Raz za razem albo do jakich książek wracam najczęściej?

Ten wpis zapewne nie
będzie żadnym zaskoczeniem, bo powtarzać się w nim będzie część
książek, o których napomykam od czasu do czasu, ale postanowiłam
zrobić eksperyment i zobaczyć, do jakich książek wracam
najczęściej, czytam z częstotliwością większą niż inne i
ogólnie rzecz biorąc z przyjemnością zatapiam się raz jeszcze w
świat przedstawiony.

Najwytrwalsze
powroty: „Dzieci z Bullerbyn”
Bez wątpienia
książka, którą przeczytałam największą ilość razy. Co wcale
nie oznacza, że doskonale pamiętam przebieg każdej historii –
mogę do niej wracać i bez problemu odkrywać na nowo. To, co lubię
w niej najbardziej i do czego wracam to pewna sielskość dzieciństwa
na wsi, tak jak jest opisane, a z drugiej strony to jest jednak
sielskość pozorna z dzisiejszego punktu widzenia, bo dzieci pracują
przecież w gospodarstwie, wędrują daleko do szkoły, nie
wspominając o tym, że pewnych udogodnień dnia dzisiejszego (i nie
mówię tu o elektronice, ale na przykład o kanalizacji) nie mają.
Nie mam pojęcia, jak tę lekturę odbierają dzisiejsze dzieci, bo z
pewnością inaczej – sama odkryłam je dawno temu z zachwytem, że
opisują świat trochę taki, jaki chciałabym, żeby był, nawet
jeśli nie zawsze jest (i był wówczas, bo przecież powstały tuż
po wojnie, chociaż fakt, że w Szwecji).
Do czego wracam?
Do wsi spokojnej, wsi wesołej, chociaż na szwedzkiej prowincji.

Powroty
motywowane stanem posiadania: „Ania z Avonlea” / „Ania z
Szumiących Topoli” /„Ania ze Złotego Brzegu”
To prawda, że nigdy
nie miałam problemu z poznaniem wszystkich przygód Ani, bo moja
Mama sprawiła mi komplet przy jakiejś okazji, kiedy jeszcze
absolutnie nie umiałam czytać, a i z chodzeniem miałam problemy.
Ale komplet czekał i się doczekał. Wbrew pozorom to nie pierwsza
część losów Ani mnie wciągnęła – choć to bardzo przyjemna
lektura – ale właśnie te dwie, które wymieniam wyżej. Dlaczego?
Podejrzewam, że w gruncie rzeczy dlatego, że to są powieści, w
których nic się nie dzieje. Czy może: dzieje się, ale tak raczej,
hm, epizodycznie. Myśli przewodniej właściwie nie ma, obserwujemy
sobie poczynania bohaterów, słuchamy anegdotek i podglądamy ich w
codziennym życiu. A przy okazji zaglądamy im do notatek, listów i
pamiętników. 
Do czego wracam?
Do zaglądania Ani w życie codziennie, trochę monotonne, ale przy
okazji pełne ciekawych postaci tła.

Powroty, które
kończą się zwykle czytaniem całej serii: „Straż! Straż!”
 
Uwielbiam serię o
Straży Miejskiej ze Świata Dysku. Serio, to jedne z moich
najukochańszych książek – i niewiele mi w nich przeszkadza,
raczej coraz więcej mnie z każdą lekturą zachwyca. Bo i ewolucja
bohaterów (nawet ten nieco odstawiony pod koniec na boczny tor
Marchewa, którego losy śledziłam początkowo z największym
zajęciem, żeby potem przerzucić się, wiadomo, na Vimesa), i
rozwój świata z takiego, co to strzela się tam do smoka stojąc na
jednej nodze na dachu do takiego, gdzie trzeba bronić jednej grupy
gatunków przed wyginięciem całkiem, ale to całkiem na poważnie.
No a w samej „Straży…” ujmuje mnie właśnie to naginanie
schematu, który trzeszczy w szwach, ale jednak nie pęka. I chyba
dlatego tak dobrze się to czyta.
Do czego wracam?
Do ortografii Marchewy, figgina i pewnej wizji smoków.
 I jeszcze obraz bardzo w temacie, bo odnośnie do
czytania Biblii. Obraz, rzecz jasna, ze szkoły holenderskiej.

Powroty, kiedy
trzeba wybrać jedną książkę ulubionego pisarza: „Wesela w
domu”
Bo czym byłby taki
wpis bez napomknięcia o Hrabalu? Właściwie kiedy chcę sobie
przypomnieć, za co go tak lubię i cenię, to wystarczy, że sięgnę
właśnie po „Wesela…”. Pisałam już kiedyś, że Hrabal
wykorzystuje tam motywy z innych swoich książek, więc można za
nimi potęsknić, może zabrać się za jakąś następną, no a przy
okazji przypomnieć sobie i styl, i sposób opowiadania, i bohaterów,
do których chce się wracać. Zastanawiam się, czy to jest dobra
książka na początek przygody z Hrabalem, czy właśnie może na
takie sentymentalne powroty i podsumowania, i nie wiem. Bo wydaje mi
się, że można by i tak, i tak na nią spojrzeć. 
Do czego wracam?
Do Hantii ze skupu makulatury, do opowieści stryja Pepina
zagłuszanych przez matkę Bohusza i do emancypacji Eliszki.

Powroty, przed
którymi trudno się powstrzymać: „W Dolinie Muminków”
Ta część
zdetronizowała długo trzymające się na miejscu pierwszym
muminkowej sagi „Pamiętniki Tatusia Muminka”, ale przy ostatniej
gruntownej powtórce Muminków zaczęłam inaczej przyglądać się
postaci Tatusia. Stąd chyba właśnie „W Dolinie…”, bo co
prawda jest tu przewodni motyw (kapelusz czarodzieja), ale w gruncie
rzeczy sprawa ma się podobnie jak z Lucy Maud Montgomery: wracam,
żeby popodglądać starych znajomych. Strasznie często uprawiam
taki literacki voyeryzm, ale cóż zrobić. Poza tym to takie
kanoniczne Muminki: ze wszystkimi bohaterami, z nagłym pojawieniem
się Buki, z wanną pełną naleśników nasmażonych przez Mamusię. 
Do czego wracam?
Do tego, żeby dowiedzieć się w końcu, w co zamieniła się
sztuczna szczęka Piżmowca.

Powroty do
dzieciństwa: „O Janku Poranku, Złym Kościeju i Pięknej
Królewnie”
Zapewne się
dziwicie, co też to za historia. Nie wiem, skąd się wzięła ta
książeczka w moim domu, ale fakt faktem, że chyba była
najczęściej czytaną mi opowieścią na dobranoc, a potem sama już
ją sobie czytałam i tak mi zostało. To białoruska bajka ludowa o
trzech braciach: Florku Wieczorku, Nocnym Marku i Janku Poranku,
którzy ruszają na wędrówkę, znajdują chałupkę, gotują sobie
rosoły z wołu, aż przychodzi Kościej i pierze na kwaśne jabłko
dwóch pierwszych – a trzeci musi sobie, jak każdy najmłodszy z
trójki braci, jakoś radzić, więc radzi sobie całkiem nieźle,
wymachuje maczugą, mówi ciągle sakramentalne „lepszy nadmiar niż
niedobór” i zdobywa księżniczki więzione pod ziemią przez
rzeczonego Kościeja. 
Do czego wracam?
Do posklejanych plastrem stron, do cudownych obrazków i do bon
motów Janka.

Powroty do baśni:
„O chłopcu, który nie wiedział, co to strach”
Gdybym miała zabrać
na bezludną wyspę tylko jedną baśń, to zdecydowanie byłaby to
ta baśń Grimmów. Bo jest dostatecznie długa, bogata w szczegóły,
eksplorująca kilka wątków, z całkiem rozgarniętym głównym
bohaterem (chociaż nie zawsze na to wygląda). I z odpowiednim
poziomem grozy: żeby się w miły sposób postraszyć, ale potem
spokojnie pójść spać i się nie denerwować, że coś nam wylezie
spod łóżka. 
Do czego wracam?
Hm, w sumie to pisałam o tym szerzej tutaj.

Powroty w
poszukiwaniu większej całości: „Hasło brzmi: Sailor V”
Sailor V to, jeśli
się nie orientujecie, taka poprzedniczka Sailor Moon. Takeuchi
wykorzystała tu sporo pomysłów powielonych później w mandze
właściwej, ale przy okazji stworzyła trzy bardzo sympatyczne tomy
historii o roztrzepanej nastoletniej siatkarce i jej gadającym
kocie. Minako jeździ do Chin, chce zrobić karierę piosenkarki,
ciągle się zakochuje i przeżywa niepowodzenia, i żyje w strachu
przed własną, dość apodyktyczną matką. A przy okazji jest
wojowniczką o miłość i sprawiedliwość, przedsiębiorczą, bo
choć co prawda od czasu do czasu ratuje ją tajemniczy As, to z
reguły ona ratuje i siebie, i innych, i to, że ma czternaście lat
w niczym jej tu nie przeszkadza. A do tego mam słabość do dziwnej
anatomicznie, ale lekkiej i długiej kreski autorki. I zabawnie jest,
o. 
Do czego wracam:
do historii o opasanym kamieniu, do strachu kota Artemisa przed
podróżą do Chin i do autoparodii autorki w historii o pięknej
mangaczce.

Powroty, żeby
zobaczyć, czy nadal mi się podoba: „Wieczny ogień”
Zdecydowanie moje
ulubione opowiadanie o wiedźminie. Geralt chce sobie kupić w
Novigradzie nową kurtkę, ale wpada najpierw w sam środek kryzysu
związku Jaskra, a potem zostaje wplątany w ekonomiczną aferę z
pewnym przedsiębiorczym dopplerem i pewnym wściekłym, poturbowanym
niziołkiem. Nie wiem do końca, czy pozostaję nadal pod takim
urokiem tej historii, jak kiedyś: jest pomysłowa i dobrze
przeprowadzona, ale ze zdziwieniem stwierdziłam ostatnio, że
Novigrad wcale nie jest aż taki plastycznie opisany, jak mi się
wydawało. Za to jeśli chodzi o jedzenie, to nadal przy wizycie
bohaterów w karczmie robię się głodna. 
Do czego wracam?
Do zupy cebulowej, do prującej się kurtki Geralta i do poodychania
miejskim powietrzem.

I to chyba by było
na tyle, przynajmniej na teraz. Przypominam, że zastanawiałam się niedawno nad samym procederem czytania po raz kolejny
– stąd teraz przyszła pora na bardziej praktyczną jego stronę.
A czy Wy też macie taki żelazny zestaw do wracania?

__________________________________

A jutro zgadnijcie
co? Lemat-o!

22 Replies to “Raz za razem albo do jakich książek wracam najczęściej?”

  1. A Song of Ice and Fire – powroty z gatunku otworzę na dowolnej stronie i popłynę. W zasadzie to nie odczuwam tego jako powrót: opowieść się nie skończyła i wciąż jestem w trakcie 🙂 Powrót dla kunsztu języka i kunsztu opowiadacza – niemal za każdym razem można znaleźć gest jakieś postaci, kolor szaty itepe, który w świetle późniejszych wydarzeń nabiera nowego znaczenia. I jedna z niewielu książek z gatunku tych, co mają jeden wybitny akapit przy którym mam łzy w oczach za każdym razem, pomimo bycia w zasadzie o niczym.
    I nie, nie oglądam, a nawet unikam jak zarazy 'Gry o tron" – za wiele upraszczają, żeby mnie to bawiło.

    1. Mimo że z "Pieśniami lodu i ognia" mam problem, to ta wizja trwającej historii, w którą czytelnik włącza się w dowolnym momencie jest doskonała. Bardzo mi się podoba — co nie znaczy, że rzucę się zaraz z powrotem do Martina — ale generalnie spoglądam na niego teraz łaskawszym okiem. Ciekawe, swoją drogą, czy to jest strategia do zastosowania w każdym wielotomowym uniwersum, gdyby się tak uważniej przyjrzeć?

  2. Właśnie mam powtórkę z Muminkami, z całą serią żeby było milej 😀

    1. Zdecydowanie! Możesz jeszcze włączyć to, co wydano u nas nie tak znowu dawno — trochę muminkowe apokryfy, ale jak przyjemnie się czyta. Pisałam o nich tutaj z zachwytem, więc rekomenduję serdecznie :).

  3. Moja corka uwielbia Dzieci z Bullerbyn (i ostatnio Madike) wiec czesto wracam. Budza w niej czysty i niczym niezmacony zachwyt. Kiedy dowiedziala sie, ze w swoim czasie nocowalam w stogu siana na wakacjach na wsi jej zazdrosci nie bylo konca. Od tego czasu marudzi, ze powinnismy sie przeniesc na wies. Najwieksza jej zazdrosc budzi chyba ilosc wolnosci jaka dzieci maja w tej ksiazce. Pippi jest w sposob oczywisty postacia z bajki (taka superbohaterka w sumie, i te jej supermoce to takie oszustwo troche) – ale Lisa i przyjaciele sa calkiem realistyczni i w wielkomiejskiej dziewczynce budza olbrzymie tesknoty za mozliwoscia biegania gdzie sie chce, nocowania w stogu, lowienia rakow w jeziorze, przelazenia przez szalenie niebezpieczne skalki itd. Z punktu widzenia rodzica czyta sie te ksiazke zupelnie inaczej. Kiedy mama Lisy mowi, ze nie maja czasu myslec o tym, jacy sa odizolowani, bo jest tyle roboty – i czlowiek uswiadamia sobie, ze wszystko wtedy trzeba bylo robic recznie i ile czasu to musialo pochlaniac, nic dziwnego ze dzieci byly puszczone samopas…. Ponoc jakies dziecko powiedzialo kiedys, ze najlepsze w Dzieciach.. jest to, ze rodzice sa tacy mili tez zaczyna sie czlowiek zastanawiac. Bo przeciez ci rodzice interweniuja bardzo rzadko. Dzieci chyba tesknia za tym zeby miec troche takiej nieposkromionej wolnosci.

    1. Dzieci lubią bohaterów w ich wieku lub nieco starszych, którzy mogą więcej- obojętnie czy to Tomek Wilmowski czy Harry Potter. Swoją drogą mam nadzieję, że Lisa uzbierała na ten rower.

    2. Wiecie, że nie zwróciłam nigdy uwagi na rodziców w "Dzieciach…"? I to ani jako dziecko, ani jako osoba dorosła, a przecież wracam do tej książki bardzo regularnie na różnych etapach życia. Dorośli są w niej dla mnie mocno przezroczyści (może poza sugerowanym wątkiem miłosnym Addy i Oskara). Bo trud życia w takich warunkach — nie, to jasne, że wcale tam tak sielsko nie jest. Ale jakoś do tej pory ci dorośli mi umykali — może właśnie dlatego, że są tacy "mili" ;).

  4. Powroty do lektur z dzieciństwa to śliska sprawa- czytasz taką "Tajemnicę Amuletu" i okazuje się, że tatuś pojechałbpisać o wojnie, żeby mamusi zafundować wycieczkę na Maderę (czytaj: najlepsze sanatorium dla gruźlików). Wandzia z "Bułeczki" umierała na to zapalenie płuc i nawet konsylium nic nie mogło zrobić, tylko czekać, a gadający o wolności ojciec Stasia nadzorował budowę Kanału Sueskiego, gdzie robotników spędzano siłą.
    Jedynie Najukochańsza Siostra z Nilsa Paluszka wydaje się mniej depresyjna.

    1. Ja właśnie ostatnio czytałam "Dzieci kapitana Granta" i też miałam wiele olśnień, moje ekologiczne serce krwawiło, gdy bohaterowie strzelali do wszystkich zagrożonych już wówczas gatunków zwierząt i im rzadsze ustrzelili, tym bardziej byli zadowoleni 😉 No i w jednym z rozdziałów bohaterowie dyskutują, czy Aborygeni to ludzie, czy małpy. To samo mam teraz przy "20 000 mil podmorskiej żeglugi" 😉

    2. @Eire, mamy takie same odczucia co do inżyniera Tarkowskiego, jak widzę. Mnie się zmienił pogląd na Tatusia Muminka właśnie — toż to żadna idylliczna postać rodzica, zupełnie odwrotnie: całkiem toksyczny, zapatrzony w siebie mężczyzna, który doprowadza żonę niemal na skraj depresji.

      @aHa, czytałam u Ciebie o "Dzieciach…", ale mnie ta lektura ominęła w dzieciństwie, muszę się jej kiedyś przyjrzeć :). Za to ciekawa jestem, co powiesz o Vernem, bo szczerze mówiąc mam mgliste wspomnienia z lektury, a podejrzewam, że tam w tle czyha wiele takich niespodzianek ;).

  5. Ja mam tylko jedną taką książkę, którą przynajmniej raz na rok muszę przeczytać i jest to "Szósta klepka" Małgorzaty Musierowicz – zazwyczaj na Boże Narodzenie. Lubię też wracać co jakiś czas do komiksów o Asteriksie, żeby popaść w zadumę nad tym, ile dziwnej wiedzy z nich wyniosłam – m.in. całą moją obecność znajomość łaciny 🙂

    Powroty, żeby zobaczyć, czy nadal mi się podoba: "Początek" Szczypiorskiego. W liceum byłam zakochana w tej książce, ale zaczęłam się zastanawiać czy aby nie dlatego, że pasowała mi do wypracowania na każdy temat, podobnie jak "Mistrz i Małgorzata". Wróciłam ostatnio i jak zawsze popłakałam się na końcu. Ech.

    Za to od jakiegoś czasu robię sobie powtórki z Verne'a, którego też nie czytałam od liceum, a uwielbiałam. Chociaż po Twoim wpisie muszę chyba odświeżyć sobie po raz kolejny również "Dzieci z Bullerbyn" – miałam będąc dzieckiem takie fazy, że kończyłam tę książkę czytać i zaczynałam od nowa.

    1. I ja po powyższych komentarzach czuję, że w najbliższej przyszłości wrócę znowu do "Dzieci…", bo już pora, no i muszę się tym dorosłym przyjrzeć uważniej :). W ogóle chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu taki wpis o książkach cenionych i miło wspominanych, które po latach okazują się dość, hm, kłopotliwe w odbiorze (mnie tutaj od razu na myśl przychodzi "Tajemniczy opiekun").

  6. W sumie wracam przeważnie do książek przeczytanych w dzieciństwie bądź wczesnej młodości. Psychologicznie powód jest prosty – one mnie po prostu przenoszą w tamte lata, kiedy życie było jednak jakby łatwiejsze 🙂 a poza tym mam tyle nieprzeczytanych książek mniej lub bardziej bieżących, że powtórki funduję sobie, gdy mam doła albo potrzebuję psychicznej regeneracji. "Dzieci z Bullerbyn" też do dziś wiodą u mnie prym, a od kiedy dziecię ma wersję audio, mam jeszcze losowo wybrane fragmenty wieczorami. Poza tym zaczytałam na śmierć wczesną Jeżycjadę, Kajki i Kokosze oraz Tytusy. Ostatnio po kilku latach przerwy próbowałam wrócić do Chmielewskiej, której też w większości odpadają okładki i sypią się strony, ale zupełnie mi nie szło, wyrosłam jakoś czy co… Za to od lat wracam do DeMello, to jest taka lektura, że za każdym razem wyciąga się coś nowego. I z "Przebudzenia", i z przypowieści różnych. Co parę lat jeszcze obowiązkowa sesja z "Lalką" i "Panem Tadeuszem". Jest parę rzeczy, które chętnie poczytałabym ponownie, ale ten stosik przy/pod łóżkiem krzyczy, że trzeba go zmniejszyć… Przyniosłam sobie dwa miesiące temu "Diunę" od rodziców do kolejnej powtórki i tak leży bidna i czeka…
    Osobna kategoria to powroty fundowane przez syna pt. mamo, poczytaj mi. "Anię z Zielonego Wzgórza" pierwszy raz przeczytałam rok temu, po pół roku ponownie, tym razem na głos. Ośmiolatek płci męskiej zażądał i się wciągnął. Niektóre książki czytam, bo mnie potem syn sprawdza, czy pamiętam, no bo jak ma ze mną rozmawiać o książce, skoro nie przypominam sobie szczegółów. Więc tak wracam ostatnio do Ożogowskiej nieruszanej od długich lat (chociaż zaczytanej w dzieciństwie).

    1. Ożogowską nadrabiam systematycznie — bo w dzieciństwie x razy przeczytałam to, co mieli w bibliotece, ale na przykład "Dziewczynę i chłopaka" przeczytałam dopiero kilka lat temu. Ale jakie doskonałe te powroty Ci latorośl funduje, widzę :).

  7. Wracam oczywiście do Geralta – zawsze w końcu do niego wracam… W ubiegłym roku, przeczytałam wszystkie posiadane przeze mnie książki z serii o Panu Samochodziku i pękałam ze śmiechu. Nadal za najlepszą część uważam "Pana Samochodzika i zagadki Fromborka" 😉

    1. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie. 😉 Najlepszą częścią jest "Niesamowity dwór".

    2. @Grendella: myślę od dłuższego czasu o przeczytaniu po kolei całego Pana Samochodzika (tego spod pióra Nienackiego), bo w dzieciństwie uwielbiałam te książki i bardzo chciałam być kustoszem ;). Za to zdecydowanie zgodzę się z @Galene, też uwielbiam "Niesamowity dwór" — i tę lekturę sobie nawet nie tak dawno temu odświeżyłam, żeby zobaczyć, czy działa. Działa nieco mniej, ale że tu i ówdzie nadal o nim napomykam (oraz używam od czasu do czasu nieśmiertelnego "stówą, panie kustosz, stówą") to psioczyła nie będę :). Za to "Zagadek Fromborka" właściwie nie pamiętam — w ogóle do późniejszych Panów Samochodzików miałam problem z dotarciem i czytałam w jakiejś dziwnej kolejności, bo w bibliotece szkolnej mieliśmy w tym względzie braki.

    3. "Niesamowity dwór" jest u mnie drugi w kolejności, więc właściwie prawie się zgadzamy 🙂 Doszłam również do wniosku, że zupełnie niestrawne są "samochodziki", które dzieją się za granicą. Było coś o zamkach nad Loarą. Masakra, opisy żywcem z przewodnika.

    4. O, było chyba coś takiego — z Fantomasem, prawda? Zupełnie nie pamiętam tej części oprócz jednego motywu: ciotki/babki/w każdym razie kobiecej bohaterki, która miała zwyczaj wygłaszania rozbudowanych zaklęć w rodzaju "sacre bleu, porcia mizeria!" ;). Muszę sobie zdecydowanie odświeżyć "Samochodziki" — a w tym kontekście, o którym piszesz, na pewno "Praskie tajemnice"; czytałam to wiele razy, ale zanim w ogóle moja stopa stanęła w Pradze. Teraz znając to miasto dobrze, muszę sprawdzić, czy jest w tym przypadku jak z Loarą, czy może lepiej :).

  8. Też lubiłam raz po raz powtarzać sobie przygody dzieci z Bullerbyn 🙂 To jedyna lektura z dzieciństwa, którą przeczytałam z naprawdę dużą przyjemnością 🙂

  9. Wracam, ale może nie aż tak daleko. "Dzieci z Bullerbyn" wałkowałam, podobnie jak Ty (i cieszy mnie, że tak wiele osób naprawdę za nimi przepadało), ale już jako osoba dorosła chyba nie zajrzałam do nich ani razu. Wracam raczej do niedawnych pozycji. Kalwasa, którego czytałam na studiach (no, to wcale już nie tak niedawno:P), Hłaski, Kinga… A jak wysilę pamięć, to wyjdzie, że jeszcze nie tak dawno wracałam również do "Pana Samochodzika" i "Szatana z 7 klasy". Inspirujesz, by jednak tak sobie powracać częściej:)

    1. Też mnie zaskoczyło, ale jak raduje, że "Dzieci…" są takie popularne. Mam wreszcie twardy argument, że nie tylko ja czytałam je dłuższy czas w kółko, co niepomiernie dziwiło moją rodzicielkę swego czasu, usiłującą mi pokazać, ile cudownych książek w świecie jeszcze na mnie czeka ;). Także wracaj, wracaj :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.