Co widzimy za rzędem literek albo o opisach

 
Jakiś czas temu w dyskusji pod jednym z wpisów padło pytanie o moje zdanie w sprawie opisów. Chodziło o to, których pisarzy i pisarki cenię ze względu właśnie na te opisy. Bo opisy lubię – nic na to nie poradzę, uważam, że to istotna część składowa fabuły. Tyle że pisać opisy wcale nie jest tak łatwo, czego chyba wszyscy doświadczyliśmy, przysypiając nad jakąś powieścią albo z niecierpliwością kartkując dalej i czekając, kiedy u licha wreszcie się coś zacznie dziać!

Jak to właściwie
jest z tymi opisami? Bo przecież jak za dużo – źle, jak za mało
– też źle. Może spróbujmy się nad tym wspólnie zastanowić,
bo to rzecz dość trudna i jak zwykle najlepiej chyba rozpatrywalna
pod patronatem Arystotelesa i jego złotego środka.

Ilość: No
właśnie, opowieści o tym, jak to w czasach szkolnych cierpiało
się nad powieściami z szaloną ilością opisów, to standard. Tyle
że mam wrażenie, to nie ilość tych opisów jest taka męcząca,
co ich styl i długość. Bo opisy pełnią bardzo ważną rolę:
pomagają wyobrazić sobie świat przedstawiony. Jasne, może być
tak, że pisarz jedynie chce nam coś zasygnalizować, wtedy opisów
daje minimum, bo chodzi o naszą pracę własną. Z tym że mam
często problem, żeby określić, czy aby ta mikra ilość opisów
to nie jest po prostu pewien brak warsztatowy – albo celowe
działanie. Bo opisy rozbijają dynamikę, sprawiając, że cała
struktura utworu staje się bardziej statyczna. Tam zatem, gdzie
chodzi o to, żeby czytało
się „szybko, szybko, co dalej”, tych opisów będzie mniej.
Druga sprawa, to że świat przedstawiony może być niedowyobrażony
już na poziomie twórcy – dobrze to widać we wszelkiego rodzaju
seriach, gdzie nagle dowiadujemy się, że jednak coś wygląda
inaczej (i nie mówię o takich chwytach, kiedy autor specjalnie
wyprowadza nas w pole). Dlatego
mnie samej duża ilość opisów zupełnie nie przeszkadza: mam wtedy
wrażenie pełniejszego uczestnictwa w fabule, no i dobrze
skonstruowane opisy tworzą klimat. 
 
 
 Niech nam towarzyszą zatem piękne krajobrazy. Fot. Ales Krivec. Zdjęcie stąd.
 

Długość:
Dlatego wydaje mi się, że to
nie sama ilość opisów, ale ich długość może mieć znaczenie.
Świeżo po „Popiołach” Żeromskiego, kiedy to zdarzało mi się
ominąć jakąś partię opisową, bo była po prostu zbyt rozwlekła
i niewiele tak właściwie „robiła” w fabule, zweryfikowałam
swoje stanowisko w tej kwestii. Bo tak: kiedy Żeromski opisuje las
na Kielecczyźnie, to jest opis doskonały – nie za długi, nie za
krótki, pięknie łączący różne sposoby oglądu rzeczywistości
i kreujący sugestywny klimat. Ale jak już ma opisać drogę w
Hiszpanii (kaktus!) to robi się nagle rozwlekle i nieciekawie, a sam
język skręca niebezpiecznie blisko grafomanii. Skąd się to
bierze? Czy stąd, że autor tak bardzo chce przekonać czytelnika,
że wie, o czym pisze? Mam wrażenie, że często na tę przypadłość
cierpią książki fantastyczne: kiedy autor chce tam w detalach
opisać, co i jak wygląda, żeby pokazać, że on to wie. A tutaj
złoty środek jest chyba wyjściem idealnym: dobrze jest od czasu do
czasu coś zasugerować, bez przesady z tymi szczegółami. Bo jednak
od razu widać warsztat na tego typu częściach tekstu.
 
 
 

Styl: A
jak już jesteśmy przy stylu, no właśnie. Opisy są straszliwie
trudne do napisania, co widać przy czytaniu. Żeby było obrazowo,
żeby oddać to, co faktycznie się tam widzi – to sztuka sama w
sobie. To jest, mam wrażenie, podobnie jak z robieniem zdjęć:
widzimy jakieś ujęcie gołym okiem, ale oddanie tego przez
urządzenie jakim jest aparat fotograficzny, wcale nie jest ani
proste, ani naturalne, trzeba posiadać pewne umiejętności. Przy
czym styl opisów to jest też to, po czym często udaje mi się
rozpoznać autora, bo jest to dużo bardziej charakterystyczne niż,
dajmy na to, partie dialogowe. Ale pisarze z bardzo
charakterystycznym stylem, tacy jak na przykład Bruno Schulz czy
Bohumil Hrabal, to może nie są idealne wzory z Sevres dobrych
opisów: bo są właśnie wyjątkowi na pewnym tle. Ale wśród
autorów, u których opisy uwielbiam czytać, znalazłby się na
pewno Tadeusz Konwicki (za wyczucie tego złotego środka w ilości,
długości i stylu: jak coś nakreślić kilkoma zdaniami, żeby
zostało z człowiekiem na długo), Zofia Nałkowska (tu pozornie
opisów jest mniej, bo więcej poświęca się miejsca analizie stanu
duchowego bohaterów – dlatego Nałkowska się nie rozwleka,
zobaczcie, że jej książki to nie są cegiełki, ale około
dwustustronicowe powieści, pisze oszczędnie, ale celnie) czy
Orzeszkowa (tak, wiem, że wielu uważa jej nazwisko za synonim
koszmarnie długich opisów: ale to trochę jak z tym Żeromskim i
lasem kieleckim wyżej – te opisy są bardzo dobrze skonstruowane i
przede wszystkim pełnią funkcję, do jakiej zostały powołane, ani
nie obrazując ponad miarę erudycji autorki, ani nie usiłując
przekonać czytelnika na siłę „ale to tak wygląda, serio!”).
Przy czym to, czego
strasznie nie lubię, kiedy pojawia się w opisach, to banały:
jasne, pewne sformułowania weszły nam do języka, ale jednak jak
autor/ka poświęca stronę na opis zachodu słońca, który już
setki razy czytałam przefiltrowany dokładnie przez te znane kalki
kulturowe – no to ileż można.
 
 
 

Funkcja: I
jeszcze na koniec, trochę w ramach podsumowania, o tym, co te opisy
właściwie mają robić. Bo że pokazywać nam bohaterów i świat
przedstawiony (ze wszystkimi uwagami poczynionymi wyżej nadal w
mocy) – to oczywiste. Ale też właśnie one stwarzają pewną
atmosferę panującą na kartach książki: i
to wiecie, nawet niekoniecznie w ten sposób, że teraz już wiemy,
jak co wygląda, bo przecież najczęściej i tak ten krępy brunet w
naszej wyobraźni jest wysokim rudzielcem, bo akurat tak nam jakoś
pasowało, albo podstawiliśmy sobie pod niego kogoś znanego z
rzeczywistości, a mieszkanie bohaterów niech autor mebluje jak
chce, my i tak widzimy w nim kawalerkę naszej ciotki, co zrobić.
Ale sugestywność opisu, jego plastyczność, nowatorstwo pewne w
dziedzinie języka (nie mylić z nieporadnymi sformułowaniami) –
to wszystko są rzeczy, które są trudne do osiągnięcia, ale jak
już się udadzą, to zostają z czytelnikiem na długo. Do tego
stopnia, mam wrażenie, że idąc gdzieś można sobie w duchu
zakrzyknąć „ależ to wygląda zupełnie jak u pisarza X!”. I
proszę, to chyba jest pewien sukces, bo przecież to „coś” tak
nie musi wcale wyglądać, bo umawiamy się, że coś opisywanego w
dany sposób jakoś wygląda – ale jeśli przenosi się do
rzeczywistości przez nasze oczy? No, to czapki z głów.
 
 
 
 
Czy macie tak w ogóle takich pisarzy, których czytacie przez wzgląd na to, jak piszą właśnie partie opisowe?

_____________________

Zaś jutro – o
poezji. Bo coś dawno nie było.

11 Replies to “Co widzimy za rzędem literek albo o opisach”

  1. Ja z opisami to czasami mam problem spowodowany, że tak powiem zboczeniem zawodowym, bo jestem architektem. Jak pisarz opisuje jakiś budynek czy wnętrze to staram się dokładnie wczytać i sobie to wyobrazić. Kiedyś szlag mnie trafiał jak np. do opisanego pokoju wchodziła kolejna postać, zabierała coś z szafy i okazywało się, że ta szafa to jednak stoi po prawej koło okna. Albo, że nagle jest tych okien więcej. Teraz po prostu zawieszam na czas lektury sprawdzanie fizycznych możliwości istnienia opisywanych przestrzeni 🙂
    Inna sprawa, że tak jak piszesz czasami wbrew opisowi w książce nasze wyobrażenie postaci czy miejsca jest inne niż w opisie pisarza. Z tego co pamiętam to w czasach licealnych w ten sposób ignorowałam wszelkie wąsy u postaci męskich, które miały jakiś wątek romantyczny. Jakoś mi ten wąs zawsze przeszkadzał. Poza panem Wołodyjowskim oczywiście – on bez wąsika nie byłby sobą 🙂

    1. Wąsy! Mam dokładnie to samo, nie cierpię wąsów u bohaterów 😀

    2. @aem, to w ogóle fascynujące, bo na przykład jakiś czas temu odkryłam, że zasadniczo mam "w głowie" kilka schematów przestrzeni znanych mi z życia i niezależnie co też autor postuluje, to i tak dopasowują mi się z automatu. Ale staram się podążać jakoś za myślą autora — choć no właśnie, bywa to czasem zaskakujące bądź frustrujące :).

      @aem i @aHa, mam podobnie z wąsami! To znaczy nie ze wszystkimi bohaterami, ale w wielu przypadkach muszę sobie przypomnieć, że ktoś ma wąs (Ashley z "Przeminęło z wiatrem" z takich najświeższych przypadków, a permanentnie — Jeżycjada, chociaż autorka się upiera na te wąsy ;)).

  2. A ja lubię opisy- pewnie uraz z czasów, kiedy namiętnie czytywałam japońskie historyjki light novel- tak odchudzone z opisów, że składały się praktycznie z dialogów. Ale co mi z tego- nie umiem wyobrażać sobie ludzi- miejsca jeszcze jakoś, ale ludzi w życiu. Czytając Akta Dresdena wciąż "myślę" ilustracjami z deviantarta, choć opisów jest tam tyle ile być powinno i jestem chyba jedyną osobą, która nie umie sobie wyobrazić Petera Granta z Rzek Londynu. Ani żadnej innej postaci też.

    Jeśli chodzi o sam temat- często u początkujących pisarzy fantasy widać "pisanie statystykami"- przenoszenie opisów z gier RPG do książki zazwyczaj wygląda sztucznie. Achika pisała o tym lata temu w Esensji
    http://esensja.stopklatka.pl/ksiazka/publicystyka/tekst.html?id=4245

    1. Ano właśnie, to "pisanie statystykami" zdarza się w ogóle nawet i nie u początkujących pisarzy (Zelazny!), bo wydaje się metodą najprostszą, podczas gdy jednak literatura ma swoje prawa (a jednym z nich jest to, że sposób opisu to taka specyficzna, trudna sprawa). Za link dziękuję, poczytam :).

      Hm, tak sobie myślę i myślę, ale istnieje niewiele postaci literackich, których wyobrażenia nie mam. Z tym że czasem łapię się na tym, że jeśli narrator jest pierwszoosobowy, to raczej sobie w ogóle go nie wyobrażam. Peter Grant to akurat wyjątek, bo od razu pojawił mi się w myślach idealny casting ;).

  3. Ja bardzo rzadko umiem wyobrazić sobie coś na podstawie opisów w książkach. No nie umiem i już. Moja wyobraźnia produkuje własne obrazy i nic na to nie poradzę. Chyba że opis dotyczy czegoś mi znanego, wtedy jestem w stanie zweryfikować, czy się zgadza 🙂 Poza tym dużo łatwiej wychodzą mi w głowie opisy strojów (kiedyś miałam fazę na historię mody i nazwy typu czarny redingnot od razu pojawiają mi się w głowie jako gotowe ubiory) niż miejsc. Moja wyobraźnia zupełnie nie radzi sobie z architekturą oraz tak prostymi rzeczami jak np. kolor tapet w pokoju bohatera. Stąd np. bohaterów "Wiedźmina" od razu widzę w charakterystycznych ubiorach, ale tego czy w Temerii był zamek i jaka była odległość z Oxenfurtu do Novigradu już nie 😉 A teraz jeszcze nakłada mi się na wszystko gra komputerowa, więc już w ogóle.

    1. O właśnie, dlatego planuję sobie odświeżyć sagę z grą w pamięci (tak w ogóle, to pierwszą rozgrywkę skończyłam! I całkiem jestem zadowolona z zakończenia ;)), bo mam wrażenie, że zyska z tymi pewnymi odniesieniami do przestrzeni, postaci (ubiory, ech!) czy nawet tych potworów, które poddała wyobraźni gra. Bo z odległościami też mam zawsze problem — więc lubię mapy 😉 — no i dla mnie te ubiory to jest jednak trudna sprawa, bo niespecjalnie się na tym znam, więc zwykle sprawdzam, jak wyglądają te wszystkie żorżety i pepitki, a potem jakoś to nakładam na postać (albo nie, bo wyobraźnia potrafi iść swoją drogą — ale w ramach ćwiczenia umysłowego czasami staram się ją nakłonić, że widziała właśnie to, co opisane i nie schodziła na manowce ;)).

  4. Do opisów rzeczywiście stosunek mam mieszany. Lubię je, ale właśnie wtedy, gdy "robią" w książce atmosferę, a nie oszukujmy się, nie wszystkim się to udaje. Jestem właśnie świeżo po "Pamięci wszystkich słów" Wegnera i "Florystce" Bondy. W pierwszej książce, opisy mogłyby dla mnie trwać, i trwać, i trwać – są plastyczne, ale nie przytłaczają szczegółem, budują moje wyobrażenie o świecie, ale są lekkie. W drugiej, zdarzało mi się je przeskakiwać, bo na przykład autorka powtarzała co jakiś czas to samo, no może niedosłownie, ale takie miałam wrażenie, a zaczęłam z ochotą, bo akacja dzieje się w Białymstoku 🙂

    1. A tak, to jest duży problem, jeśli w opisach coś się powtarza. Zawsze się wtedy zastanawiam, czy aby proces pisarski nie przebiegał tu tak, jak się czasami czyta: chwila nad książką, wiele chwil z dala, potem wracam, ach, co tam było, aha, aha, no i się powtarza. Nie wiedziałam, że "Florystka" dzieje się w Białymstoku (ale też z Bondą nie mam jeszcze żadnych doświadczeń :)).

  5. Mam bardzo podobnie jak Grendella, lubię dobre opisy :). Dodatkowo, mam już twórców u których opisy zazwyczaj pomijam (Sienkiewicz!) i chyba nic tego nie zmieni. Ale masz rację, że opisy Orzeszkowej są ciekawe i plastyczne, tylko trzeba je czytać w spokojnej atmosferze. Lektura do szkoły takiej nie daje.

    1. To prawda, przy czytaniu "na termin", czy "na akord" trudno się czyta opisy, bo się człowiek zwyczajnie śpieszy. Mnie też czasami denerwuje ich funkcja retardacyjna, jeśli autor nagle zaczyna się rozwodzić nad jakimś elementem krajobrazu, a ja już czekam i gryzę palce, co też się stanie z bohaterami ;).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.