Oby nie chlups albo na co uważać przy czytaniu nad wodą

Obiecałam już przy dawniejszej
okazji, że o czytaniu nad wodą napiszę osobny wpis i teraz,
znużona już z lekka upałami, które mamy, stwierdziłam, że nie
ma co czekać na lepszą okazję, trzeba pisać, póki ciepło i póki
marzeniem większości z nas jest znalezienie się nad jakimś
sympatycznym zbiornikiem wodnym, z książką rzecz jasna.

Czytanie nad jeziorem. Idzie
na pierwszy ogień, bo dla człowieka z północy, takiego jak ja,
jezioro jest tym paradygmatycznym obiektem letniego czytania nad.
Wyczekuję już niecierpliwie jakiegoś weekendu, kiedy będzie można
nawiedzić dom rodzinny i się nad takowe udać, a póki co pozostaje
mi wspominać i tęsknić. Tymczasem zaś jezioro nadaje się do
czytania wyśmienicie, i to zarówno sama tafla wody, jak i plaża.
Po zaopatrzeniu się w ponton, łódkę, materac czy rower wodny
można wypłynąć sobie na środek, podziwiać przyrodę znad kartek
i niemalże nie niepokojonym oddawać lekturze. Ewentualnie inni
przepływający spytają, co się czyta, ale przy wybraniu niezbyt
uczęszczanego jeziora da się i tego uniknąć (chyba, że się
lubi, wtedy nie ma co unikać). Plaże bywają różne, najczęściej
obłożone już ręcznikami innych, dlatego i tu przydaje się w
miarę bezludne jezioro. Sama po latach poszukiwań takie znalazłam,
chociaż nadal się zastanawiam, czy jeżdżenie tam jest zupełnie
legalne, ale jak dotąd nikogo tam nie spotkałam, więc trudno jest
się zapytać (ogrodzenia w każdym razie nie ma).
Na co uważać: Jeśli
macie w zwyczaju wystawiać nogi poza brzegi obiektu, na którym
pływacie, miejcie się na baczności, żeby przez zaczytanie nie
zaplątać się w moczarkę albo inne ustrojstwo tego typu. Można
też zdryfować w szuwary, a tam uwaga na łabędzie. Z doświadczenia
wiem, że nie przepadają za czytającymi.

Czytanie nad morzem. Druga
paradygmatyczna miejscówka dla człowieka z północy. Bałtyk jest
może i zimny, a w letnich miesiącach w popularnych miejscowościach
zatłoczony nawet, ale da się znaleźć i takie miejsce, gdzie można
się przespacerować, usiąść i poczytać. Oczywiście wtedy miło
jest poczytać od razu coś z Bałtykiem się kojarzącego (polecam
gdańskich pisarzy: Huelle, Chwin czy Grass potrafią zaczarować
Bałtyk i jego plaże z automatu), ale niekoniecznie. Można czytać
o ciepłym morzu i marzyć, że i nasze się jakoś od tego ogrzeje.
Plaże bywają różne, bo i piaszczyste, i kamieniste, i wydeptane,
i zupełnie nieprzetarte, tylko jakiś biegacz z psiakiem od czasu do
czasu przetnie nam pole widzenia, a poza tym spokój i mewy. A w
ludniejszych terenach mamy do dyspozycji całą infrastrukturę jak
stworzoną do czytania: wypożyczalnie leżaków czy przecudne kosze,
w których można się zaszyć z książką.
Na co uważać: na
plażowiczów czytających nam przez ramię i jedzących lody (to się
źle kończy dla książek – przechodzący nieopodal, ale
niebezpiecznie blisko plażowicze z kebabem podobnie), na bycie
nadepniętym przez współplażujących, jeśli stracimy czujność
w wyniku zaczytania, na bryzę, która niespodzianie przerzuci nam
kartki, kiedy przyśniemy, a potem okaże się, że zupełnie nie
wiemy, o co chodzi w tej książce, bo zaczynamy ładnych kilka scen
dalej.

Czytanie nad rzeką: tu
właściwie jest tyle rodzajów rzek, że trudno mówić o jakimś
jednym typie. Ale przyjmijmy taką uśrednioną wersję rzeki. Z
czytaniem nad rzeką kojarzą mi się „Dzieci z Bullerbyn”
i wyprawa, by zobaczyć wodnika grającego sobie na środku rzeki.
Zawsze, jak czytam tę scenę, przypomina mi się rzeka, nad którą
chadzałam we wczesnym dzieciństwie (nie sama, rzecz jasna) – był
na jej środku taki idealny kamień, dokładnie taki, jak w
„Dzieciach…”. Czytanie nad rzeką jest nieco
bezpieczniejsze niż nad morzem (mniej wieje, ludzi także zwykle
jest mniej) i nieco mniej przyjemne, niż nad jeziorem (woda zimna,
więc zwieszanie nóg z łódki mniej przyjemne). Przy czym warto tu
zauważyć, że prąd może nas znieść wcale nie tam, gdzie chcemy,
także trudno się lawiruje na wodzie i czyta naraz – wymaga dużej
podzielności uwagi, jeśli jest w ogóle możliwe.
Na co uważasz:
na zdradliwie prądy, na ryby uznające nasze palce u stóp za
idealny obiekt, żeby za niego złapać, a i przestroga przed
łabędziami w szuwarach zasadniczo i tu pozostaje w mocy (choć bez
empirycznego potwierdzenia ze strony niżej podpisanej).

Czytanie nad wodospadem. Wariant
turystyczno-ekstremalny. Najpierw powinniśmy wybrać, czy czytamy na
górze wodospadu, czy na dole – od wybranego wariantu będzie tak
naprawdę wszystko inne. Wodospady mają bowiem to do siebie, że w
przeciwieństwie do wielu innych nadwodnych lokacji wiele tu zależy
od miejsca siedzenia.
Na co uważać: siedząc
na dole należy spodziewać się potoku kropel atakujących każdą
stronę książki (wdzianko ochronne przeciwwodne mile widziane),
turystów robiących nam zdjęcia jako atrakcji turystycznej, siedząc
na górze z kolei należy uważać, żeby przypadkiem zaczytawszy się
nie znaleźć się nagle i szybko na dole.

Czytanie nad stawem. Wiadomo,
że nie wszędzie jest szansa na wodę nieograniczoną, wtedy można
się wybrać do parku, gdzie zwykle znajdzie się jakiś staw bądź
stawik. Można sobie przysiąść na ławce nad brzegiem albo przy
samym brzegu, rozłożyć książkę i poczuć się prawie jak nad
jeziorem. Przy zaczytaniu można bez trudu ulec takiemu złudzeniu,
zwłaszcza wtedy, kiedy się wybierze staw odpowiednio oddalony od
miejskiego zgiełku dobiegającego zza parkowych drzew.
Na co uważać: kaczki
biorące naszą lekturę za coś jadalnego powinny być groźne,
nieufnie patrzyłabym też, oczywiście, na łabędzie. Można się
mieć na baczności przed karmiącymi kaczki, bo jeśli kilka
okruchów spadnie na naszą książkę, to żegnaj, lekturo!

Czytanie przy fontannie. Tutaj
jest trochę jak z wodospadem, ale nie do końca, fontanny bowiem, w
przeciwieństwie do wodospadów, zwykle znajdują się w okolicach
niedzikich, a nawet, powiedziałabym, bardzo cywilizowanych. Od
wielkości fontanny i miejscowych obyczajów zależy, czy będziemy
mogli czytać mocząc w niej nogi, czy obywając się smakiem
przykucnięci na cembrowinie. Nie wspominając już o tym, że
fontanny mogą w bardzo różny sposób wyrzucać z siebie wodę:
osobiście i z doświadczenia polecam te oszczędne (wersja dwa
delfiny z dzióbkami, kobieta z dzbanem, siusiający aniołek)
zamiast rozbuchanych (cztery wirujące strumienie wody, rozpryskujące
się wokoło na dziesięć różnych sposobów).
Na co uważać: jeśli
moczymy nogi – to czy jest to dozwolone, jeśli nie, to warto
chronić książkę przed wodą padającą z fontanny, jak również
z tą rozchlapywaną przez tych, co się w fontannie postanowili
wykąpać, wrzucających do niej monety albo naśladujących „La
Dolce vita” Felliniego.

Czytanie w wannie. Czytacie
wpis i złościcie się, że tu o wodzie, a wody niet? Nic
straconego! Wszak można sobie urządzić przemiłą sesję czytania
w wodzie we własnym zakresie! Wystarczy
do tego wanna (w wersji oszczędnej woda w misce, balii, czy głębokim
brodziku) i już można się bezpiecznie zanurzyć w wodzie o
wybranej temperaturze razem z książką, którą akurat czytamy.
Robi się nam nastrój
niemal jak z jednego z tych filmów o skromnym życiu w wielkim
mieście, więc możemy się poczuć jak bohaterowie i bohaterki, a
do tego – w przeciwieństwie do kąpieli w innych zbiornikach
wodnych – zasadniczo ubijemy dwie sroki jednym kamieniem i
wyjdziemy z wody czyści.
Na co uważać: na
coś, co obowiązuje też w przypadku wszystkich innych lokacji
opisywanych dzisiaj, czyli na to, żeby nam książka nie wpadła do
wody. Tudzież czytnik, jeśli czytamy na nim. Takie nagłe utonięcie
czytanej materii bywa niemiłym zaskoczeniem jak dla niej, tak dla
nas.

To
co, nad jaką wodą (lub w jakiej wodzie) macie zamiar czytać tego
lata?

___________________

Jutro
zaś będzie lista.

11 Replies to “Oby nie chlups albo na co uważać przy czytaniu nad wodą”

  1. Chyba tylko w wannie, ale tam mi nie grożą czające się w szuwarach łabędzie :). Ale najchętniej nad jeziorem, tam się najlepiej łyka klasyki. Pierwszy tom "Przeminęło z wiatrem" pochłonęłam podczas jednej takiej posiadówki (ważne! znaleźc odpowiednio dużo cienia!).

    1. Tak, w wannie co najwyżej gumowe łabędzie ;). Oj tak, nad jeziorem w słomkowym kapeluszu człowiek czuje się tak, jakby mógł zmóc całą klasykę światowej literatury ot tak :). I tak, cień odgrywa tu bardzo istotną rolę — dlatego północne jeziora, zadrzewione wokoło, są idealne ;).

  2. Czytanie nad basenem hotelowym też jest super ��

    1. O właśnie, baseny jako takie wypadły mi z myśli, a to przecież bardzo dobra idea :). Dziękuję za ten dodatek!

    2. Zawsze do usług ☺

  3. Ja do czytania w wannie mam specjalne książki, takie, których nie szkoda, jakieś "jednorazówki" z drugiej ręki 🙂 Ale i tak wolę prysznic.

    Co do czytania nad rzeką – widzę rzekę z okna, więc praktycznie całe moje czytanie można na upartego tak nazwać.

    1. Ech, jestem nieuleczalną wannofilką, przy czym mam potem straszne wyrzuty sumienia, bo jednak wodę powinno się bardziej szanować. Na szczęście dla mego sumienia nie mam za częstych okazji do kąpania się w wannie, bo w domu — prysznic. Przy czym tam się czytać jednak nie da ;). No i w sumie (tfu, tfu!) ani razu jeszcze nie utopiłam żadnej istotnej książki ;).

      Pięknie, możesz czytać nad rzeką okrągły rok! 🙂

  4. U mnie tylko wanna albo – szczyt snobistycznego lansu – po turecku na pomoście jeziorka w Ogrodzie Japońskim, ale trzeba trafić w dzień/godziny z małą ilością innych wizytujących (ja aspołeczna jestem)

    1. No to faktycznie lans :). I to taki egzotyczny z lekka!

  5. Bardzo podoba mi się Twój wpis. Mam w zwyczaju czytać na plaży lub w wannie.Na plaży kiedyś ktoś właśnie ubrudziłby mi książkę,ale zdążyłam się zorientować i zaalarmować.. Natomiast w wannie bardzo lubię,chociaż ostatnio rzadziej mi się to zdarza (zwłaszcza po tym,jak przez przypadek zamoczyłam swoje notatki z niemieckiego i teraz boję się o każdą książeczkę :3) 🙂

    1. Cieszę się :). Jam z tych szczęśliwców, co to nic ważnego nie utopili, ale rozumiem poczucie zagrożenia po takim wypadku :). Może trzeba iść za radą Procelli i czytać mniej cenne nabytki książkowe w wannie, wtedy i strata mniejsza niż — jak zakładam — cenne notatki :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.