Na językach albo czy ty wiesz, jak brzmi twój autor?


Otóż, wyobraźcie sobie, w sypialni doczekałam się radia. Nie jest to być może dla Was żadna ekstrawagancja, ale od czasów liceum nie miałam tej przyjemności, żeby budziło mnie radio. No, ale to taki szczegół z życia, który mogłabym pominąć, gdyby nie to, że to, czego porankami słucham, zasadniczo podsunęło mi temat do dzisiejszego wpisu.

Otóż w radiowej
Dwójce jest taka cudowna audycja, która nazywa się archiwalnia

i gdzie w danym dniu puszczane są nagrania z archiwów Polskiego
Radia jakoś z daną datą korespondujące. A ostatnimi czasy dość
często z różnych powodów puszczane tam są nagrania
wypowiadających się o czymś pisarzy. I kiedy zostałam jakoś
przedwczoraj obudzona gwałtownie przez mojego Domownika, który
krzyczał coś w rodzaju „Wstawaj! Żeromski! Żeromski!”
pomyślałam, że jest w tym coś niezwykłego, tak posłuchać w
radiu głosu osoby, którą zna się jednak tylko z kart książki, a
okazji do spotkania z taką osobą przy wpisywaniu autografów albo
na spotkaniu autorskim po prostu nie ma. Głównie dlatego, że są
to pisarze (głównie, bo nie tylko – żyjących sprzed lat też
puszczają) od wielu lat nieżyjący. 
 
 
 Do tematu — zdjęcia starych radii (radiów? no, odbiorników radiowych). Źródło.
 

Nie wiem jak Wy,
ale ja bardzo długo nie wyobrażałam sobie autorów sprzed epoki
telewizyjnej pod tym kątem.
Bo wiadomo, że mamy ich zdjęcia
czy portrety, to nie problem. Ten aspekt, nazwijmy to, wizualny jest
dostępny na każdym kroku, zwłaszcza teraz. Wystarczy otworzyć
przeglądarkę, wpisać nazwisko i voila,
mamy do dyspozycji zdjęcia autora z
profilu, z kotem, przy pracy i na plaży w krótkich spodenkach. Ale
z głosem już tak łatwo nie jest. Głos to zupełnie inne i
narzędzie pracy, i filtr odbiorczy. Na przykład z tym Żeromskim.
Po jego książkach wyobrażałam go sobie jako mężczyznę
mówiącego szybko, w wiecznym
zdenerwowaniu. A tu proszę, autor posługujący się potoczystą
frazą, taką bardzo – jakby to ująć? – szlachecką, dworkową
(bez pejoratywnego zabarwienia tym razem).
Fascynujące. Czy przez to odrobinę inaczej patrzę na Żeromskiego,
zapytacie? Czy to coś zmienia? Nie, nie chodzi o to, czy zmienia.
Raczej o to, że dopełnia.

Polskie
radio ma niesamowite zbiory i niektóre z nich digitalizuje i
wypuszcza do sieci.
To sprawia, że
dostęp do tych nagrań autorów – tych sprzed II wojny światowej,
później sprawa robi się prostsza – jest łatwiejszy niż
kiedykolwiek. Zastanawialiście
się kiedyś, jak mówił Wasz ulubiony pisarz? Czy miał niski,
przyjemny głos, czy raczej usypiająco monotonny? A może idealnie
pasował? Jakiś czas temu, żeby zrobić mojemu Domownikowi
przyjemność, wyszukałam głos Zofii Nałkowskiej. I wiecie co?
Idealnie pasował do moich wyobrażeń. Coś niesamowitego! Spokojny,
z lekką emfazą, z piękną wymową. Ano
właśnie, wymowa. Bardzo rzadko sobie uświadamiamy, że nasi nie
tacy znowu dawni przodkowie mówili jednak inaczej – nie tylko
dlatego, że używali innych słów czy szyku zdania, ale też
odmiennie wymawiali niektóre litery (to słynne „l”, ale i to
dziwne „é“ i
pewnie kilka innych przykładów, które teraz nie przychodzą mi do
głowy). Usłyszenie tego naszego autora
sprawia, że wydające się czasami zupełnie od rzeczy brzmiącymi
dialogi nabierają życia, a sam autor staje się – przez nasze
uszy – bardziej człowiekiem swojego czasu. No bo skoro on tak
mówił, to co jest dziwnego w tym, że w taki sposób mówili jego
bohaterowie?
 
 
 

Jest
w tym słuchaniu
zresztą jeszcze
inny element.
Taki autor faktycznie
ożywa. To znaczy nie jest ryciną w podręczniku albo stroną na
wikipedii. Staje się człowiekiem. Wiecie, takim kimś, kto też
kiedyś sobie chodził po świecie, czytywał złe recenzje swoich
książek, wykłócał się o honoraria i może był zaczepiany przez
wiernych czytelników. Powiecie, że podobną funkcję może pełnić
lektura dziennika. Zgoda, może. Tyle że tu jest różnica medium,
przez które wiadomość odbieramy. Głos sprawia, że faktycznie
konotujemy sobie kogoś jako kogoś, a nie jako pewien zbiór emocji
przekazywanych jednak z drugiej ręki. W głosie trudniej coś ukryć,
on dodaje pewne znaczenia. Tak jak z tym Żeromskim albo z Nałkowską.

Nie
wspominając już o tym, że w czasie słuchania mamy do czynienia z
sytuacją zupełnie inną niż przy czytaniu dziennika.
Czemu?
Ano dlatego, że autor pisząc dziennik miał czas przemyśleć
formę, zapisać, poprawić i tak dalej. A przy słuchaniu mamy
często do czynienia z takim autorem złapanym na gorącym uczynku.
Wiecie, trochę tak jak i teraz – dziennikarz zadaje jakieś
pytanie, czasami dobre, czasami takie sobie i ten autor stara się
jakoś na to pytanie odpowiedzieć: z sensem albo bez sensu. To jest
takie pięknie ludzkie, kiedy zza formy wygląda nagle coś takiego.
Poza tym widzimy wtedy autora utrwalonego w konkretnym momencie:
właśnie wydał którąś z książek, właśnie mówi się o nim w
ten a nie inny sposób, coś wydarzyło się w jego życiu osobistym.
My to wiemy – bo mamy ten przywilej bycia z przyszłości – ale
słuchacz z tamtego czasu nie. I sam autor nie. Przy
dzienniku, przerabianym, poprawianym, dostosowanym do druku – tego
nie widać. Może gdybyśmy mieli zawsze dostęp do jego oryginalnej
formy (jaki papier, jak wygląda pismo, czy są jakieś ślady i
zabrudzenia, i tak dalej), ale inaczej – nie da się tego porównać.
 
 
 

Poza
tym, oczywiście, taki autor czasami się
przygotowywał.
Wiadomo,
że nie zawsze nagrywano kogoś z zaskoczenia, ale uprzedzano, że
będzie nagranie. Wtedy zresztą mamy doskonałą możliwość
zaobserwowania jak przemawia autor, czy naucza i wykłada (nie
mówcie, że ci autorzy znani z list lektur nie wydają się takimi,
co to nic tylko przemawiali – a jednak nie do końca!), czy raczej
rzuca anegdotkami (piękne było ostatnio nagranie z udziałem Jana
Brzechwy, który skarżył się, że na spotkaniach w szkołach
przekręcają jego nazwisko i że ostatnio – czyli z 60 lat temu! –
ktoś przedstawił go jako „pana Brzytwę”). No
i jest w tym wszystkim coś mistycznego. Że kogoś od lat nie ma, a
tu proszę, zachował się jego głos. Co samo w sobie w przypadku
polskich przedwojennych autorów jest cudowną sprawą, bo jednak te
nagrania miały więcej możliwości, żeby zginąć, niż przetrwać.
I tak sobie są, i od czasu do czasu płyną przez eter.

____________________

A
jutro będzie troszeczkę sentymentalnie, ale bardziej analitycznie
chyba jednak.

Comments

  1. Beata P.

    Lubię odkrywać takie stare nagrania i poznawać ludzi, których znam już z ich książek, od zupełnie innej strony. Dużym zaskoczeniem było dla mnie usłyszenie głosu Edwarda Stachury (wiem, trochę bliższe nam czasy;) Jakoś… zupełnie mi do niego nie pasuje. Chociaż im dłużej go słucham, tym bardziej się do niego przekonuję;)

    1. Post
      Author
      admin

      Ostatnio właśnie czytałam o Stachurze, że wiele osób było zdumionych tym, że nie potrafi tak świetnie śpiewać swoich tekstów, jak robią to inni. To dość niesamowite, ale świetnie pokazujące pewne kulturowe przekonania!

  2. zacofany.w.lekturze

    Pamiętam moje zaskoczenie głosem Piłsudskiego 🙂 A teraz lecę poszukać tej Nałkowskiej; nigdy chyba sobie nie wyobrażałem jej głosu, a jeśli już to w stylu takiej hrabini z przedwojennych filmów, co to je Ćwiklińska grywała 😀

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, tak, Piłsudski też mnie zdumiał (swoją drogą myślałam o tym, jak pisałam wpis, ale pomyślałam sobie, że jak pisarze, to pisarze ;)). I tak, tak, dokładnie ta Nałkowska. Ale zobacz, ona czyta — albo przynajmniej wygłasza — ale tam w tle się coś dzieje, chodzą jacyś ludzie, wcale nie ma takiego nabożnego skupienia spod znaku "pisarka mówi", tylko toczy się życie. I jaki głos mocny, taki zdecydowany, prawda?

    2. zacofany.w.lekturze

      Nałkowska nagrywała live w plenerach, chociaż pewnie ją jakoś od głównego tłumu odseparowali. Bardzo mi się ten głos podobał, taki matowy i faktycznie mocny, chociaż to nagrywane na kilka miesięcy przed śmiercią.

    3. Izabela Łęcka

      Ktoś mi mówił, że są ludzie posiadają przemówienia Piłsudskiego na płytach. Czy są one jakoś dostępne dla ludu?
      A z autorów to chciałabym posłuchać tych słynnych interpretacji wierszy Broniewskiego w wykonaniu autora.

    4. Post
      Author
      admin

      O, o Broniewskim nie wiedziałam! A co do Nałkowskiej i jej głosu jeszcze: bo w ogóle to jest fascynujące, ten mocny głos, jak się porówna z tymi fragmentami dzienników, gdzie ciągle opowiada o tym, jak się źle czuje, co ją boli i w ogóle, że jest strasznie. Trochę tutaj widać formy (na zewnątrz zawsze trzeba prezentować się godnie), trochę samego charakteru (boli i strzyka, więc o tym napiszę, ale to tyle).

  3. Charlie Librarian

    Moim marzeniem jest, aby wszelkie nagrania zarówno telewizyjne i radiowe wrzucić do sieci. W końcu jest to dobro publiczne, za publiczne pieniądze przygotowane. Telewizja i radio mają prawdziwe skarby, których udostępnienie byłoby wydarzeniem niespotykanym. Na przeszkodzie pewnie stoją względy techniczne, prawne i przede wszystkim finansowe. A szkoda, z chęcią sam zagrzebałbym się w takich archiwaliach na długie godziny, ba dni!

    1. Charlie Librarian

      Zacofany – znam, znam. Ninatekę również. Dobrze, że się ruszyło i to całkiem fajnie to jest zrobione, ale to wciąż zaledwie maleńki wycinek całego bogactwa. Pozostaje wierzyć, że będzie lepiej i więcej.

    2. Post
      Author
      admin

      Wycinek, ale to się robi dopiero od niedawna. I w niewiele osób. Ale podejrzewam, że tak jak wiele innych nowych zawodów, tak i pełnoetatowy "digitalizator" też się wkrótce pojawi :). Za to kwestie praw majątkowych to już inna sprawa, bardzo trudna — bo nawet jak pisarz jest "dobrem narodowym", to jest też czyimś ojcem, dziadkiem i pradziadkiem.

    3. zacofany.w.lekturze

      Digitalizacja takich zbiorów to albo robota na lata, albo dla tłumu ludzi, pewnie póki są dotacje unijne, to będzie postępować. Co do praw autorskich, to jest projekt zmian, który ułatwi np. korzystanie z dzieł osieroconych, czyli chronionych, ale z właścicielem, z którym nie ma kontaktu.

  4. Magdalena

    Bardzo interesujący post, aż mnie zachęciłaś do posłuchania głosów autorów, których już od dawna z nami nie ma. Wcześniej nie wpadłabym na ten pomysł 😉

    1. Post
      Author
  5. Dextella

    Szkoda, że na dobra sprawe drobny wycinek tych archiwaliow jest od czasu do czasu gdzieś udostępniany, bo niestety cena odsluchu za minutę w NAC to 10 zł (pare lat tak bylo) jak sie chce jechac prywatnie i przesłuchać, jakieś zbiory, ktore nie sa udostepnione.

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.