Życie i literatura albo poeta prawdę ci powie (o kotach)

Wiecie, jak to się
czasem mówi, że literatura pokazuje życie i że wiele można się
z niej nauczyć? Oczywiście to nie jest tak, że zamierzam Wam teraz
wygarnąć wszystko, co myślę o stendhalowskim zwierciadle, co się
przechadza po gościńcu – a gdzież tam. Chciałabym poruszyć
temat niezwykle istotny, życiowy właśnie. Czyli: jak literatura, a
konkretnie poezja, pozwala nam radzić sobie z kotami, z którymi
mieszkamy (wpis z przymrużeniem oka, wiecie).

Otóż, jak być
może wiecie, kot jest stworzeniem skomplikowanym i prostym
równocześnie. A do wpisu natchnęła mnie obserwacja mego Kota
(którego czytelnicze nawyki mieliście już okazję poznać),
któremu na średnio radosne „miau” odpowiedziałam, oczywiście,
„coś ty kotku miał?” i zdałam sobie sprawę, że przecież
poeta idealnie uchwycił tu charakter mego wiecznie głodnego i
myślącego aktualnie głównie o jedzeniu kota (aktualnie, bo nie
zawsze – wszedł chyba w taką fazę). No to sprawdźmy, jak to
jest z tymi kotami i poezją. Wybrałam głównie poezję kierowaną
do dzieci – więc nie, nie zapomniałam o Wisławie Szymborskiej,
celowo jej nie ujęłam w notce.

Zacznijmy od Tuwima
właśnie. Kiedy w „Kotku” pisze dialog między nieszczęsnym,
nie zdającym sobie jeszcze sprawy z tego, jak to jest mieszkać z
kotem, właścicielem (bądź współlokatorem) kota, pokazuje nam
właśnie tę niby niewinną, a już dość oportunistyczną twarz
zwierzęcia. Bo kotek na pytanie, co miał, roztacza przed
właścicielem (przyjmijmy tę nazwę dla wygody, choć nie oddaje
ona pełni relacji kot-człowiek, ni w ząb) wizję rozkoszy, jakie
były jego udziałem, niestety jednak uleciały jak sen jaki złoty.
Wytyka mu, że nie ma obecnie co jeść („teraz pusta jest
miseczka”) i że z takim stanem rzeczy się nie zgadza („a
jeszcze bym chciał”), i można śmiało założyć, że jest to
niezgoda permanentna. Co więcej, im dłużej kot wspomina, tym
więcej tego jedzenia mu się roi („rzeka pełna mleka”). Także
nie ma co liczyć, że kot się naje i przyjdzie nam powiedzieć, że
jest zadowolony. Raczej odwrotnie. 
 
 
No dobrze, jeden zły manul na początek, a potem już koty domowe, nie do końca zadowolone ze swojego wizerunku w poezji polskiej. Źródło.
 
 
Także rację ma
poeta mówiąc, że „ze wszystkich na świecie języków, /
najłatwiejszy jest język koci” – w każdym razie tak długo,
jak pamiętamy o jedzeniowych wymaganiach kota i nie chcemy słuchać
jego pretensji. Co prawda ten sam poeta (a jest nim Ludwik Jerzy
Kern, tak dla ścisłości) zaznacza – zapewne po takich właśnie
przejściach z kotem, i to nie jednym raczej – że „brak […] do
niego / podręczników”. Powiedziałabym, że zasadnicze reguły da
się przy dłuższym mieszkaniu z kotem wyodrębnić, ale poeta
chciał widać duchowego porozumienia, w pewnym momencie
nieosiągalnego – jeśli zapomnimy o jedzeniu. Ale nie wytykajmy
Kernowi pochopnie słabej znajomości kociej natury: napisałam wszak
nie bez kozery, że jego uwagi pisane były raczej z doświadczenia z
kotem sztuk kilka. I faktycznie, przecież to autor wiersza „W
królestwie kotów”. Na początku co prawda wykazuje się
lekceważeniem istotności kocich interesów („Awantur różnych
też bywa sporo, / Wszystkie się one z niczego biorą”), żeby
potem zaznaczyć, że wcale nie tak „z niczego”, skoro „najlepszy
druh z najlepszym druhem / w konflikt popada o byle muchę”. Jeśli
nie ma w miseczce mleka, to trudno się dziwić, nieprawdaż, że
przyjaźń kocia wystawiona jest na ciężką próbę – jeśli
niedaleko przelatuje uzupełnienie ubogiej diety (wstydź się,
właścicielu).

Jedzeniowe przejścia
z kotem mogą się w poezji wznieść od czasu do czasu na
metapoziom, kiedy poeta (tym razem Sztaudynger) wytyka nam – za
pośrednictwem kotów – puryzm językowy na przykładzie tak
lubianym przez innych poetów (tu kłania się Szymborska), pisząc
że: „Z lęku przed rusycyzmem wielu naszych braci, / Nie mówi:
„Kot się czai“, lecz „Kot się herbaci“. Ale pomińmy tę
fraszkowość i zobaczmy, ileż prawdy o leniwym przeciąganiu się
zaczajonego kota niesie ze sobą czasownik „herbaci”! Być może
zresztą chodzi tu o tych zastraszonych właścicieli, których kot
zupełnie już wziął pod pantofel i wcale nie chcą bezpośrednie
dać rzeczy słowo. Lepiej wtedy nie wytykać kotu, że się czai. On
się wcale nie czai. On tu tylko mieszka. 
 
 
Źródło.
 
A jeszcze kilkaset
lat wcześniej nie bano się tak kotów, co widać po tym, jak z
figurą kota poczyna sobie biskup Krasicki. Nie miał się czego bać,
kiedy osadzono go w Berlinie uciekł od wszystkich warmińskich
kotów, którym nawymyślał, czyniąc z nich synonim fałszu i
chciwości, i chociaż koty te są pożyteczne (łapią myszy, a
nawet kościelne szczury, kiedy zakrztuszą się kadzidłem), to
jednak ich obraz w poezji Krasickiego nie jest specjalnie przychylny.
Ale nic nie może się równać z pedagogicznymi ustawieniami kotów
w wierszach Stanisława Jachowicza, a że epoka podobna z grubsza, to
i mores odczuwany przed kotem malutki. Nie dość, że poeta nie waha
się wytknąć kotu, że za dużo je i straszy go eschatologiczną
niemal wizją, co będzie po jedzeniu („Patrzcie, jak złe
łakomstwo! Kotek przebrał miarę / Musiał więc nieboraczek srogą
ponieść karę”), to jeszcze zamiast pochylić się nad cierpiącym
zbiera dziatki i każe im patrzeć na cierpienie zwierzęcia (z
drugiej strony wszyscy wiemy, jak koty z wierszy reagują na lekarzy;
a i te nie z wierszy, no właśnie, też – nie usprawiedliwia to
jednak poczynań poety). Tak właśnie nie wykształca się empatii.
I chociaż starał się Jachowicz zrehabilitować w „Czystym
kotku”, wychwalając higienę kota – to przecież my już wiemy,
że nie dla kota, nie, nie, to robił, ale dla tych samych
dziateczek, którym wcześniej pokazywał kota-nieboraka. Także nie
ma się czym zachwycać, toż to problem, nad którym trzeba pochylić
głowę! 
 
 
Źródło.
 
Tu skończymy nasz
przegląd poezji o kotach, zwróciwszy uwagę na najbardziej palące
kwestie. A to przecież raptem wierzchołek góry lodowej. Jak widać,
poeci nasi wahają się między bojaźnią przed kotem a złośliwą
chęcią dokuczenia mu. Być może przekłada się to w niektórych
sytuacjach na stosunek kota z jego właścicielem. Ale mam solenną
nadzieję, że jednak nie żyjecie ze swoimi kotami jak, no cóż,
kot z kotem. Niemniej: w pasażach opisujących jedzeniowe nawyki
kota mój Kot odbija się jak w lustrze. Ekhm.

4 thoughts on “Życie i literatura albo poeta prawdę ci powie (o kotach)

  1. Polecam gorąco świetny tomik Tomasza Majerana :Koty. Podręcznik użytkownika. Wprawdzie nie jest to poezja dziecięca, ale …sama zobacz 🙂

    1. A wiesz, że chyba nawet mam ten tomik? Muszę przeszukać półki, bo odnoszę wrażenie, że go kojarzę, ale jeszcze nie czytałam. Dzięki :)!

  2. Ja się uśmiałam, to są trawestacje znanych utworów literackich. Co za frajda w odkrywaniu pierwowzorów! Jedne są oczywiste, ale kilka jest takich, że ciężko się domyślić pierwowzoru. Dla mnie mistrzostwo. W ogóle jeżeli chodzi o twórczość Majerana to ja klękam. Uwielbiam faceta 🙂

    1. Doskonała rekomendacja :). Tomiku nie znalazłam, co nie znaczy, że gdzieś go nie mam, a jak nie mam, to znajdę. Na pewno jak przeczytam, dam znać na blogu ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *