Nie tylko Hrabal i Kundera albo których czeskich pisarzy warto poznać?


Obiecałam i napisałam jakiś czas temu wpis o moich ulubionych czeskich pisarzach. W trakcie pisania go stwierdziłam jednak z pewnym zdumieniem, że piszę i piszę, a tak po prawdzie to niewieloma z tych lektur mogę się w pełni z Wami podzielić i Wam je rekomendować, bo brakuje nam przekładów na polski. Dlatego zapowiedziałam, że napiszę wpis o czeskich pisarzach wartych poznania, a na polski przełożonych.

I od razu uwaga:
oczywiście to jest tak, że
wybrałam pisarzy mniej popularnych, o których może słyszeliście,
ale generalnie za głośno o nich nie było. Nawet, jeśli w Czechach
to są klasycy bardzo dobrze znani. Dlatego nie ma tutaj na przykład
Kateřiny
Tučkovej, Jaroslava
Rudiša,
Martina Reinera czy innych pisarzy, których
się u nas wydało ostatnio kilku albo tych dobrze znanych i
publikowanych często, chętnie i kojarzących się od razu z
Czechami. Postawiłam raczej na klasykę, ale nie zawsze. Także
jeśli macie ochotę na zapoznanie się z kilkoma pisarzami mniej
znanymi u nas, a bardzo wartymi poznania, to macie okazję.
Ladislav Klíma:
pozwolicie,
że nie będę się dla ułatwienia posługiwała tym znanym hasłem,
że dany pisarz to „polski ktoś tam”. Zresztą w przypadku Klímy
sprawa byłaby trudna, bo sam twórca postarał się być bardzo
ekstrawagancki i
nietuzinkowy. Legend o tym, co robił jest mnóstwo, a i sam
zainteresowany rozsiewał coraz to nowe, żeby wykreować wokół
siebie odpowiednią otoczkę. Klíma
stworzył całą filozofię, która polegała na tym, że oprócz
jednostki nie ma nic więcej, więc to, co robimy, nie ma większego
znaczenia – dlatego warto robić po swojemu, nie zważając na
świat i innych ludzi. Co w sumie nie oznacza, że autor rzucił się
od razu kraść i mordować, tak swoją drogą, o nie. Zamiast tego
pisał fascynujące utwory. Mamy jego powieść, „Cierpienia
ksiecia Sternenhocha”, wyśmiewającą dekadencję arystokracji,
postęp, ideologie i politykę, miejscami trudną do przełknięcia i
dziwaczną satyrę na całą właściwie rzeczywistość, miejscami
prześmieszną (czy brakuje Wam w życiu opisu kąpieli pewnego
księcia w wannie bobu? Jeśli odpowiedź brzmi tak, już wiecie,
gdzie szukać) i
ironiczną, słowem: trudną do opowiedzenia i poddającą się kilku
co najmniej równoprawnym interpretacjom. A do tego cała gama równie
dziwnych, niepokojących, a nawet strasznych opowiadań, jak
oniryczne, obrzydliwe i fascynujące o tym, co się zdarzyło w
Postmortalii.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Sięgnijcie
na pewno po „Cierpienia księcia Sternenhocha”, mając na uwadze
specyficzność tej powieści. A jeśli chcecie tej specyficzności,
ale w dawce nieco krótszej, to w antologii „Czas i Śmierć”
znajdziecie kilka opowiadań tego autora.
Jan
Otčenášek:
nie
czuję się wielką znawczynią jego prozy, ale pewien wycinek znam i
polecać mogę. To są powieści i opowiadania bardzo wyciszone,
kameralne, z emocjami drgającymi pod powierzchnią, wybuchającymi w
sposób czasami – zdawało by się – absurdalny i bez sensu. A
równocześnie z bardzo wyważonymi proporcjami dramatu i humoru,
przez co nawet najbardziej gorzką pigułkę przełknąć jest co
prawda nadal trudno, ale podtykający nam ją pod nos poklepuje nas
po ramieniu, mówiąc „no weź, jest gorzka, ale czego się w sumie
spodziewałeś?”. Otčenášek
często
korzysta ze znanych tropów kulturowych, żeby je nieco
poprzestawiać, poprzekręcać i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Nie są
to może co prawda książki tego typu, że nie możemy po nich
zasnąć, myślimy godzinami i po przeczytaniu robimy „wow” i
rzucamy się polecać je przyjaciołom, babci i siedzącemu obok nas
w autobusie pasażerowi. To raczej ten typ spokojnej prozy, która
przypomina nam się od czasu do czasu pod wpływem innych książek,
sytuacji, czy czegoś, co zobaczyliśmy jadąc przez miasto.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Polecałabym
na początek najbardziej chyba znaną powieść autora, czyli „Romeo,
Julia i mrok”. Nie
zajmie Wam dużo czasu, a ocenicie, jak Wam się widzi styl i sposób
pisania Otčenáška.
Jaroslav
Seifert:
jedyny
jak dotąd czeski noblista, a w dodatku poeta. I to jaki
wszechstronny! Seifert
zaczynał jeszcze w międzywojniu, flirtował trochę z futurystami,
trochę z surrealistami, stał się jednym z reprezentantów
oryginalnego nurtu literackiego, stworzonego w Czechach – poetyzmu
– żeby po wojnie mierzyć się z rzeczywistością, w której
część jego kolegów po piórze porzuciła dawne przemyślenia na
rzecz socrealizmu. Ale może jeszcze słówko o poetyzmie: szczerze
mówiąc, mimo przeczytania manifestów, sporej części wierszy i
opracowań teoretycznych, nie umiem Wam do końca wytłumaczyć jego
specyfiki. Chodzi mniej więcej o to, że wszystko może być poezją
– nie musi ona być zapisana na papierze, ale na przykład już
pojedynek bokserski, jeśli obie strony angażują się w niego po
równo i z entuzjazmem, to poezja. Wszystko, w co wkładamy serce i
co daje nam radość – to poezja. Uchwycić to w wierszu – to
sztuka. Osobiście bardzo polecam późniejszego Seiferta: jest
cudownie refleksyjnym świadkiem mijania poszczególnych epok i mód
literackich. Żyjącym na tyle długo, by żegnać kolegów-poetów w
swoich wierszach, przesyconych nostalgią, ale i z jakąś taką nutą
– optymizm to złe słowo – chyba właśnie takiego pogodzenia
się z tym, że wszystko mija i nie ma tu nic, nad czym trzeba by
było dumać, tak po prostu jest.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Wyszedł
u nas na pewno zbiorek „Być poetą”, ale jeśli wolicie poczytać
różne wiersze Seiferta, to sięgnijcie albo do antologii poezji
czeskiej w ogóle – nazywa się przewrotnie „Maść przeciw
poezji” – albo do wyboru wierszy samego Seiferta.
Skusiłam się i wypróbowałam moją nowo nabytą, acz nie
do końca opanowaną, umiejętność robienia
kolaży — oczywiście ze zdjęć dostępnych na wolnej licencji.
Milan
Šimečka:
dla
równowagi niech będzie i jakiś eseista, a nie prozaik. Jeśli
chcielibyście poczytać refleksje na temat najnowszej czeskiej
historii, to Šimečka
pisze
zajmująco: nie tylko opisuje pewne wydarzenia, szukając między
nimi paraleli (jak w przypadku inwazji wojsk Układu Warszawskiego na
Czechosłowację i wspomnień jego dziadka a propos utworzenia
Protektoratu – wiem, wydaje się to mało subtelne, ale sęk w tym,
jak to jest napisane). Autora interesuje też, jak to jest, że żyjąc
w systemie komunistycznym ludzie nie wypracowali pewnych mechanizmów
– i że pojawiła się po jego upadku fala nostalgii za tym, co
minęło, chociaż przecież w Czechosłowacji komunizm miał
stosunkowo srogie oblicze, jeśli już je porównywać z innymi
demoludami. I tu trochę sprzeniewierzę się idei wpisu, bo sięgnę
do rzeczy (chyba?) nieprzetłumaczonej, którą znalazłam kiedyś w
antykwariacie (gdzie poszłam oczywiście po zupełnie inną
książkę): jest taki jego esej, który zaczyna się z datą
pierwszego stycznia 1988. Šimečka
pisze, że
zaczyna pisać, bo niby nuda, niby nic się nie dzieje, ale te ósemki
w czeskiej historii zawsze przynosiły jakieś wydarzenia, więc on
na wszelki wypadek woli notować, żeby nie przegapić Historii.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Zerknijcie
do najbardziej znanego zbioru autora, czyli „Przywrócenia
porządku”, gdzie próbuje on znaleźć odpowiedź na pytanie, jak
to możliwe, że po fermencie Praskiej Wiosny przyszła ponura epoka
normalizacji (i
gdzie jest ta scena porównań).
Richard
Weiner:
u
nas ekspresjonizm w literaturze chyba się aż tak znowu nie przyjął
(w razie czego wyprowadźcie mnie z błędu), w Czechach za to był
dość licznie reprezentowany. Weiner
to ten typ autora, który przeżył I wojnę w służbie czynnej i ta
wojna w nim została już do końca życia. Jego prozy są bardzo
mocno osadzone wewnątrz bohaterów – to, co dzieje się na
zewnątrz, to właściwie dekoracja. Grzebie
się autor w duszy ludzkiej, poharatanej, niespokojnej,
sfrustrowanej: tym, co przeżył jej posiadacz, tym, jak odnoszą się
do niego inni, tym, że świat, który był niby znany, okazał się
zlepkiem niestałych wartości
i został zmieciony przez wojnę, teoretycznie zwycięską i
wyzwoleńczą, praktycznie będącą generatorką traum, rozpaczy,
nosicielką nowego porządku, z którego nie wszyscy byli zadowoleni.
Weiner
opisuje wojnę na dwa sposoby (tak z grubsza): mamy jego
quasihorrorowe opowiadania w rodzaju „Wozu”, gdzie ta wojna jawi
się jako demon, jest jakąś potężną siłą, która zawisła nad
światem i nie chce odejść – albo są opowiadania realistyczne, w
których bohaterowie kryją się za pagórkami, chcąc dopaść
batalionów wroga. I jedne, i drugie, robią ogromne wrażenie.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Jak
już wypożyczycie „Czas i Śmierć”, żeby zapoznać się z
Klímą,
to od razu zerknijcie i na opowiadania Weinera. Jeśli się Wam
spodoba, to mamy na pewno wydaną jego „Grę na serio” i
opowiadania w tomie nazwanym tak, żeby go z niczym innym nie
pomylić, „Opowiadania pisarzy czeskich XX wieku”.
Karel
Čapek:
teoretycznie
bardzo znany, a ostatnio nawet dość częsty do spotkania w
księgarniach i na blogach książkowych, dzięki bardzo ładnemu
wznowieniu „Fabryki absolutu”. Ale
pomyślałam, że jedna „Fabryka…” wiosny nie czyni. Bo Čapek
był szalenie wszechstronnym twórcą: pisał
bajki (razem z bratem, Josefem), dramaty (które są – i nie
zawaham się użyć tego słowa – genialne), powieści
i reportaże, był bowiem tak generalnie to też dziennikarzem.
Zrobiła
się nam moda na Čapka,
bo
z zapowiedzi wydawniczych sądząc, trochę się nam go jeszcze
poukazuje na rynku, i bardzo dobrze. Trudno w dwóch słowach do
niego zachęcić, bo w sumie wymagałoby to osobnego wpisu, na który
się może kiedyś skuszę, ale na teraz powiem tak: raz, że był
Čapek
cudownie ironiczny, dwa, że pisał jak mało kto, eksperymentując z
różnymi formami wyrazu („Inwazja jaszczurów” to powieść, ale
są tam i przypisy do fałszywych książek, i fragmenty audycji
radiowych, reportaży, pamiętników, badań naukowych – także
rzecz jasna nieistniejących), trzy,
że umiał zachować zdrowy rozsądek, gdzie inni go traci, no i
cztery – obserwował rzeczywistość nawiązując do niej, ale i
nie osadzając się mocno w jednym kontekście, przez co można go
czytać na różne sposoby.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Chyba
niezależnie, od czego zaczniecie, powinniście zobaczyć to, o czym
pisałam. Jeśli chcecie powieści: „Inwazja jaszczurów” i
„Fabryka Absolutu” będą jak znalazł albo może trylogia o
zwyczajnym życiu – tutaj na przykład pierwszy
tom, czyli „Hordubal”.
Jeśli reportaży – może „Listy do Anglii” albo „Listy z
podróży”. I koniecznie dramaty: „R.U.R.” zrobiło na mnie
kiedyś kolosalne wrażenie, do tego znakomita „Matka”.
Jiří
Gruša:
pisarz tworzący
i po czesku, i po niemiecku, wyemigrował
bowiem w pewnym momencie z ojczyzny. Gruša
nie jest zupełnie
prosty w czytaniu, bo przestawia czasy, rozciąga miejsca i rozbija
bohaterów – ale warto się przebić przez czasami zupełnie
absurdalny sposób pisania, żeby zobaczyć nie tylko jak, ale i o
czym pisze. Bo to są rzeczy bliskie widziane z daleka, przeżyte –
ale opisane z dystansem. W tych poemigracyjnych prozach widać też
ten dystans do tego co „nasze”, „czeskie”, „ważne”,
„prawdziwe”. Autor stawia pytania i przewrotnie na nie odpowiada,
zbliża się do narodowych
tabu i świętości, próbując je przekraczać w obie strony, bo
przecież czołobitna literatura nie do końca i nie zawsze umie
wyłapać z opisywanych realiów to, co w nich siedzi nieco bardziej
pod spodem.
Co
czytać, od czego zaczynać?
To,
co pisałam, dobrze ilustruje jego pokręcony „Kwestionariusz albo
Modlitwa za pewne miasto i przyjaciela”. Ale
jeśli się nie mylę, są też u nas jego opowiadania (z tym że nic
bliższego o nich powiedzieć nie umiem).
Miloš
Urban:
jak tak czytam
nowszą czeską literaturę, to zauważam, że wykorzystywanie tropów
z gatunku, jakim jest kryminał, zrobiło się strasznie popularne. A
jakby tak poszperać, kto był – no, może nie pierwszy, ale jednym
z pierwszych, kto korzystał z takiej ścieżki, na pewno
natknęlibyśmy się na Urbana. To
twórca specyficzny, korzystający często z groteski – więc nie
spodziewajcie się rozwiązań czysto realistycznych – wstawiający
do swoich książek oczywiste symbole, żeby ten szukający
rozwiązania narrator się sam pogubił, bo wydaje mu się, że wie
jak jest, a jest zupełnie inaczej. Urban sięga po taki dość znany
arsenał środków: magiczna Praga, chrześcijańska symbolika,
zniszczony życiem detektyw-amator (chociaż to „zniszczenie”
jest bardzo przekorne – bohater „Tajemnicy Siedmiu Kościołów”
jest nieudacznikiem z zupełnie innych powodów niż standardowy
detektyw: nie pije, nie rozwiódł się i nie wyrzucono go z policji,
ciąży na nim jednak
osobliwa… hm, klątwa).
Nie jestem wielką fanką
jego twórczości, ale uważam, że warto ją znać – a jak lubicie
nieco gotyckie, przewrotne trochę kryminały, to znaleźliście
kolejnego autora na Waszą listę!
Co
czytać, od czego zaczynać?
Hm,
mojej ulubionej absurdalnej rozprawy z czeską historią po polsku
nie mamy, ale właśnie „Klątwa Siedmiu Kościołów” daje dobrą
orientację w tym, co i jak pisze Urban.
Božena
Němcová:
to
nie jest literatura tego typu, że wciągnie Was bez reszty, ale
myślę, że i klasyków-klasyków sąsiedniej literatury znać
warto, a Niemcową czyta się przyjemnie, choć czasami mocno jest u
niej archaicznie, a fabuła może nam zgrzytać, bo za bardzo jest
wygładzona. Ale też z drugiej strony to pisarka
bardzo konsekwentna i bardzo wrażliwa
społecznie,
więc trudno mieć jej za złe, że jej bohaterowie pozytywni z
jednej warstwy społecznej są pozytywni – trzeba za to przyznać,
że z negatywnymi bywa różnie; nie zawsze są tacy straszni, jak
ich malują.
Niemcowa
uczyła się pisać na własną rękę, a zaczynała od zbierania
materiału na wsiach, gdzie mieszkała z mężem: stąd kilka tomów
baśni i opowiadań, stąd też inspiracja do jej opus
magnum
,
czyli uroczo staroświeckiej, a równocześnie wysyconej patriotyczną
tematyką w wersji light
„Babuni”. Podsunęłam ją któregoś razu mojemu Domownikowi i
bawił się całkiem dobrze, więc przetestowałam już polecanie tej
lektury, więc i Wam ją z czystym sumieniem polecę.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Od
„Babuni”, rzecz jasna. I od jej baśni.
Jakub Deml: w
Czechach nurt piszących księży był dość silny na początku
wieku XX i aż do II wojny, ale Deml wyróżnia się tutaj i samą
swoją osobą, i tym, co pisał. Wyrzucany
z parafii, obkładany ekskomuniką za nieprzystojne zachowanie,
ksiądz katolicki, dla którego bycie księdzem (choć nie w zgodzie
z duchem instytucji) było równie istotne, co to, że był poetą.
Poezje Demla bywają różne
(czasami odbija się w nich czkawką podziwiany przez autora
symbolizm), ale ogromne wrażenie zrobiła
na mnie sylwa jego wspomnień, pism i poezji, czyli przejmujące
studium człowieka znajdującego się poza: normami, społeczeństwem,
związkiem, własnymi przekonaniami, czyli „Zapomniane światło”.
Trudne w odbiorze, bo strasznie kombinatorsko napisane, ale i, serio,
nie nadużywam tu tego słowa: przejmujące.
Co
czytać, od czego zaczynać?
Może
od cyklu poświęconego kwiatom w „Maści przeciw poezji”, ale
potem skuście się powalczyć z „Zapomnianym światłem”.
Uff,
wpisy o czeskiej literaturze wychodzą mi zawsze dość długie, ale
też mam nadzieję, że równie interesujące dla Was, co dla mnie.
Macie może już jakieś doświadczenia z wymienionymi przeze mnie
autorami? A może kogoś byście tutaj dodali? Sama jestem ciekawa,
bo wiem, że wielu wydanych po polsku Czechów jeszcze nie czytałam.
___________________________
A
jutro będzie zastanawiająco, refleksyjnie i wyliczająco, ale jak
przyjemnie.

Comments

  1. Procella

    Bardzo lubię "Czas i śmierć". Sporo fajnych tekstów. Z tej listy czytałam tylko, poza tą antologią, Klimę i Capka. No i dobrze, jeszcze tyle do odkrycia.

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, to jest bardzo fajny wybór — no i taki, po który się sięga chyba z innych powodów (szukając grozy), a dostając co innego (właściwie wybór klasyków). Bardzo sprytnie jest zrobiony :).

  2. Eire

    Ota Pavel- może autor jednej książki ale jakiej. "Śmierć Pięknych Saren" nie zdarza się każdemu pisarzowi.

    1. Post
      Author
      admin

      Pavla uznałam właśnie za jednego z tych czeskich pisarzy, którzy są u nas dobrze znani, stąd o nim nie napisałam 🙂 — a jak najbardziej się zgadzam, że jest wart poznania i czytania! Przy czym napisał nie jedną, a kilka książek (część w ramach terapii), w tym równie doskonałe, co "Śmierć…" "Jak spotykałem się z rybami" (wspominałam o nim chyba we wpisie o tym, co czytać, kiedy pada) — cudownie nadającym rybom podmiotowość dziele o szlajaniu się po zbiornikach wodnych, tak naprawdę.

  3. Agnieszka

    Czytalam Urbana i przyznam, ze nie przypadl mi do gustu. Calkowity misz-masz gatunków, momentami zabawny, chwilami grozny. Przypomnial mi "Rivers of London", które byly dla mnie zakalcem niestety.

    1. Post
      Author
      admin

      O, jakie dobre skojarzenie! Nawet powiedziałabym, że może bardziej by "Klątwa…" przypominała "Księżyc nad Soho" z jego zagadką, ale coś w tym jest. Mnie się akurat zabawa gatunkami u Urbana podoba — jest, jak się to mówi, kreatywna, bo same historie nie są jakoś specjalnie zaskakujące. Przy czym i ja do Petera Granta mam specyficzny stosunek (pisałam o nim tutaj).

  4. Pani_Wu

    A ja Seiferta czytałam prozę, "Wszystkie uroki świata" [PIW 1991]. To są wspomnienia. I dzieciństwo jest, i młodość i o kolegach pisarzach napisał także, a język tej książki jest urzekający 🙂

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.