Lemat-o #13: Tylko we Lwowie albo o „Wysokim Zamku” S. Lema

Słuchajcie, na
samym początku powiem jasno: uważam „Wysoki Zamek” za książkę
właściwie znakomitą. To jest świetna powieść – niepowieść o
tym, jak działa pamięć, o tym, że to jest strasznie wybiórcza,
trudna do okiełznania siła. A przy okazji jest to też studium
dzieciństwa w świecie, który się stracił. I chociaż swoje uwagi
mam, to „Wysoki Zamek” już teraz od progu polecam wszystkim. A
przy okazji dawno się już nie śmiałam tak głośno, jak na
początkowych rozdziałów tej skromniutkiej, krótkiej prozy.

Autobiograficzny
„Wysoki Zamek” jest właściwie nie tyle próbą, podjętą przez
uznanego już wtedy pisarza – jesteśmy już po „Solaris”, czy
po sztandarowych robocich prozach Lema – by przybliżyć
czytelnikom własną osobę. To raczej – miejscami frustrująca dla
samego narratora – próba opowiedzenia w miarę spójnej historii o
dzieciństwie i wczesnej młodości, spędzonej w mieście, do
którego nie można się już udać, by coś sobie przypomnieć
właśnie tam, bo to miasto, dom rodzinny, koledzy – już nie
istnieje. Lem urodził się we Lwowie w 1921 roku – prowadzi nas od
najwcześniejszych wspomnień (które czasami mu opowiedziano), przez
pierwszą szkołę aż do matury tak właściwie, z przebłyskami
późniejszymi.

W cieniu zamku

Muszę powiedzieć, że ta figura zamku królującego nad miastem
skojarzyła mi się od razu z co duszniejszymi prozami Kafki, ale
„Wysoki Zamek” to jest zupełnie inna para butów. Po pierwsze,
Lem na początku bawi czytelnika garściami anegdotek. Dowcip jest
zupełnie bezpretensjonalny, jest lekko, trochę nostalgicznie, ale
bez przesady. Autor przytacza od czasu do czasu dość kompromitujące
szczegóły ze swojego dzieciństwa, przygląda się sobie
bezlitośnie, choć – jak zaznacza we wstępie – często kusi go,
żeby już w tej miejscami rozpełzającej się na boki w dygresje
narracji uwić myśl przewodnią, pokazać, do czego prowadziły już
zajęcia dzieciństwa. Ale kiedy konstatuje, że pisać nauczył się
w wieku lat czterech, ale nie miał wówczas nic istotnego do
zakomunikowania tą drogą, już wiadomo, że jeśli tę myśl
wplata, to robi to w sposób nienachalny, a bardzo dla czytelnika
zajmujący.

Równocześnie jest to powieść o Lwowie, ale powieść bardzo mało
melancholijna. To w istocie nie bardzo nawet jest portret miasta, co
pejzaż poskładany z różnych miejsc istotnych dla chłopca i
nastolatka: cukierni, targów wystawowych, miejsc, gdzie rozkładało
się wesołe miasteczko, rupieciarni, skąd dało się wygrzebać
kawałki blach do składania różnych eksperymentalnych konstrukcji,
czy drogi ze szkoły do domu i z powrotem. I te miejsca Lem wspomina
bez łzy w oku, bez wzdychania, a raczej z taką rozbrajającą
konstatacją, że jakimś cudem to wszystko kiedyś istniało, a
przestało istnieć i jak to się stało, kiedy, czemu nikt się nie
zorientował, że nie przetrwa w takim kształcie – nie wiadomo.
Zresztą widać miejscami, że powieść jest z lat 60. Bo kiedy Lem
pisze o początku wojny, mówi o roku 1941 – nie ma też mowy o
sowieckich żołnierzach, można odnieść wrażenie, że wyłącznie
armie niemieckie są tu synonimem wrogiego żołnierza.

Męskie miasto

Jeśli czegoś
jeszcze w powieści brakuje – i nie da się tego złożyć na karb
jakichkolwiek obaw o ingerencje cenzury (w tekście tak delikatnie
poskładanym z zakrętów pamięci byłoby to zupełnie kuriozalne) –
to kobiety. Lem wspomina ojca, dokładnie, często, ta figura ojca
przewija się w wielu miejscach albo jako ojciec rzeczywisty, albo
jako powidok pamięci. Natomiast nic właściwie nie mówi o matce.
Matka jest jakby przezroczysta – jeśli się pojawia, to w parze z
ojcem albo tylko na mgnienie oka. Jakby nic tej dwójki ze sobą nie
łączyło. Muszę przyznać, że w pewnym momencie ta nieobecność
robi się naprawdę dojmująca. 
 
 
 Piosenka podobno bardzo wówczas, jak wspomina Lem, popularna,
więc posłuchajmy i my.
 

Lem omija też
wszelkiego rodzaju miłostki szkolne (z niewielkimi, ogólnymi
wyjątkami) skupiając się raczej na portretach kolegów ze szkoły
i nauczycieli oraz swoim życiu umysłowym. I wiecie, w tym nie ma
nic złego, po prostu tak odmalowany Lwów zwraca na siebie uwagę:
to jest bardzo męskie, w tych wspomnieniach, miasto. Co przybiera
czasami rozmiary dość kuriozalne, bo nawet stara Hucułka z
ostatniego rozdziału okazuje się być… żołnierzem w przebraniu,
który chce młodzieży zademonstrować podstępy nieprzyjacielskiego
wywiadu.

Potem
zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach

Ten cytat wyżej – skądinąd uważam, że przepiękny – dobrze
też oddaje drugą stronę powieści. Bo jest też „Wysoki Zamek”
refleksją o sztuce w ogóle, o tym, jak to jest, że jakaś książka
jest genialna, a inna nie. Dostajemy zatem anegdotkę z wystawy
sztuki abstrakcyjnej, gdzie Lem kontempluje z rozpędu rzeczy
eksponatami nie będące, historię o tym, jak uważał, że
natrafiwszy na jego wczesne wiersze gestapo padnie z wrażenia, i o
tym, jak prędzej czy później z takich młodzieńczych wydumanych
fantazji się wyrasta. Lem jest tu dość bezlitosny, pokazuje, że
relatywizm w sztuce prowadzi w gruncie rzeczy do zaniku czegoś
takiego jak „dzieło”, przynajmniej w takim sensie, w jakim je
kiedyś rozumiano. Ale i wobec przeszłości nie jest bezkrytyczny.
Pisze na przykład tak:

Mówiąc o sztuce
[…] zarówno wychowujemy, jak i wychowywani jesteśmy w
przeświadczeniu, jakoby dzieła nieznacznie tylko różniły się od
grabi, w półmroku leżących. Ten, kto na nie nastąpi, dostanie w
łeb, aż go jasność nagła omroczy, i nie inaczej ma być z
dziełem znakomitym: tego, kto się doń weźmie, nagły, choć
niespodziewany trafi zachwyt.

[cytuję z wydania
Wydawnictwa Literackiego z 2000 roku, s. 114]

Doskonałe, prawda?
Na pewno zdarzyło się nam wszystkim nie oberwać takimi grabiami –
i co wtedy, zachwycać się, nie zachwycać się? Lem zresztą
pokazuje, że w gruncie rzeczy liczy się przy obcowaniu ze sztuką,
a konkretnie – z literaturą, nie tylko talent pisarski, ale przede
wszystkim talent czytelniczy. Chyba każdy czytelnik poczułby się
dowartościowany po takim stwierdzeniu. Lem twierdzi bowiem, że to
wielka sztuka, odczytywać z powieści drugie dna, obnażać
poukrywane sensy, a czasami czytać dzieło pod włos i zupełnie
wbrew autorskim intencjom. Więc nie jest czytanie w żadnym stopniu
wyłącznie biernym odbiorem w tej Lemowskiej optyce.

Podsumowując –
czy da się odpowiedzieć za Lemem, jak działa pamięć? Nie, nie da
się. Jeśli można coś o niej powiedzieć, to na pewno wiemy jedno:
nie działa tak, jak chcemy. Wspomnienia nachodzą autora, a on je
zapisuje, ale to wcale nie oznacza, że pamięta co by chciał i jak
by chciał. I może dlatego „Wysoki Zamek” to taka dobra książka:
nieprzegadana, dowcipna, refleksyjna. Nic, tylko czytać!

4 thoughts on “Lemat-o #13: Tylko we Lwowie albo o „Wysokim Zamku” S. Lema

    1. Myślę, że nie powinnaś się rozczarować, bo to jest trochę gawędziarski, trochę czarujący, trochę nostalgiczny, a trochę bezczelnie wymigujący się od odpowiedzi Lem ;). A fragmenty o czytaniu samym są naprawdę dobre (a jak przeczytasz, to powiedz mi, czy i Tobie sposób lektury małego Lema nie wydawał się, hm, bolesny ;)).

  1. Lem często zaznaczał, że "Wysoki Zamek" to opowieść, a nie powieść… Ale mało kto go słuchał 🙂 A ja nawet nie przeczytałem 😀 (może dlatego, że to nie powieść?…)
    Sama figura Wysokiego Zamku (bo nie wiem, na ile Dziadek Lem się z niej wytłumaczył), raczej kojarzy się z powieścią P. K. Dicka pt. "Człowiek z Wysokiego Zamku", opublikowanej kilka lat wcześniej. Powieść, jak to pierwszoligowe powieści Dicka, mówi o wielości światów, sferach rzeczywistości (w "Człowieku…" na przykład, w świecie, w którym państwa Osi wygrały II wojnę światową, bohaterowie dostrzegają prześwity naszego świata, gdzie stało się odwrotnie). I, jak to zwykle u Dicka, bohaterowie muszą coś z tym odkryciem zrobić: stwierdzenie, że nasza rzeczywistość (tj. ich, bohaterów) jest jedynie ułudą musi prowadzić do konkretnych decyzji dotyczących życia. Ciekawym, na ile Lem do tego nawiązuje?

    1. Według mnie te dwie kategorie się wcale nie wykluczają, w końcu powieść to też powinna być dobra opowieść ;). Ale tak, Lem sam niekoniecznie patrzył na "Wysoki Zamek" tak jak krytyka (która go jakoś tak zmarginalizowała w całości dzieł pisarza — Jarzębski się zresztą w posłowiu przyznał, że tej prozy nie docenił; ale mam w ogóle wrażenie, że im dalej w pisarstwo Lema, tym bardziej moje opinie i opinie profesora się rozjeżdżają).

      Dokładnie nad tym się zastanawiałam! "Człowieka…" znam — tak samo jak "Ubik" — z bardzo dokładnego streszczenia, które mi kiedyś przedstawiono, więc bezpośrednio się jeszcze nie odniosę, ale nie wydaje mi się, że to jest prosta koincydencja, zwłaszcza, że te kwestie nakładania się światów są w "Wysokim Zamku" obecne (przy okazji tego, jak działa pamięć).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *