Och, Antoni! Albo o „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa

 
Zabrałam dzisiaj ze sobą do autobusu „Wiśniowy sad” Czechowa, bo pomyślałam, że czas na oderwanie się od próz i wyskok w jakiś inny rejon literatury, a dramat Czechowa idealnie się do tego nadawał (zresztą pisałam kiedyś, że z Czechowa w moim czytelniczym doświadczeniu mam wielką ziejącą czarną dziurę), bo podskubywałam go od jakiegoś czasu, ale potrzebowałam spokojniejszej chwili, żeby go przeczytać na jeden raz, a dobrze. I słuchajcie, jaka to jest dobra rzecz!

Pomyślałam, że
nie będę pisała po prostu o tym, o czym to jest ani jak to jest
zrobione, ale rozbiorę to sobie pod kątem tego, co mi się tak
szalenie w tym dramacie podobało. Bo podobało mi się okropecznie,
doskonały to kawał literatury, serio – jeśli macie gdzieś pod
ręką i niewiele planów na popołudnie, to weźcie i przeczytajcie,
bo warto, oj warto. 
 
 
 Tak dla porządku Abed z „Community” ostrzega (chociaż chyba o co
chodzi trudno się nie dowiedzieć, przynajmniej w moim przypadku tak było).
 

W skrócie:
jest sobie rodzina, rodzina ma dom i sad, a także mnóstwo długów.
Nie bardzo chcą pracować, bo w końcu są arystokracją, więc
zamiast słuchać głosu rozsądku, nie słuchają i w końcu tracą
i dom, i sad, i wyjeżdżają a to do Paryża, a to na ciepłą
posadkę w banku.

Streszczona,
historia nie wygląda wcale aż tak znowu fascynująco, prawda? Bo, co trochę
starałam się pokazać wczoraj,
w literaturze liczy się nie tylko co, ale i jak. Czechow historię
ubiera przewrotnie w komedię – tyle że to wcale nie jest komedia
oparta na serii gagów czy na zabawnych sytuacjach. Raczej na ogólnym
wydźwięku kolejnych wątków. No, ale co jest takiego
zachwycającego w „Wiśniowym sadzie”? Wybrałam dwie kwestie,
żeby to pokazać. 
 
 
 

Przemija postać świata:
Czechow wrzuca nas w galerię
pewnych typów, tyle że rozbiera je w krótkich, dosadnych
charakterystykach. Mamy zatem zblazowaną arystokrację pod trzema
postaciami. Lubow Raniecka to współwłaścicielka domu i sadu,
wraca z Paryża niemal jako kompletna bankrutka. Później
dowiadujemy się, że wyjechała teoretycznie z powodu osobistej
tragedii – śmierci synka – ale praktycznie po to, żeby
opiekować się notorycznie wykorzystującym ją i zdradzającym
facetem. Po co? Uzasadnia to tym, że go kocha – zresztą nie bez
kozery autor wyposażył ją w takie a nie inne imię – i to
kochanie ma ją zwalniać z myślenia. Kieruje się emocjami,
rozdając resztki pieniędzy akurat tym, którzy ją o to proszą, i
deklarując nieustanną obawę o swój i dzieci los. Tyle że na
poziomie deklaracji się tak naprawdę zatrzymuje. Jej
brat z kolei to próżniak, chcący żyć tak jak przodkowie – w
istocie zaś ów tradycyjny styl życia ogranicza się do gry w
karty. Bardzo fajnie Czechow rozkłada tu napięcia: kiedy Gajew
udaje się na licytację sadu i nie wraca, jesteśmy pewni, że to
dlatego, że zanurzył się gdzieś w hazardzie; prawda jest jednak
inna. No i wreszcie mamy posiadacza ziemskiego Simeonowa-Piszczyka,
najbardziej karykaturalną twarz arystokracji w dramacie, bo
pojawiającego się tylko po to, żeby od sąsiadów-bankrutów…
pożyczać pieniądze. To jego udziałem będzie jednak spektakularny
sukces: na jego działce Anglicy znajdą „jakąś glinkę”, a on
odbije się od finansowego dna. Tu zresztą Czechow wyraźnie mruga
okiem i mówi, że ta arystokracja żyje lepiej z tego, co zapewnią
jej inni – czy chłopi (bardzo
zresztą przewrotny jest tutaj ten motyw: jeden z bohaterów
chłopskiego pochodzenia
kupuje przecież majątek, inny nie skorzystał ze zniesienia
pańszczyzny, bo kto by się zajął „panami”, gdyby odszedł z
dworu i tak dalej), czy
właśnie jacyś
kapitaliści-przedsiębiorcy. Sama z siebie niewiele jest w stanie
przedsięwziąć.
 
 
 

To, co słychać:
widzicie, sposoby wmontowania w
tekst interpretacji scenicznej można oczywiście streścić pod
hasłem „didaskalia”, ale Czechow oprócz didaskaliów robi coś
jeszcze. Doskonale gra z dźwiękiem w dramacie, ustawiając go na
różnych planach tak, żeby towarzyszył nam nie tylko w ewentualnej
wersji teatralnej, ale i w tej, którą mamy i czytamy. Czy to dźwięk
przerywanej struny, który straszy bohaterów pokazując, że to,
co pozornie jest gdzieś daleko, właściwie jest całkiem blisko i
trzeba się tego obawiać, czy dźwięki siekier tnących wiśniowy
sad, które powracają jak echo w ostatnich partiach utworu, czy
wreszcie defilujący po scenie na różnych planach Jepichodow,
nieszczęśliwie zakochany bohater, brzdąkający
na gitarze-mandolinie. To, jak Czechow nam przypomina, że ten wątek
gdzieś tam się toczy, jest doskonałe: od czasu do czasu każe w
idealnym momencie przejść bohaterowi w tyle sceny albo tylko
zaznaczając, że go słychać. Tak samo jest z nawoływaniami
bohaterów. Myślę, że zyskuje to na sile wyrazu dlatego, że nie
mamy tutaj konstrukcji tak typowej w dramacie, czyli bohatera, który
woła innego, pojawia się na scenie i wygłasza mały monolog na
stronie w rodzaju „ach, gdzież on poszedł, przecież…”.
Zamiast tego to wołanie staje się asumptem do wtrącenia kolejnego
wątku. Ta ekspozycja nie przez dialogi czy didaskalia, ale właśnie
przez te króciutkie sytuacje, w których to dźwięki grają nomen
omen
pierwsze
skrzypce, są doskonałe.
 
 
 

To
są tylko dwie kwestie z całości, bo do interpretacji Czechow
zostawia nam całe pole. Jest jeszcze cudny wątek przemijania i
starości – ludzi, idei i rzeczy – ucieleśniony w postaci
studenta Trofimowa, który nie ma jeszcze trzydziestki, a mimo to
ciągle słyszy, jak się postarzał (on? Głoszone przez niego
idee?), zresztą tak samo jak wiele elementów świata
przedstawionego, które go otaczają. Są
wreszcie i córki Raniewskiej – dwa różne typy: pracowita i
idealistka, których drogi życiowe nie mogą się od siebie bardziej
różnić. I oczywiście rozgrywany w tle wątek
kamerdynersko-pokojówkowy, trochę klasyczny, a trochę, jak
wszystko tutaj, przewrotny.

Także
jeśli nadarzy się okazja – czytajcie! A może już czytaliście? A tymczasem wpisuję sobie „Wiśniowy sad” pod hasłem, oczywiście, „sztuka”.
 
 
 

______________

A menu na jutro
wygląda następująco – bo jutro, nie wiem, czy pamiętacie, ale
równocześnie tutaj i na blogu Tarniny notka o „Popiołach”
Żeromskiego, a potem dyskusja (już się nie mogę doczekać!),
czyli drugie wydanie „Pikników z klasyką” – zupa owocowa,
oczywiście na słodko, o intensywnym smaku letnich owoców,
koniecznie z dodatkiem w postaci okraszonych skwarkami ziemniaków na
osobnym talerzu. Wskazane przy tym utyskiwanie na brak apetytu
towarzyszy oraz podkreślanie swojego smaku (i wymachiwanie drewnianą
łyżką). Jeśli potem poczujemy nagłą chęć zapisania się do
legionów albo przynajmniej odbicia żony dalekiemu znajomemu, winimy
literaturę.

5 Replies to “Och, Antoni! Albo o „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa”

  1. Byłam na tej sztuce w teatrze. Uwielbiam teatr Czechowa i tę jego grę napięć i uczuć, skondensowanych w małej scenie.

    1. Dla mnie to było pierwsze zetknięcie z dramatami Czechowa (nie ostatnie, to na pewno!).

  2. Ha! Kilka dni temu o Czechowie opowiadali u mnie w "Strukturze kryształu" 🙂
    Lata świetlne, gdy czytałam coś Czechowa. Inspirujesz 🙂

    1. A to dobrze, bardzo dobrze :). I jak miło :).

  3. Czekam zatem…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.