Piszę i ubezpieczam albo o Franzu Kafce na urodziny

p { margin-bottom: 0.25cm; line-height: 120%;Zapowiedziałam jak na mnie całkiem jasno wczoraj, o czym będzie dzisiaj, zatem zamiast kluczyć i błądzić, i zwodzić, i się rozpisywać, jasny przekaz: dzisiaj dziwnostki i ciekawostki o Franzu Kafce. I całkiem poważne fragmenty też.

Mój proces
odkrywania dla siebie twórczości Kafki biegł dziwnym torem i już
zupełnie nie pamiętam czemu rozpoczęłam polowanie na jego „Listy
do Mileny” na Allegro. Było to chyba moje jedyne polowanie, które
zaczynałam trzy razy, żeby w końcu osiągnąć sukces (a było to
w czasach, kiedy niewiele ofert miało magiczny przycisk „kup
teraz” i trzeba było wytrwale licytować). Także zaczęło się
od listów – potem przyszły te do Felicji – a dopiero potem
nadszedł czas na prozę. Wbrew powszechnej opinii o dojmującej
stronie „Procesu” mnie ta książka ubawiła bardzo (i
przygnębiła też, ale na tym samym mniej więcej poziomie),
zafascynował „Zamek” (chyba moja ulubiona proza Kafki w ogóle),
zasmuciła „Ameryka”, no i przeraziły opowiadania (zwłaszcza
„Kolonia karna”, która jest jedną z najbardziej przerażających
rzeczy w literaturze w ogóle). Ale Kafka jest pisarzem znanym i
cenionym, więc pomyślałam, że ciekawiej będzie nieco ubarwić
wpis i napisać coś o samym Kafce i o jego pisarstwie od strony
takiej może nieco plotkarskiej, ale jakoś osadzonej w
rzeczywistości. No bo słuchajcie, to jest taki pisarz, którego
życie obrosło mitami i legendami, a fascynuje na równi z jego
twórczością. Także dzisiaj moje ulubione fakty o pisarzu.
Wszystkiego
najlepszego na urodziny, tak swoją drogą, panie Franzu! 
Niewiele jest zdjęć Kafki na wolnej licencji, więc niechaj nam
solenizant spoziera dzisiaj z tego jednego, za to z podpisem,
no i urzędowymi pięczęciami (ze zbiorów Izraelskiej Biblioteki Narodowej).
Uwielbiał pływać
po rzece.
W ogóle uwielbiał
pływać. Jest takie jego słynne zdjęcie, jak siedzi w kąpielówkach
na plaży ze znajomymi – takie inne od tych zwykle
przedrukowywanych, gdzie patrzy ponuro w obiektyw, z fryzurą
grzecznie wypomadowaną i ze starannym przedziałkiem. Tutaj śmieje
się szeroko i wygląda szalenie chłopięco. Kafka lubił się
relaksować, wsiadając do łódki i pływając po Wełtawie. W
Pradze to nie jest szczególnie trudne, bo i kiedyś, i dzisiaj
załatwienie sobie łódki, żeby płynąć środkiem miasta, to nic
dziwnego czy trudnego. No właśnie, po Wełtawa płynie sobie
uregulowana w ujęciu długich bulwarów środkiem czeskiej stolicy,
przepływając pod tymi wszystkimi mostami, które spinają obie
części miasta. Ale piszę
to nie po to, żeby wprowadzić tu wątek turystyczny, ale po to,
żeby nawiązać do jednej z moich ulubionych historii o Kafce: otóż
płynąc Wełtawą przez Pragę przepływa się pod tymi wszystkimi
mostami, a po nich, jak to po mostach, chodzą ludzie. Czasem nawet
tacy, których się zna. No i nasz Kafka lubił podobno od czasu do
czasu w ramach żartu ułożyć się w łódce, skrzyżować ręce na
piersi i jako ta Szekspirowska Ofelia puścić się wraz z nurtem pod
mostem. Co początkowo miało wyjątkowo przerażać jego znajomych,
jeśli akurat zobaczyli go przepływającego niepodal.
Musiał się
wyprowadzić ze Złotej uliczki, bo było mu niewygodnie.
Jedną
z najbardziej znanych historii o Kafce jest ta, jak to wprowadził
się na słynną Złotą Uliczkę i tam pisał. Zresztą, jak się
jedzie do Pragi, to o domy Kafki można się potykać – pisarz
często się przeprowadzał, więc tabliczki „tu w latach…
mieszkał Franz Kafka” można kolekcjonować. Ano właśnie, ale
jak to z tą Złotą Uliczką było? Jak zapewne wiecie, to taka mała
uliczka z maciupkimi domkami na zamku praskim, za katedrą św. Wita,
Wacława i Wojciecha. Rudolf II, cesarz z dynastii Habsburgów, który
przeniósł stolicę cesarstwa do Pragi, usadził tam swoich
alchemików i astronomów, bo lubował się w tego rodzaju sztukach
tajemnych i tak Złotą Uliczkę spowił czar, który ciągnie tam
turystów. Ale nie to wykurzyło Kafkę z tej okolicy – zresztą
wówczas ruch turystyczny jeśli był, to mniejszy niż dziś – ale
co innego. Otóż tęże intratną lokację załatwiła Franzowi jego
ukochana siostra, licząc, że będzie tam miał spokój i ciszę,
żeby pisać (a pisał nocami, tak swoją drogą, bo wtedy mógł się
skupić, nie rozpraszać, no i nie myśleć o pracy). Spokój jako
taki faktycznie miał, ale że domek był niewielki i wilgotny, to
dość szybko dał się pisarzowi we znaki i Kafka opuścił
miejscówkę, dość fascynującą, ale jednak mało praktyczną.
Miłość swojego
życia poznał nad Bałtykiem.
No,
troszkę konfabuluję, bo z tymi miłościami Kafki było tak, że
najpierw była Felicja (zaręczali się dwa razy i dwa razy
rozstawali, ale to długa historia), potem Milena (o której zaraz),
w końcu zaś, no właśnie, Dora Diamant. I troszkę konfabuluję z
tym Bałtykiem, ale zgodnie z tymi wszystkimi narracjami o Kafce,
które zwykle troszkę ściemniają. Dora podobno fascynowała się
Kafką już wcześniej, a kiedy usłyszała, że autor przebywa w
sanatorium, gdzie pracowała, postanowiła go poznać. Podobno wieść
o przyjeździe Kafki zastała ją przy obieraniu ziemniaków. To jest
takie urokliwe w tej historii – chociaż sam związek do łatwych
nie należał – to niemieckie sanatorium gdzieś nad Ostsee, te
ziemniaki, ten pisarz przyjeżdżający się leczyć i dziewczyna, z
którą zostanie niedługo, ale już do końca swojego życia.
Jedna z jego
ukochanych, Milena Jesenska, to wielka czeska dziennikarka.
Pisałam
już kiedyś o Jesenskiej, ale nie zaszkodzi raz jeszcze. No właśnie,
bo poznałam ją dzięki Kafce właśnie, który słał jej piękne,
choć miejscami przerażające listy (do Wiednia, gdzie mieszkała z
mężem – z Kafką spotykali się czasem gdzieś poza Pragą i
Wiedniem). A tymczasem okazało się, że sama Jesenska świetnie
pisała: pracowała jako dziennikarka i reportażystka z wielkim
zacięciem społecznym. Jej zbiór „Ponad nasze siły”,
ilustrujące sytuację w Czechosłowacji i nastroje społeczne tuż
przed dramatycznym układem w Monachium, po którym nastąpił
właściwie zmierzch państwa czechosłowackiego, to lektura
wciągająca jak najlepszy thriller, a przy tym szalenie refleksyjna.
Na marginesie jeszcze, w ramach snucia historii o powiązaniach w
ramach czeskiej literatury, dodam, że jej córka, Jana, była z
kolei w związku z Egonem Bondym, czeskim poetą i pisarzem, którego
możecie kojarzyć z próz Hrabala, bo występuje tam jako jeden z
bohaterów. Ale zdaje mi się, że część jego wierszy została
przełożona na polski – jakbyście chcieli się przekonać, jak
wygląda „totalny realizm”, prąd stworzony przez Bondy’ego,
polecam!
Znał czeski. No
właśnie, z Kafką w ogóle jest tak, że każda literatura narodowa
przyznaje się do niego z ochotą: i czeska, i niemiecka, nawet
austriacka, żydowska także i tak dalej. Tymczasem Kafka był
reprezentantem takiej specyficznej grupy, którą byli pisarze
wywodzący się z niemieckojęzycznych rodzin żydowskich Pragi (tak,
było ich więcej!). I z tą Pragą, i z tym środowiskiem
niemieckojęzycznych mieszkańców Czechosłowacji był związany,
więc tak narodowo go klasyfikować nie do końca jest sens. No i w
tym kontekście właśnie często pada argument, że przecież pisał
po niemiecku. Jasne, pisał, ale czeski też znał, o czym się
często zapomina. Kafka pracował
jako urzędnik (w firmie ubezpieczeniowej), a po roku 1918, kiedy
Czechosłowacja zyskała niepodległość, wszystkich urzędników
weryfikowano właśnie pod kątem ich znajomości czeskiego (tych,
którzy znali tylko niemiecki, odsyłano na wcześniejsze emerytury,
kursy językowe, albo w najgorszym wypadku zwalniano). Kafka pracę
zachował, bo czeski znał, zachowały się nawet jego drobne pisma
urzędowe i służbowe notatki sporządzane w tym języku. A po
niemiecku pisał, bo jak sam twierdził, w tym języku najlepiej
umiał wyrażać swoje myśli.
Uważał, że
akapity są dla słabiaków.
No
właśnie, a propos tego wyrażania myśli, to nie tylko język
niemiecki, ale i długie akapity miały według Kafki służyć
dobrze jego prozie. Strasznie go denerwowało, kiedy wydawca
sugerował, żeby jednak rozbić coś na mniejsze akapity, bo to
wygodniejsze w czytaniu. Także widzicie: może wygodniejsze, ale za
to wbrew intencjom autora. Poza tym Kafka ma specyficzny styl, jeśli
chodzi o zasób słów, nie udziwnia, często stosuje powtórzenia.
Często to tłumacze – na co wskazywał Milan Kundera w
„Zdradzonych testamentach” — ubogacają słownictwo Kafki, każąc
bohaterom zamiast ciągle „iść”, to „biec”, to „kroczyć”,
to „wędrować” i tak dalej.
Miał
zdecydowanie oryginalnych znajomych.
Do
legendy przeszła historia o tym, jak Kafka postanowił odczytać
znajomym „Przemianę” (to to opowiadanie, w którym główny
bohater budzi się, żeby stwierdzić, że zamienił się przez noc w
wielkiego robaka). Opowiadanie jest przerażające, smutne i dość
obrzydliwe, ale przede wszystkim człowiekowi żal jest Gregora
Samsy, tego głównego bohatera, który nie tyle się w tego robaka
zmienił, ile nim był właściwie przez całe życie dla swoich
bliskich, tyle że nagle dostał i taką paskudną powierzchowność.
Znajomi Kafki ponoć nie dostrzegli tego tragizmu i uśmiali się
setnie, gratulując pisarzowi takiej znakomitej humoreski. Poza tym,
no właśnie, o Kafce wiemy dużo nie tyle od samego Kafki, co od
tychże jego znajomych właśnie. Z tym też jest problem i z tym się
wiąże masa konfabulacji: Max Brod, przyjaciel, wydawca i orędownik
dzieła praskiego pisarza, pisał i mówił o nim w tonie bardzo
hagiograficznym. Inni czasami zmyślali, pisząc o Kafce, jakby się
bardzo przyjaźnili, podczas gdy były to znajomości dość luźne,
a ci, którzy nie zmyślali, często padali ofiarą podejrzeń, że
jednak zmyślają (taki los spotkał na przykład czeskiego reportera
Michala Mareša, którego po wojnie oskarżono, że zmyślałz tą
bliską przyjaźnią, bo Kafka pisał do niego per „Josef”, no i
jak to, że tak się niby przyjaźnili, a nie znał jego imienia –
krytycy nie wiedzieli jednak, że Mareš naprawdę miał na imię
Josef, a „Michal” to był pseudonim). Także, jak widać,
przyjaźnić się z Kafką to było zapewne osobliwe przeżycie, ale
pewnie i fajne też. A tak swoją drogą, to kiedy przydarza się Wam
coś dziwnego czy osobliwego, to możecie używać takiego ładnego
terminu „kafkiada” (po czesku „kafkárna”) oznaczającego
właśnie takie przeżycia (na marginesie: jest opowiadanie Hrabala
pod tym tytułem, bardzo dobre zresztą, wyszło w takim zbiorze „Bar Świat”; Hrabal i Kafka – to jest
też ciekawa opowieść, ale już na kiedy indziej).
No,
to tyle ode mnie w ramach świętowania urodzin Franza Kafki. Raz
jeszcze hip, hip, sto lat. A jakie są Wasze historie
okołokafkowskie? Od czego zaczynaliście? Co się Wam podobało? Na
co się czaicie?
_____________________
A
jutro będzie, ha!, o mnie. Ale tak troszkę. Bardziej jednak o
czytaniu, a w każdym razie o literaturze. Jakoś tam. Na pewno.

2 Replies to “Piszę i ubezpieczam albo o Franzu Kafce na urodziny”

  1. Właściwie nie jestem pewna, czy ta historyjka jest prawdziwa, ale objawiła mi się kiedyś na tumblrze i całkowicie mnie rozczuliła <3
    http://bambaryla.tumblr.com/post/110540545197/letters-to-lolita-franz-kafka-the-story-goes

    1. Dziękuję! Bo hm, nie znam tej historii i nie jestem pewna, czy nie widziałam jej kiedyś z jakimś innym specyficznym pisarzem w roli głównej, ale jest bardzo chwytliwa — wszczynam śledztwo! Jak coś ustalę, na pewno się podzielę :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.