Lemat-o #9: Rycerze świętego Kontaktu albo o „Solaris” S. Lema

Oto nadszedł ten
dzień: przeczytałam wreszcie sztandarowe dzieło Lema, o którym
wszyscy mówili i wspomnienie o którym pojawiało się zresztą
bardzo często w Waszych komentarzach. Nie jest tak, że zupełnie
nie wiedziałam, w co się pakuję. Ale przez pierwszych 50 stron
myślałam sobie coś w rodzaju „coś za łatwo ma ten bohater w
porównaniu do innych Lemowskich bohaterów”. Czy zmieniłam
zdanie? Nie miarkuję się specjalnie przed spojlerami, także to
bardziej analiza niż recenzja – czujcie się ostrzeżeni.

Powiem od razu, że
„Solaris” bardzo mi się podobało. To jest świetna książka,
ale nie oznacza to, że nie zamierzam się do niej dobrać – bo są
tu momenty, które wziąwszy pod uwagę wszystkie inne Lemy, które
dotąd przeczytałam, zaskoczyły mnie raczej in minus.
Wszystko
zostaje w rodzinie
Gdybym
miała wybrać najbliższego krewniaka powieściowego dla „Solaris”,
to postawiłabym na „Śledztwo”: podobnie jak Gregory,
główny bohater „Solaris”, Kris Kelvin, astronauta i psycholog,
musi rozwiązać nierozwiązywalną zagadkę. Podobnie jak w
„Śledztwie” wynik będzie raczej mizerny. Powieści łączy też
temat rozważań na styku nauki i religii, a także poszukiwania
języka do 

opisu niezrozumiałych zjawisk. Z drugiej strony „Solaris”
stanowi doskonały komentarz do „Powrotu z gwiazd”. Zauważyliście, że
zarówno Bregg, jak i Kelvin podróżują na statku o tej samej,
jakże znaczącej, nazwie Prometeusz? Zresztą jeśli chodzi o wizję
nietypowych, pokręconych związków męsko-damskich, to „Solaris”
wypełnia luki tam, gdzie „Powrót…” łopatologicznie pakuje
nam do głów nieprzekonujące odpowiedzi – zresztą warto też
zauważyć jeszcze inną rzecz: stosunek Kelvina do podróży
kosmicznych i stosunek Bregga są nie tyle na dwóch przeciwstawnych
biegunach, ile na dwóch stronach przyciągającego się magnesu. A
tak w ogóle, to Lem sięga tu też do patentu z „Człowieka z Marsa”, czyli badania encefalograficznego z myśleniem na określony temat
(skutki są podobne, co ciekawe, ale inaczej rozegrane). Ale
zajmijmy się teraz samą „Solaris” jako taką, okej?

„Solaris”
jest taką nietypową powieścią marynistyczną. Oto człowiek,
wydany na los z dala od domu, na unoszącej się nad falami stacji
planetarnej. Ocean nie jest mu świadomie wrogi – trudno coś
powiedzieć o jego motywacjach, nie rozumieją się z tym kosmicznym
żeglarzem ni w ząb. Albo przynajmniej udają, że nie rozumieją,
bo teoretycznie człowiek jakieś tam hipotezy ma. Zresztą ocean to
też nie jest taki zwyczajny ocean, masa wody. To coś w rodzaju
plazmy, zdolnej tworzyć fantastyczne kształty o pewnej dozie
stałości, a której to
plazmy jest dużo, stąd: ocean.
A stąd
z kolei
„nietypowa powieść marynistyczna”. Bo Lem jednak z tymi wątkami
gra: z samotnością w nieznanej, nie do końca przyjaznej
przestrzeni, ze słabą łącznością z „lądem” (tyle że tu
ten ląd to Ziemia oddalona o miesiące podróży), z fascynacją i
przerażeniem ogromem, no, nie wody, ale plazmy, z nadzieją,
że ta żegluga coś pozwoli odkryć – może nie Amerykę, ale ten
upragniony sposób Kontaktu z Obcym. Bo
że to jest powieść o próbie takiego Kontaktu wszyscy wiemy, jako
że się to sformułowanie przewija w wielu miejscach.
 Osłódźmy sobie ten długi wpis ładnymi zdjęciami oceanów w czerwonej poświacie.
To w każdym razie najbliższe wizji Solaris, jak się da. Wszystkie zdjęcia o, stąd. Fot. Leah Tardivel.
Argonauci
u bram, astronauci w lesie
Ale
nie tylko z konwencją marynistyczną Lem tu gra. Pięknie
wykorzystuje antyczne mity: począwszy od nazwy statku (Prometeusz
niósł Bregga et consortes by
być takim tytanem dającym ogień poznania, tutaj spełnia podobną
rolę, ale chichocze nam ironicznie przy okazji), przez rady Snauta,
towarzysza Kelvina na Stacji na Solaris, który – kiedy Kelvin
wpada w gniew i rozpacz – każe mu iść siec rózgami ocean,
a skończywszy na nazywaniu
Harey Afrodytą zrodzoną z oceanu. A właśnie, Harey – kobieta,
która zwiduje się Kelvinowi na stacji, jego ukochana, która
popełniła przed dekadą samobójstwo po kłótni i wyprowadzce
Krisa z domu. A teraz nagle pojawia się, niby realna, jakoś
przedziwnie odtworzona i nie wiadomo przez kogo i w jaki sposób
(Kelvin dość szybko preparuje hipotezę – aż dziwne, że na taką
nikt przed nim nie wpadł, tak swoją drogą; przynajmniej
nie dostajemy jej potwierdzenia w stu procentach).
Wątek
Harey jest zresztą niepokojący niekoniecznie dlatego, że jest ona
trochę kochanką, trochę demonem, budzi miłość i obrzydzenie
Kelvina. Po wiecie, jemu wcale pod pewnymi względami nie jest daleko
do Bregga. Dręczą go wyrzuty sumienia co do tego, jak postąpił z
Harey Ziemską, a mimo to – kiedy już przestaje walczyć z widmem
Harey Solaryjskiej (widmo to zresztą kiepskie określenie, bo
dziewczyna jest przecież realna) – też zaczyna zachowywać się w
sposób podobny do tego, który doprowadził do tragedii. Niczego
tak się nie bałem jak „szczerych rozmów”

[s. 151] powie z przekąsem i
kurczę, mnie to zgrzytało okropnie. Bo właśnie taki brak
„szczerych rozmów”, że zachowam ten cudzysłów, doprowadził
do tragedii, ale cóż, po co rozmawiać z kimś, kogo się już
uznało za realnego (!) i kogo się nadal kocha. Poza tym co jest na
rzeczy z tymi supermłodymi dziewczynami, za jakie Lem wydaje swoich
bohaterów? Eri w „Powrocie…” miała lat dwadzieścia, Harey w
chwili śmierci – 19, a Kris mówi, że żyli razem „latami”
(to dosłowny cytat); przyznam szczerze, że to dopiero powód do
gęsiej skórki.
 No dobrze, i jednym zdjęciem chmur. Trochę jak mimoidy, prawda? Fot. Garrett Carroll.
Up, up and
away!
Poniekąd
Ale „Solaris”
jest przede wszystkim doskonałym komentarzem do wizji podróży
kosmicznych, z którymi już u Lema mieliśmy do czynienia. Nie ma
zatem tego mitu bohaterstwa, którym żyje jeszcze (albo choćby jego
wspomnieniem) Bregg. Dowiadujemy się za to, że:
Wyruszamy w kosmos,
przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę,
męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno,
ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem,
tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć
Ziemię do jego granic.
[cytuję z wydania
Wydawnictwa Literackiego z 2002 roku, s. 83]
No właśnie. Ludzie
są pospolici, formy życia takie jak oni – zrozumiałe. Ocean
solaryjski jest inny – niemożność porozumienia się z nim budzi
najpierw ciekawość, optymizm – ha, odkryliśmy coś nowego! –
żeby w końcu doprowadzić do schizm, herezji, rozwinięcia się
całej odnogi nauki, jaką jest solarystyka, i zacząć konać. W tym
właśnie momencie poznajemy bohaterów: u zmierzchu. Ludne wyprawy w
Kosmos to przeszłość, na Solaris to już w ogóle. Zresztą Lem
świetnie rozwija tu myśl obecną w całych „Dziennikach gwiazdowych”: że ludzie są butną, śmieszną rasą powstałą w niemożliwych
warunkach, którzy uważają się za najlepszych, a w gruncie rzeczy
są przypadkiem stworzenia. W dodatku mierzą wszystko swoją miarą:
bo jak opisujemy Kosmos? Planety są albo „pustynne jak Sahara”,
pokryte „dżunglą amazońską”, zimne „jak biegun”. Nawet
ten nietypowy byt Solaris to – ocean. Zresztą:
Nie szukamy nikogo
oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam
luster.
[s. 83]
To swoją drogą
niezły komentarz do sf i popularnych przekonań w ogóle – do tej
antropomorfizacji czy przekonania, że jest gdzieś takie właśnie
życie jak nasze. Poza tym – że wrócę do „Dzienników…”
raz jeszcze: Kosmos „Solaris” to Kosmos form życia podobnych do
ludzkich, nie jak w „Dziennikach…” aludzkich, gdzie ludzie są
wyjątkiem. Tyle że pytań to wcale nie zmienia, zostają te same.
Problemy też.
Ludzkość nie jest
wcale gotowa do stawiania innych pytań i rozwiązywania innych
problemów. Tutaj „Solaris” jest właśnie komentarzem do
„Powrotu z gwiazd”. Nie ma sensu porywać się na loty kosmiczne,
kiedy nie rozwiązaliśmy jeszcze naszych ziemskich spraw – to nie
brak inicjatywy czy tchórzostwo, ale zdrowy rozsądek:
Człowiek wyruszył
na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do
końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni,
zabarykadowanych, ciemnych drzwi.
[s. 175]
Latamy w komos,
myśli Kelvin, ale to coś skrajnie nieodpowiedzialnego z naszej
strony – co może mieć złe skutki i dla Kosmosu, i dla nas
samych. Oczywiście to jest myśl myślana w konkretnym momencie
przygody Kelvina z Solaris, ale dająca się ładnie rozciągnąć
poza samą jedną powieść. 
 Fot. Jeremy Ricketts.
I co z tego?
A przy okazji po raz
kolejny pojawia się pytanie, o którym już wspominałam: jak to
jest z nauką? Czy ona aby na pewno daje nam odpowiedzi? A co, jeśli
jak w przypadku Solaris, tych odpowiedzi jest na tyle dużo, że nie
wiadomo, którą wybrać? Czy nie poruszamy się wtedy bardziej w
obrębie religii – jakoś wybitnie nieoodzielalnej od nauki? I tym
razem odpowiedź wcale nie jest prosta – ale sam postawiony problem
– fascynujący.

Mówiąc na
początku, że Kelvin ma „za łatwo” miałam na myśli to, że
przerywa opowieść, żeby usiąść w bibliotece i rozmyślać, i
opowiadać nam o losach solarystyki: ma karty na stole, a mimo to
niewiadoma jest porażająca ogromem. Także ostatecznie stwierdzam,
że wcale „za łatwo” nie ma. Chociaż, w przeciwieństwie do
wielu Lemowskich bohaterów, ma przynajmniej dane, mimo że szukane
skrywa mrok. 
 To taka idealna plansza, żeby napisać „Fin”. Zresztą dość klasycznie, takim spojrzeniem w dal właśnie. 
Fot. Jena Mayer.
O „Solaris”, jak
zawsze, z wielką chęcią pogadam, wiecie o tym!
_________________________
Jutro dziesiąty,
więc baśnie. Ale że pięknie mi się dziesiątki i baśnie
poskładały, to będzie też i Lemat-o!

11 thoughts on “Lemat-o #9: Rycerze świętego Kontaktu albo o „Solaris” S. Lema

  1. Ładny tekst.

    Nie chwyciłem tego kontrapunktu Bregg-Kelvin, podkreślonego przez nazwę statku, gdyż lektury dzieliła zbyt duża rozpiętość czasu (kilka… naście lat?).

    Ale chyba nie piszesz wszystkiego, prawda?
    Czy zauważyłaś sens, przyczynę i cel, pojawienia się fantomów, tych „duchów, które są nie załatwionymi do końca sprawami”, jak by to nazwać za S. Rushdiem?
    Czy zauważyłaś, że jednak doszło do Kontaktu? To chyba ostatnie, lub niemal ostatnia powieść, w której się to udaje, choć – i tu właśnie pies jest pogrzebany – to nie ten Kontakt, którego ludzie sobie winszowali. Choć ostatnie zdanie sugeruje, że Kelvin to zaakceptował.

    No i mantra: po co mówić o Kontakcie, gdy nawet nie możemy dogadać się między sobą.

    1. Nigdy nie piszę wszystkiego, bo jednak i notka powinna mieć swoje limity ;). Ale tak serio: właśnie liczyłam na to, że to wyjdzie w dyskusji :). Bo szczerze mówiąc dla mnie to jest książka właśnie o tym, że ten Kontakt jest bardzo pozorny: że jak już się wydaje, że jest chociaż nić porozumienia i akceptacji (na przykładzie Harey) to coś się musi zerwać, coś jest nie tak ("samobójstwo" Harey albo wyopróbowanie metody pozbywania się fantomów — w sensie, że on jest w obie strony bardzo trudny). Że ta próba przepracowania traumy, taka druga szansa, jest szansą tylko pozorną — o ile w ogóle jest możliwa, bo przecież stuprocentowej pewności, po co Solaris wysyła te fantomy właśnie w tym celu, nie ma. Mnie to błądzenie w lesie hipotez pasuje (tak jak pasowało mi w "Śledztwie") :). A uważasz, że fantomy miały inny cel?

      Natomiast, szczerze mówiąc, mnie się sama końcówka odczytała zupełnie inaczej: że Kelvin owszem, zaakceptował tę formę Kontaktu, do jakiej doszło, ale postanowił liczyć na więcej tych "okrutnych cudów", z takim postanowieniem, że zostanie, bo a nuż może Harey wróci? Chyba raczej zostaje ta próba samoogarnięcia własnego problemu — nawet w sposób "fantomowy" — niż o Kontakt z Obcym. Bo ten Obcy to zawsze w gruncie rzeczy człowiek — jedyne lustro, w którym da się przejrzeć.

  2. Kontakt Człowieka z Drugim, lub nawet ze Sobą, jest zawsze w centrum. Ale jest taka ciekawostka (przynajmniej tak ja to odczytałem), która mówi o badaniu. Naukowcy siedzą i badają Ocean, co jest nawet dosyć szczegółowo opisane. Np. napromieniowują go i patrzą, jak będzie reagował. A Ocean sobie pluska i bada te dziwne stworzenia. Oni go kwasem i promieniami gamma, a on ich fantomami zrodzonymi z traum. Popatrz jak się uczy: pierwsza wersja Harey nie miała suwaka w sukience. Przy drugiej, Ocean już wiedział…

    1. Ale chodzi o ten fragment: "Wzrok mój padł raptem na dwie leżące obok siebie całkiem jednakowe białe sukienki z czerwonymi guzikami, pierwszą, którą pomogłem jej zdjąć, nacinając dekolt, i drugą, w której przyszła wczoraj. Tym razem ona sama rozpruła szew nożyczkami. Mówiła, że pewno zamek się zaciął"? Bo ja to odczytałam inaczej trochę: Ocean nie "dosztukował" Harey zamka, ale ona posiada jakieś wspomnienie tego, co należy zrobić — na ile ono pochodzi od Oceanu? No właśnie tego nie jestem pewna — bo on nie kontroluje tych wytworów przecież, Harey sama podejmuje pewne decyzje (na przykład tę o "samobójstwie" — i nie jest to chyba wyłącznie powtórzenie jej ziemskiego gestu przecież); owszem, części rzeczy zrobić nie może (zniknąć z pola widzenia Kelvina), bo to leży w jej oceanicznej naturze.

      I w sumie nie wiem, czy ta wymiana jest taka prosta: bo Ocean raz bada te przedmioty, sondy i tym podobne, a raz się zupełnie nimi nie interesuje (albo jego zainteresowanie słabnie po czasie). Jasne, te fantomy pojawiły się po napromieniowaniu Oceanu, ale z drugiej strony na przykład jedyne co dało wysyłanie EEG Krisa w przestrzeń to nawiedzające astronautów koszmary. Także to jest wymiana, powiedziałabym, dość uznaniowa i okolicznościowa ;).

  3. Oczywiście. I nie jest tak, że Ocean kontroluje Harey. On ją wywołał z pamięci Kelvina. We wspomnieniach suwak nie był wyraźnym elementem – zgoła został z nich wyrugowany. Ponieważ zaś okazało się, że jest potrzebny, jest takim niezbędnym elementem, którego brak Kelvin zauważył (eufemizm), to w następnym egzemplarzu Ocean go dosztukował. Ocean przyglądał się, co zrobi Kelvin z fantomową Harey, uczył się jego, a ją jedynie wysyłał jak sondę. Ona zawsze była jedynie wcieleniem wspomnień Kelvina. Ocean testował go takim cielesnym koszmarnym snem, w którym pojawiają się nasi bliscy. Ci, którzy odeszli pozostawiając nam jakąś wyrwę w sumieniu (podświadomości?). To taki mój pomysł na to, dlaczego Ocean tworzył fantomy. A że Ocean czasami bada, czasami ignoruje… Cóż. Człowiekiem nie jest, kto go tam zrozumie?

    1. Właśnie chyba nie tyle dosztukował (zamka nadal nie ma — on(a) chyba za bardzo nie ma możliwości, żeby zmieniać wygląd tych fantomów; swoją drogą to ciekawe, że Harey ma bliznę po zastrzyku, czyli coś, co Kelvin w niej widział, kiedy już nie żyła, a wygląda jak z jego ostatnich wspomnień o niej żywej) i nie tyle koszmarnym ;). To znaczy Kelvin jako jedyny chyba z załogi po początkowym przerażeniu nawet nie tyle zaakceptował fantomową Harey, co zaczął o niej myśleć jak o "drugiej szansie". Stąd zresztą te "okrutne cuda" z końcówki. I chyba to było straszniejsze dla niego niż to, że przypominano mu ukochaną w taki właśnie sposób.

    2. Ach, zapomniałam: no ale właśnie, w tym co mówisz Ocean dostaje bardzo dużą dozę sprawczości. To jest fajna hipoteza, ale muszę powiedzieć, że i te inne, o których napomyka Lem, do mnie też przemawiają (bardzo mi się zresztą ten las wyjaśnień późnej solarystyki podoba) — że to może być zupełnie aintencjonalne, przypadkowe albo być objawem jakiejś degeneracji planety. I jakbym miała zająć jedno stanowisko, to nie wiem w sumie, co bym wybrała, bo grzebiąc w tej powieści można znaleźć argumenty za każdym z nich, mam wrażenie ;).

  4. To jest też fajne. Że czytelnik jest postawiony w sytuacji naukowca – ma wiele dróg, wiele teorii, odsiewa je, zostaje mu kilka równie prawdopodobnych, któraś (a może żadna?) jest prawdziwa, ale nie możemy tego dociec. Pytanie, czy Ocean jest istotą? Czy jest świadomy? Czy jest "żywy", a jeśli powiemy, że tak, to jakie kryteria życia spełnia? Jaka jest tego życia definicja?
    P. Watts w "Ślepowidzeniu" pokazuje taką właśnie dziwną sytuację, gdy ludzkość (w postaci załogi statku "Tezeusz") wdaje się w kontakt z Czymś. Nie wiadomo, czy mamy do czynienia z wielością istot na statku-bazie, która sama siebie nazywa "Rorschach", czy też może cały "Rorschach" jest jedną istotą, a Wężydła jego nader inteligentnymi "krwinkami"? Nie dowiadujemy się. Możemy snuć i dopasowywać teorie, ale TO jest pozaludzkie, wiec wtłaczanie tego nasze pojmowanie jest uczeniem mrówki posługiwania się internetem. Dlatego Kelvin nie nawiąże innego Kontaktu, niż to obmacywanie ręką i butem, niż to podsuwanie wspomnień, by Ocean je materializował. Świadomie, czy nie.

    Tu kolejne pytanie, czy Ocean nie jest rodzajem lustra, w którym się ludzie przeglądają jak małpy w lustrze, twierdząc, że "tamta małpa robi to co ja". Tego też nie można wykluczyć.

    Możliwości jest wiele. Jak to z Oceanem.

    1. Dobre! Bo wiesz, miałam na początku takie wrażenie, że jednak Kelvin z całą solarystyczną biblioteką na pokładzie ma ciut za prosto — nie, żeby wiedział, co się dzieje, ale miał miliony hipotez na podorędziu. A tymczasem gdyby taką sytuację bohatera odczytać o oczko wyżej — jako podstawienie pod nos czytelnikowi tego zestawu wiedzy, przez co wyrównuje się poziom między bohaterem a czytelnikiem właśnie — to jest to zabieg narracyjny nie tylko ciekawy, ale i w kontekście samej powieści szalenie interesujący formalnie. Świetna myśl!

      Nawet jeśli Ocean jest lustrem, to mam wrażenie, że ludzie w tym wypadku nie wiedzą, że się w nim przeglądają (albo on(a) w nich?). To znaczy, żeby się świadomie przeglądać, potrzeba właśnie rozpoznania sytuacji (co widać w tym cytacie ze strony 83), inaczej nie wiemy, że się przeglądamy, bo nie rozpoznaliśmy, że to lustro, odbicie i w ogóle taka właśnie sytuacja odbijania się w. Tak myślę, w każdym razie.

  5. Mnie "Solaris" zostawia z podstawowym pytaniem – kogo uznajemy za osobę? człowieka? Harey zachowuje się jak człowiek, reaguje jak człowiek, pod koniec poświęca się jak człowiek – a wiemy, że jest tworem tej planety, bo prawdziwa Harey nie żyje. A jednak pięć zmysłów Kelvina rozpoznaje ją jako człowieka; gdyby nie mikroskop elektronowy, nie przekonałby się o jej inności. To samo pytanie jest w "Terminusie".

    1. Tak, to faktycznie jest istotny problem, ale muszę przyznać, że to, w jaki sposób Kelvin do Harey przywyka sprawia, że dla mnie ten problem się zaczyna sytuować w trochę innej wadze: to znaczy nie tyle kogo uznajemy za człowieka, ile co sprawia, że to robimy i że na to "człowieczeństwo" się zgadzamy. Poza tym Kelvin od pewnego momentu tak bardzo chce, żeby Harey była człowiekiem (czy raczej może: żeby była Harey, bo chyba właśnie to się staje dla niego takie istotne, nawet bardziej niż to, kim owa Harey jest), że ten problem schodzi na dalszy plan w ogóle — co prawda teoretycznie ona w nim nadal może budzić jakiś biologiczny sprzeciw czy obrzydzenie, ale raczej czysto deklaratywne.

      "Terminus" to jest opowiadanie ze zbioru o pilocie Pirxie, prawda? Nie mam go na mojej liście z pobudek czysto subiektywnych, ale nie wykluczam wcale, że w końcu po ten zbiór sięgnę :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *