Pikniki z Klasyką # 4: W ciemnym lesie, w ciemnym dworze albo o trzech opowiadaniach M. R. Jamesa

Witajcie na kolejnym Pikniku z Klasyką! Dzisiaj nawet nie tylko z klasyką, ale i z dreszczykiem, bo mowa będzie o trzech klasycznych opowiadaniach grozy. Muszę powiedzieć, że kiedy Tarnina zaproponowała, że może w sierpniu przeczytałybyśmy horror, byłam trochę, nomen omen, przerażona, ale muszę powiedzieć, że szalenie jestem jej wdzięczna za tę propozycję, bo okazało się, że nie dość, że nie taki diabeł straszny, to jeszcze proza M. R. Jamesa należy do tych naprawdę przyjemnych w czytaniu (nawet po zmroku). 
(No, prawie.)

Otóż,
jak Wam wspominałam, staram się nie czytać horrorów, bo się
boję. Ale M. R. James mnie wciągnął z kilku różnych powodów.
To znaczy po pierwsze dlatego, że jakoś udało nam się na chybił
trafił wybrać trzy zasadniczo mało straszne opowiadania
(przynajmniej według mnie – mało), po drugie zaś przez sposób,
w jaki zostały one napisane. Wybrałyśmy trzy zupełnie różne
historie. Po pierwsze „Jesion”
(„The Ash-tree”)
– rzecz o procesach
czarownic i rodzinnej klątwie, po drugie „Stalle
w katedrze w Barchester” („The
Stalls of Barchester Cathedral”
) – o
karze wymierzanej przez siły wyższe z motywem pogańskim, po
trzecie „Och, zagwiżdż, a przyjdę do ciebie, chłopcze”
( „Oh, Whistle,
and I’ll Come to You, My Lad”
) – o tym, że czasami trzeba
słuchać ludowych mądrości, nawet jak się jest profesorem.
Nie będę udawała,
że wszystkie trzy podobały mi się jednakowo, ani że wszystkie
trzy to majstersztyki. Dlatego pozwolę sobie opowiadać o nich po
kolei, a dopiero potem to i owo podsumować. Bo tak: gdybym miała je
uszeregować i nałożyć na szyje medale, to najbardziej przemówiło
do mnie „Och, zagwiżdż…” (wiem, to nie jest do końca dobre
tłumaczenie, ale pozwólcie mi go tymczasem używać), potem
wylądowałyby „Stalle…”, a na koniec „Jesion”, który…
No, ale miało być po kolei. Zacznijmy zatem od tego nieszczęsnego
– dosłownie i w przenośni – „Jesionu”. O co w nim chodzi?
Mamy oto środek szaleństwa tropienia wiedźm i mamy pana na
włościach, który pod oknem ma wielki jesion (żadne zaskoczenie).
I denerwuje się, że jedna taka kobieta mu się po tym jesionie
wspina i coś przy tym mamrocze, udaje ją więc śledczym i kobieta
płonie, ale zanim spłonie oznajmia, że we dworze będą mieli
gości. I – tak, zgadliście – pan dworu oczywiście ginie w
tajemniczych okolicznościach, pokój plombują i generalnie starają
się zapomnieć o wszystkim, póki nie pojawi się klasyczny bohater
horroru, wnuczek owego nieszczęśnika, który stwierdzi, że musi
mieć lepszy pokój, a że jakiś jesion, jakaś klątwa, jakieś
tajemnicze zgony, a co tam, ważne, żeby była dobra liczba okien.
Na pewno każdy w tym momencie wywróci oczyma, bo wiemy, co się
stać musi. Samo wyjaśnienie zagadki też nie jest specjalnie
odkrywcze. Podejrzewam też, że jeśli nie przerażają Was na co
dzień stwory, powiązane z wielkim, rozsiewającym wilgoć drzewem,
to pozostaniecie zasadniczo niewzruszeni. Samo opowiadanie James
umieszcza w wieku XVII, dając nam najpierw lekko ironiczny komentarz
a propos gustów architektonicznych sobie współczesnych. Nie
stylizuje go przesadnie, raczej napomyka, że podobne rzeczy się
działy tu i ówdzie, a zakończenie przypomina trochę bajkę dla
dzieci, trochę zwieńczenie legendy
miejskiej, a trochę żart o lisku.
Innymi słowy: takie dżentelmeńskie historie o duchach. Źródło.
Jeśli
chodzi o samą konstrukcję – z finałowym zwieńczeniem – to
„Stalle…” są dość podobne do „Jesionu”. Inna jest jednak
stylistyka, bo mamy oto archiwistę katalogującego rękopisy jednego
z collegów, który natrafia na spuściznę po biskupie, którego
nekrolog czytał ostatnimi czasy. Zmarły odszedł ze świata nagle i
w sposób dość dziwny, więc archiwista nalega, by mu pozwolić
przejrzeć to, co z papierów zostało po biskupie (inna sprawa, że
fascynujący jest sam sposób – prosi on o pożyczenie pudła z
papierami i je dostaje, żeby je spokojnie przejrzeć; ech, angielscy
dżentelmeni). W ten sposób,
z zapisków samego biskupa i wycinków prasowych rekonstruuje całą
historię, która spełnia zasadniczo wszystkie baśniowe wymogi –
przede wszystkim czyniąc zadość sprawiedliwości. Ale nie jest tak
prosto, bo trzeba przyznać, że James odwraca tu oczywistości: złe
nie jest wcale takie złe, jak się wydaje, a dobre ani w centymetrze
tak jednoznaczne, żeby mu kibicować.
Do
„Och, zagwiżdż…” jeszcze kiedyś wrócę, bo to jest historia
straszna, śmieszna i dostarczająca wiele radości z czytania. Oto
profesor Cambridge na wakacjach ma w planach grać w golfa, ale
towarzystwo mrukliwego pułkownika po służbie w Indiach
niespecjalnie mu się podoba (widzicie ten sztafaż? Doskonały!).
Dlatego ucieka kopać w templariuszowskich ruinach, co pół serio,
pół żartem obiecał kolegom z pokoju nauczycielskiego (wiem, że
na uniwersytecie nie ma czegoś takiego, ale to dobre określenie).
Znajduje tam gwizdek, ale go
to nie dziwi, jest wszak światłym profesorem, gwiżdże więc sobie
wesoło i nic a nic go nie dziwi, że nagle zaczyna za nim iść
jakiś gość, który dość podejrzanie wygląda. Do tego dostajemy
w opowiadaniu rady w rodzaju tej:

Another time, like a
brave English boy, you just throw a stone — well, no, not that
exactly, but you go and speak to the waiter, or to Mr Simpson, the
landlord, and — yes — and say that I advised you to do so.

Mamy
tutaj cały arsenał starych, dobrych straszaków wyciągniętych z
szafy: tajemnicze artefakty rodem ze średniowiecza, dziwne zjawy,
które nie wiadomo skąd się biorą, ludowe mądrości pomagające
sobie radzić z upiorami, strach wynikający z faktu niepokojenia się
czymś podejrzanym, słowem: jest trochę baśniowo, trochę
reportażowo i tylko trochę poważnie.
No
właśnie, bo opowiadania Jamesa nie są do końca pisane na serio, a
przynajmniej tak śmiem sądzić, podbudowując się zdaniem
Stanisława Lema (o czym zaraz). Za dużo tu sztafażu, za dużo
elementów, które skądś już dobrze znamy, za dużo baśniowości
po wierzchu przykrytej gazetową sensacją. James nie rozciąga tych
historii, nie przydaje strasznych detali. Po prostu wykłada co i
jak, a my już domyślamy się, że coś się wydarzy i to chyba
potrafi wystraszyć bardziej niż opisywane przez niego poczwary
(umówmy się, przerażające, ale nie w sposób obrzydliwy, raczej
wyjęte jak z dziecięcych koszmarów – strasznych, nie przeczę,
ale jednak do wytrzymania i do oswojenia). Przy czym to zapewnianie,
że coś się komuś przydarzyło, bo narrator usłyszał o tym od
dobrego znajomego, przeczytał w gazecie, znalazł w archiwum – to
wszystko zbliża Jamesa do opowiadaczy legend miejskich, tyle że to,
co tam szokuje i wprawia w konfuzję, u Jamesa podane jest elegancko,
trochę z przymrużeniem oka, trochę
na zasadzie „przecież pamiętasz ten lasek, przez który szło się
do domu babci, prawda? No to tutaj jest coś w tym rodzaju”. A przy
tym dużo robi ten wiktoriański sznyt, który każe Jamesowi
wybierać na miejsca akcji domiszcza ze starymi drzewami w podwórzu,
plebanie nieopodal katedry czy kurort nad morzem, gdzie trawią czas
spokojni letnicy. No właśnie, opowiadania Jamesa są przede wszystkim niepokojące, coś sugerują — może coś, co się zdarzyło, może coś bezwstydnie zmyślonego, może ktoś coś widział, może tylko mu się wydawało — i to chyba w dużej mierze stanowi o ich uroku
Zaciekawiona
wyruszyłam zresztą na zwiady w sprawie Jamesa i odkryłam w jednej
z moich bibliotek zbiorek „Opowieści starego antykwariusza”,
wydany w serii… Stanisław Lem poleca! Uznałam, że to znak,
dlatego postanowiłam przeczytać cały zbiorek, potem zgrałam
jeszcze na czytnik dwa inne, które udostępnia Project Gutenberg,
także widzicie, że chyba znalazłam swojego nowego ulubieńca. Nie,
żebym od razu była taka odważna, najpierw upewniłam się, że mój
Domownik nigdzie nie planuje wychodzić, a dopiero potem zasiadłam
do lektury. Ale to już trochę inna historia, więc opowiem Wam ją
jutro.
Jak
być może pamiętacie z lipcowego Pikniku, testujemy z Tarniną
różne pomysły, jeśli chodzi o prowadzenie dyskusji. W tym
miesiącu dyskutujemy pod wpisem Tarniny właśnie → tu możecie go przeczytać (sama jestem ciekawa!) i tam, mam nadzieję, będziecie
chcieli z nami porozmawiać! Czy jesteście z tych odważnych, na
których James nie robi wrażenia? A może macie swoje ukochane
opowiadania, które byście polecili? Ciągle zwiduje Wam się mara z
„Och, zgwiżdż…”? To idealny moment, żeby się podzielić z
innymi tą traumą. A tak na serio: gorąco polecam i rekomenduję –
czytajcie Jamesa. I chodźcie o tym porozmawiać, o → tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *