Lemat-o #3: The Final Frontier albo o „Obłoku Magellana” S. Lema

Po dwóch wczesnych
powieściach Lema przyszła pora na jego pierwszą dużą powieść:
drukowany w odcinkach w „Przekroju” „Obłok Magellana”.
Dziecko lat 50., ale nakreślone śmiało, przemyślane, ułożone i
zajmujące. Czy bez wad? Ależ któż jest bez wad? Czy warto czytać?
Oj, jeszcze jak bardzo!

„Obłok Magellana”
w moim przypadku podległ prawidłu „tak mi się podoba, że boję
się czytać dalej, bo co, jak się pogorszy?”. Częściowo były
to obawy uzasadnione, ale generalnie niespecjalnie rzutujące na
odbiór całości. Postaram się uporządkować jakoś to, co mi się
podobało i nie podobało, ale trochę przewrotnie – w tych samych
kategoriach, bo czemuż by nie? Oczywiście absolutnie wszędzie
spoilery (także jeśli chcecie przeczytać, żeby dowiedzieć się,
jak biegnie fabuła, to raczej zdradzam). 
 
 
 Tu dzisiaj lecimy, więc nie mogłam sobie odmówić przyjemności zilustrowania
wpisu pięknymi zdjęciami Obłoków Magellana. Źródło.
 

Co
mi się podobało

Jeśli chodzi o
sposób pisania:
no dobrze,
tłukłam ten socrealizm przy okazji „Astronautów”,
ale tu jeszcze dwa słowa muszę o nim powiedzieć. Bo Lem czerpie tu
z „Astronautów” garściami, tyle że swoje pomysły ulepsza i
cyzeluje – ale o tym zaraz. Tymczasem jak to jest z tym
socrealizmem? On tu niewątpliwie jest: począwszy od Ziemi
zjednoczonej pod sztandarem komunizmu, przez śpiewanie
„Międzynarodówki” na statku kosmicznym, aż po umoralniającą
historię, gdzie przykładem i autorytetem jest prześladowany w
latach 30. XX wieku niemiecki komunista. Ale znowu, mam wrażenie, to
jest socrealizm do przyjęcia i – może poza rozdziałem
„Komuniści” – taki jakiś, jakby to powiedzieć?,
przezroczysty? To znaczy partia się nie pojawia, Związek Radziecki
się nie pojawia, to zjednoczenie Ziemi zaś i ewolucja rodzaju
ludzkiego jest… Piękną wizją. O czym dalej. Przy czym mam
wrażenie, i to coraz mocniejsze, kiedy czytam powieści pisarzy,
którzy albo debiutowali przed wojną i żeby publikować dalej po
niej włączali do swoich książek elementy soc-real albo
debiutujących dopiero, ale z bardzo dobrym warsztatem, że jest
socrealizm i socrealizm. Te wszystkie kiepskie produkcyjniaki
wtłukujące non stop jedyną słuszną tezę to zwykle literatura
słabo napisana, nudna i kuriozalna w czytaniu. Ale mamy też całkiem
niezłe prozy, które są socrealistyczne, ale to w żaden sposób
nie sprawia, że są nieczytelne. I tak jest z „Obłokiem
Magellana” – bo te
założenia, nawet ten dydaktyzm, bardzo dobrze się czyta w
rzeczywistości, którą Lem kreuje.

Jeśli chodzi o
bohaterów:
główny bohater to
jest nadal pierwszoosobowy narrator, ktoś kto wychodząc od swojego
dzieciństwa naświetla nam drogę, którą przebył, żeby znaleźć
się tam, gdzie aktualnie jest. Muszę powiedzieć, że w przypadku
„Obłoku Magellana” jest w lepszej sytuacji niż w
„Astronautach”: jest lekarzem, ma za sobą częściowe studia z
innych dyscyplin i chociaż nadal zawiłe wywody naukowców nie
zawsze łapie, to nikt na niego z góry nie patrzy. Jest też dużo
bardziej ludzki: kocha, żywi niechęć, martwi
się. I chociaż to nie jego
udziałem jest świetna melodramatyczna scena w pustym parku (no,
poniekąd parku), ale uratowanego cudem brawurowego lotnika Piotra,
to protagonista „Obłoku…” jest narratorem bardzo przyjemnym w
obcowaniu. Jego opowieści
nie nużą, oddaje dużo miejsca innym, w
dodatku Lem bardzo umiejętnie przeplata tu różne wątki. Związane
jest to oczywiście z tym, ilu i jakich bohaterów mamy. W sytuacji,
w której rzecz jest o tym, że delegacja ludzkości rusza na statku
Gei w stronę Obłoku Magellana, co ma zająć aż dziesięć lat –
są więc ci ludzie skazani na siebie – jest
ich sporo i można pokazać złożone relacje między nimi. Mamy
zatem oczywiście w pierwszej linii naukowców: genialnego Goobara i
wszystkich innych (którzy nikną w jego cieniu, ale i to zostaje
sproblematyzowane), zadziornego selenistę (czyli himalaistę
księżycowego) Rudelika, niepozornego
astrogatora (sterującego statkiem) Songgrama, zespół
lekarzy z naszym bohaterem (ale wcale nie na czele!), pewnego
swoich racji konstruktora Yrjölę,
sarkastycznego historyka Ter Haara, słowem: od wyboru, do koloru. No
i mamy też kobiety. Kobiet jest w „Obłoku…” tyle samo, co
mężczyzn, ale chociaż pracują na podobnych stanowiskach
naukowych, to raczej nie wyróżniają się z tła (są zresztą
głównie rzeźbiarkami, geolożkami, kilka chemiczek i biolożek
również się znajdzie), przy czym to chyba podobnie jak z
bohaterami męskimi, z których żaden Goobarowi dorównać nie może,
także nie dopatrywałabym się tutaj jakichś przejawów
nierównouprawnienia. Ale kurczę, dużo lepiej czyta się książkę,
gdzie te bohaterki kobiece są. Taka jednopłciowa wyprawa w kosmos
jak w „Astronautach” strasznie nudzi – a tutaj mamy i wątki
romansowe (mniej lub bardziej udane), i kwestie biologiczne
(wychowanie dzieci na statku, czy dramatyczna scena porodu w stanie
nieważkości). Poza
tym dochodzi tu jeszcze sam pomysł na zamknięcie kilkuset ludzi na
jednej ograniczonej powierzchni na lat kilkadziesiąt i kazanie im,
by zmierzyli się z tym, że lecą do najbliższego układu
słonecznego – tylko że „najbliższy” w tym wypadku znaczy
zupełnie co innego niż nam się wydaje (i
jakiż ten kosmos Lema jest przejmujący!).

Jeśli chodzi o
wizję przyszłości:
no
trudno, przyznam to, uwiodła mnie jakoś ta spokojna przyszłość,
gdzie ludzie nie wiedzą, co to „zbrodnia”, my wydajemy się być
barbarzyńskimi przodkami, którzy nie bardzo wiedzieli, jak żyć,
podróżowanie jest szybkie, proste i przyjemne, nie ma się czego
bać, właściwie się nie choruje i można mieszkać na zielonej
Grenlandii. W sumie to muszę
powiedzieć, że zaczęłam „Obłok…” i stwierdziłam na
początku „ej, mogliby już lecieć w kosmos, a tu jeszcze ziemia i
ziemia…”, po czym jak polecieli, to westchnęłam ze smutkiem, bo
bardzo mi się na takiej Ziemi podobało. Oczywiście są tutaj
elementy zupełnie absurdalne, o czym dalej, ale poza
tym tchnie ta przyszłość spokojem, może lekką melancholią, ale
cała przypomina takie dziecięce wspomnienie pięknego popołudnia.
Poza tym skolonizowanie Układu Słonecznego w granicach rozsądku,
do mnie przemawia: Mars stał
się czymś w rodzaju kolonii górniczej, na Wenus jeździ się na
rodzinne wycieczki, a wokół „lodowych planet ciemności”
(cudowne sformułowanie!) krążą tylko stacje badawcze. W
dodatku muszę powiedzieć, że doskonały jest sposób, w jaki Lem
tę przyszłość opisuje: nie poprzez szczegółowe wyjaśnianie, co
i jak, raczej zasygnalizowanie takiego czy innego rozwiązania i
opisywanie, czego ta cywilizacja przyszłości nie zna, a nie to, co
zna (czyli na przykład automaty – część codzienności
przyszłości – są „przezroczyste”, a kwestie religijne, z
których ludzie przyszłości zrezygnowali – nie).
 
 
 

Do
czego mam zastrzeżenia

Jeśli chodzi o
sposób pisania:
tak jak
wspominałam, generalnie te wstawki „właściwe” są
przezroczyste albo też w świecie, w którym nie ma granic, wyzbyto
się problemów związanych z posiadaniem rzeczy, ludzie
są bardzo opanowani i nie ma mowy o wojnach generalnie to „wyższe
stadium komunizmu” to coś naturalnego, do tego stopnia, że nie ma
tu czego komentować (nie ma żadnej rewolucji, może jedynie pomniki
przywodzą na myśl Rosję Radziecką, ale nie wiem, czy to nie moje
skojarzenie). Ale są od czasu do czasu takie momenty, w których
trudno oprzeć się wrażeniu, że przyszedł do Lema
redaktor/cenzor/ktoś odpowiadający za linię ideową literatury i
powiedział coś w rodzaju „no niech pan coś dorzuci”. I tym
sposobem mamy dość absurdalną scenę śpiewu „Międzynarodówki”
(przy czym ona jest na swój sposób genialna, bo niby wiemy, co
śpiewają bohaterowie – i przy czym płaczą ze wzruszenia – a z
drugiej strony to jest piosenka zapomniana, na wpół tylko
pamiętana, nic, co niesie ze sobą aż takie głębokie przesłanie)
czy właśnie wspomnianą scenę, kiedy to historyk kiełzna oszalały
tłum opowieścią o prześladowanym komuniście niemieckim. I teraz
tak: to odwoływanie się do elementów komunizmu nieradzieckiego
jest wyborem interesującym i z perspektywy tego, z czym zwykle mamy
do czynienia w socrealizmie nietuzinkowym. Nie mam do tego
zastrzeżeń, ze wszystkich opisanych wyżej powodów. Po prostu
chodzi mi o to, że częściowo te wstawki nie pasują do tego, co
się akurat dzieje – na zasadzie „mamy oszalały tłum, który
już nie może wytrzymać z tęsknoty za planetą ojczystą” –
„opowiedzmy im historię o prześladowaniach nazistowskich, to
się uspokoją!”.

Jeśli chodzi o
bohaterów:
trochę już sobie
ponarzekałam, że te kobiety są jakoś tak mało wykorzystywane,
ale i sobie wytłumaczyłam, jak to z nimi jest. Jeśli miałabym tu
jakieś zastrzeżenia, to w zasadzie dość nieliczne. Może
największym moim zdumieniem było zniszczenie (och, to znowu jest
dość kuriozalny motyw, ale jak ładnie przeprowadzony!) orbitującej
wokół czerwonego karła amerykańskiej stacji kosmicznej
(imperialistycznej, że hej: z bombami uranowymi, bronią chemiczną
i pornografią na pokładzie), ale też cudnie ten motyw został
wygrany dla dalszej fabuły.

Jeśli chodzi o
wizję przyszłości:
trochę
to samo, co zadziwiało mnie w „Astronautach”, zadziwia mnie i
tutaj, czyli ta szalona inżynieria ziemska w rodzaju przelewania
oceanów, bo ich za dużo, na suche planety, roztapianie biegunów,
cieszenie się z ocieplania klimatu. To fascynujące, bo zupełnie
odwrotne do naszych dzisiejszych obaw: gdyby ktoś dzisiaj ogłosił
nam, że najlepsze, co może spotkać ludzkość, to roztopienie obu
biegunów, raczej dość szybko zostałby wyprowadzony z błędu.
Zresztą podniesienia się poziomu wód wskutek takich praktyk
bohaterowie nie komentują. Ziemia jest bezpieczna, bo została
całkowicie okiełznana przez człowieka, który niemal dowolnie
kształtuje pogodę czy ukształtowanie terenu. Jest
też bezpieczna, bo człowiek okiełznał sam siebie, swoją
emocjonalność, popędy i
instynkty – w sumie nie do końca wiadomo, czy sprawił to ustrój
czy jakaś taka tysiącletnia ewolucja (czy zniknięcie Stanów
Zjednoczonych), ale z drugiej strony, tak jak pisałam, ta ciepła,
słoneczna Ziemia jak z marzenia sennego jest jakąś taką kuszącą
wizją, więc nie będę się dalej czepiała.

Reasumując:
podobał mi się „Obłok
Magellana” bardzo, z doskonałym zakończeniem, pięknym językiem
i dającymi się lubić bohaterami. Aż nie chciało mi się tej
książki kończyć. Ale skończyłam i już zaczęłam „Dzienniki
Gwiazdowe”, i już się zachwycam dalej. Ale o tym następnym
razem.
 
 
 

Sporządziłam sobie wreszcie kompletną listę powieści Lema, które
chcę przeczytać (przy czym raczej nie skończy się na lecie, ale
Lemie-sień nie brzmi źle, prawda?), z dodatkiem w postaci
„Fantastyki i futurologii na końcu”. Przejeść raczej mi się
nie przeje, bo jest różnorodnie, a i w bibliotekach powinny być.
Listę zrobiłam sobie rzecz jasna w celu odhaczania, ponieważ
uwielbiam odhaczać, no co ja mogę. 
 
 
 
____________________

A jutro będzie z kolei o pisarzu, którego bardzo lubiłam i który
w pewnym momencie utracił moje wotum zaufania – i oczywiście o
tym, co takiego się stało.

4 Replies to “Lemat-o #3: The Final Frontier albo o „Obłoku Magellana” S. Lema”

  1. O, mi też "Obłok Magellana" bardzo się podobał, to była chyba pierwsza powieść Lema, jaką przeczytałam. Chociaż pamiętam, że tata dając mi tę książkę nieco wydziwiał nad moim wyborem. Lem podobno też do niej sympatii nie czuł, nie rozumiem, dlaczego. W końcu to były jego początki, a sytuacja wokół też była, jaka była. Cieszę się, że polubiłaś tę powieść, bo dotąd nie spotkałam nikogo poza moim tatą, kto ją przeczytał, a jego opinia jest… niekorzystna dość 🙂

    1. W sumie to dopiero jak przeczytam coś więcej, będę mogła się wypowiedzieć bardziej merytorycznie, ale wydaje mi się, że może ta niekorzystna opinia wynika z tego, że Lem późniejszy może mieć nieco "przeorientowaną" w inną stronę wizję przeszłości (tak teraz nad tym dumam przy "Dziennikach gwiazdowych"). Ale naprawdę wydaje mi się, że "Obłok…" jest bardzo godny przeczytania: jakoś taki jest uspokajający, zwłaszcza w scenach na Ziemi. Podoba mi się też, że ludzie lecą w Kosmos, bo chcą odkrywać, a nie dlatego, że Ziemia jest zniszczona, przeludniona czy ma zostać zaatakowana :).

  2. "Obłoku Magellana" jeszcze nie czytałam, ale po Twoim opisie sądząc (spoilery mi nigdy nie przeszkadzają :D) pojawiają się tam wątki, które znam z późniejszych powieści Lema. W "Fiasku" obce cywilizacje także wykombinowały ciekawy sposób jak się pozbyć nadmiaru oceanu z planety (swoją drogą to jakiś dziwnie częsty motyw u Lema – nie lubił wody czy co?). W "Powrocie z gwiazd" też jest świat pokojowy (choć nie z powodu panującej utopii komunistycznej), ale to ma swoją cenę i powoduje, że ludzkość sporo jednak traci.
    A Ijon Tichy to mój ulubiony lemowy bohater – taki filozof, ale jednocześnie postać bardzo zabawna, także nieraz się uśmiechałam przy lekturze "Dzienników" i innych opowieści z jego udziałem 🙂

    1. Polecam zatem :). Przy czym już z perspektywy trzech i pół dzieła widzę tę powtarzalność pewnych wątków, ale rozgrywanych często na inne sposoby — muszę powiedzieć, że to dodatkowy bonus zapoznawania się z autorem chronologicznie :). Do wody dodałabym jeszcze mięsożerność, która jest nieustannie krytykowana, wyśmiewana albo stanowi powód do wstydu (czy Lem był wegetarianinem?). Bardzo mnie ten wątek frapuje, bo doskonale pokazuje, że pewne "naturalne" założenia dotyczące ludzkości wcale takie "naturalne" nie są.

      Ijon Tichy na razie podbija moje serce (choć z pewnymi wyjątkami w jego podróżach) :)!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.