właśnie tak bardzo osobistym, że otworzyło mu oczy na inne książki. Podobało mi się właśnie to, jak bardzo jednostkowe to było, coś jak czytelnicza epifania ;).

      O, właśnie się zastanawiałam nad tą nową książką — mówisz, że nie bardzo?

    2. To zależy czego się oczekuje. Nie jest to moim zdaniem biografia Pratchett'a, bardziej praca analizująca jego twórczość. Napisana w 2012 roku, nie mówi o wszystkim, co wydarzyło się później, ale niewątpliwie podkreśla pewne zagadnienia, tropy w powieściach Autora. Np. wchodzenie w dorosłość, równouprawienie, książki tematyką związane z tym, co interesować może młodzież.

      Jako źródło wiedzy o twórczości Pratchett'a jest dobrze, jako źródło wiedzy o Pratchett'cie – "Kiksy…" są lepsze:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *