Było to straszliwe przedstawienie, jednocześnie fascynujące i wstrząsające albo o „Mojej babci z Rosji i jej odkurzaczu z Ameryki” M. Shaleva

Lampartując
się w ubiegły weekend, kiedy to nie mogłam odpowiadać od razu na
Wasze komentarze, utknęłam między innymi w korku. Wtedy objawiają
się z całą mocą zalety nie bycia kierowcą: mogłam wyciągnąć
książkę i spokojnie ją przeczytać (częściowo na głos, żeby
kierowca nie był tak do końca stratny). Korek był długi, szanse
na wyrwanie się z niego – nikłe, a książka dająca się szybko
przeczytać. I to pomimo tego, a może właśnie dlatego, że kurczę,
strasznie denerwująca była (cytat w tytule doskonale obrazuje mój
do niej stosunek).

O co
chodzi?
„Moja babcia z
Rosji i jej odkurzacz z Ameryki” to właściwie coś między
zbiorem wspomnień (dodatkowo ilustrowanych zdjęciami z rodzinnego
albumu), strumieniem świadomości a próbą opowiedzenia w sposób
dygresyjno-gawędziarski jednej historii. Narrator-autor, Meir
Shalev, izraelski pisarz, chce nam bowiem wyjaśnić tajemnicę
odkurzacza, który jego cioteczny dziadek z Ameryki przysłał jego
babce do Izreala. Babka pracowała w moszawie (która jest, jeśli
dobrze rozumiem, formą kibucu, ale z istniejącą własnością
prywatną) w Nahalal i była postacią dość… Specyficzną.
Towarzyszymy zatem narratorowi w tych wysiłkach, wysłuchując po
drodze wielu rodzinnych anegdot, które często się zresztą
powtarzają.
Co mnie
w tej książce tak denerwowało?
Narrator
z lubością opisuje obsesję swojej babki na punkcie czystości.
Wyjaśnia ją tak, że młoda dziewczyna, która przybyła do Izraela
z Rosji (czy właściwie z Ukrainy, ale autor tego nie różnicuje)
trafiła w ubogą okolicę, wychodząc za mąż za człowieka,
którego do końca nie kochała (był wdowcem po jej starszej
siostrze) i skupiła się na wrogu, z którym mogła walczyć: na
kurzu i brudzie właśnie. I okej, historia jak historia – gdyby
nie to, że autor uparł się, żeby opisywać tę nerwicę babki
jako taką uroczą cechę zwariowanej staruszki. Podczas gdy
czytelnik, czytając o tym, że babka nie pozwalała używać
łazienki (bo się brudzi), jeść w domu (bo się kruszy), wyspać
się przed szkołą (bo trzeba sprzątać – oszukiwała córki,
przestawiając zegar o godzinę, tak że zawsze przychodziły
niewyspane do szkoły), czy zabierając córkę z lekcji (bo trzeba,
tak, zgadliście – sprzątać). Moim zdaniem nieszkodliwe dziwactwo
kończy się tam, gdzie krzywdzi innych. W jednej z ostatnich scen
autor opisuje, co zrobiły jego matka i ciotka po pogrzebie babki –
i według mnie wygląda to nie jak próba przezwycieżenia smutku,
ale jak odreagowanie traumy właśnie.
 W ramach ilustracji — zdjęcia z moszawów. Tu w Beit-Itzhak. Źródło.
Czy to
wszystko?
Nie, oczywiście, że
nie. Głównym grzechem tej książki jest to, że autor opisuje,
zamiast pokazywać. Ciągle opowiada, jakiż to jeden z wujów był
zabawny – ani razu nie możemy tego zobaczyć, żadnej próbki tego
humoru, nic. A to tylko jeden przykład. Babka też obrywa tu
rykoszetem takiego postępowania. Bo już tam, gdzie autor wplata te
przykładowe historie w materię swojego opowiadania, wychodzi to
naprawdę świetnie – jak na przykład wątek osobliwego drzewka
cytrusowego dziadka Aharona, które zaczyna jako drzewko cytryny,
żeby po drodze rodzić bakłażany i fasolkę, a w czasach zmierzchu
swojej świetności zostać drzewkiem grejfrutowym. Ale to jeden z
nielicznych przykładów zagospodarowania potencjału historii. Bo
najbardziej mnie denerwowało właśnie to trwonienie dobrego
przecież materiału: a widać, kiedy wątki się zazębiają, że
autor wiedział, co chce opowiedzieć (świetna scena nocnej
rozmowy!), tylko nie do końca wiedział, jak.
Teraz
to już wszystko, prawda?
No…
Nie. Jeszcze o jednej rzeczy chciałam Wam napisać. Otóż to
marnowanie potencjału boli tam zwłaszcza, gdzie autor sam kastruje
materiał, nie poddając go problematyzacji. Na przykład to, że
dziadek wyemigrował przed rewolucją bolszewicką w Rosji nie jest
przecież bez znaczenia. Wiemy, że w małżeństwie dziadków narratora się nie układa: może to jedna z przyczyn, bowiem babka wyemigrowała uciekając przed rewolucją i mąż-socjalista ze skłonnością do komunizowania, który rewolucji nie przeżył, ją dodatkowo drażnił? Druga
sprawa to sama historia Izraela: narrator co jakiś czas wspomina a
to wojnę Jom Kippur, a to walkę o niepodległość – i tego też
nie rozwija. Krewni chodzą z bronią i nic. Jasne, może to jest dla
docelowego odbiorcy jasne i przejrzyste – ale nawet jeśli, to czy
nie na próbie interpretacji czy analizy takiego „zwyczajnego”
materiału polega dobra literatura? Że próbuje ona chociaż dać
odpowiedzi? Albo postawić pytania? Tymczasem autor karmi nas albo
powtarzanymi ciągle historiami – opowiadanymi w ten sam sposób
(!), z użyciem tych samych metafor (!!), mimo że twierdzi, że w
jego rodzinie historie kołują w wielu wersjach (!!!). No to, pytam,
gdzie te wersje? Miałam miejscami takie wrażenie, że przysiadł
się do mnie na weselu starszawy wujek i raczy mnie wyświechtanymi
historiami, które on uważa za ważne i zabawne, a ja nie bardzo mam
jak się wyrwać, bo orkiestra akurat nie gra.
 A tu w Azriel. Źródło.
A co z
wydaniem?
Mam wrażenie, że
dość rzadko czepiam się takich rzeczy, ale tutaj nie wytrzymam,
muszę. Książkę wydała Muza, okładka jest w porządku – nic
jakiegoś specjalnie rewelacyjnego, raczej nie przyciągnęłaby
mojego wzroku – druk duży, ale nie za duży, papier ładny. Ale
kto wpada na pomysł, żeby wydać naszpikowany specyficznym
słownictwem i odnoszący się do mało znanej rzeczywistości tekst
bez przypisów czy posłowia? Przyznaję, nie jestem specjalnie
oblatana w historii tego zakątka świata, więc lakoniczne
sformułowania w rodzaju „Mandat”, „Hagada” czy
chociażby ta „moszawa” (swoją drogą w tekście jest na
przemian „ten moszaw” i „ta moszawa” – nie
wiecie przypadkiem, która wersja jest poprawna?) niewiele mi mówiły.
Poza tym i z tłumaczeniem jest pewien problem. W tekście pojawiają
się ciekawostki w rodzaju tej:
Słowa „to było tak” stanowiły
niezmienne rozpoczęcie każdej opowieści. Wypowiadała je z silnym
rosyjskim akcentem, z „r” toczonym czubkiem języka po podniebieniu.
[cytuję z wydania Muzy z 2011 roku, przekład Magdaleny Sommer, s. 14]
Ale
i często miałam wrażenie, że tłumaczenie tłumi, a nie tłumaczy jakoś, sensy czy
żarty. To oczywiście tylko przeczucie – ale może nie mam racji,
może jednak ten tekst po prostu taki jest.

A książka ląduje na liście jako oparta na prawdziwych wydarzeniach. Swoją drogą zaopatrzyłam się już drogą pożyczki w inną powieść autora, „Rosyjski romans”, gdzie wydarzenia z życia swoich dziadków fabularyzuje on i ubiera w formę powieści. Bardzo jestem ciekawa, jak tym razem mu wyszło.

Mieliście
może okazję przeczytać „Moją babcię…”? Może
chcielibyście zamienić ze mną na ten temat słówko-dwa? Jak
zwykle będę bardzo rada!
__________________________________
A
jutro będzie znowu o wymawianiu i znowu o bohaterach, ale z zupełnie
innej mańki.

2 thoughts on “Było to straszliwe przedstawienie, jednocześnie fascynujące i wstrząsające albo o „Mojej babci z Rosji i jej odkurzaczu z Ameryki” M. Shaleva

  1. Mam ja w planach i to najblizszych, goraco polecana przez znajomego Izraelczyka. Ja niestety w hebrajskim nie czytam, zaopatrzylam sie juz w polska wersje, wiec jestem skazana na to tlumaczenie… Troche mnie zmartwilas, bo wiecej sobie obiecywalam po tej ksiazce.

    1. Mnie też została polecona i osobie polecającej bardzo się podobała, także nie ma zasady, że się w ogóle podobać nie może :). Teraz "Rosyjski romans" dostałam w innym tłumaczeniu i ciekawa jestem, jak to wypadnie w porównaniu. Przy czym wiesz, największe grzechy tej prozy wynikały nie tyle z języka, co właśnie z przyjętej zasady, że narrator niczego nam nie pokazuje właściwie (jak pokazuje, jest serio dobrze), a tylko o tym opowiada.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *