Z nielotu ptaka albo o „Europie pingwina Popo” J. Bajtlika

Uwielbiam
książki dla dzieci. To znaczy takie z dużym drukiem i pięknymi
ilustracjami albo w ogóle z samymi ilustracjami. Na szczęście nie
jestem w tym upodobaniu osamotniona, bowiem mój ulubiony Domownik
zalicza się dokładnie do tej samej grupy, nabywamy więc od czasu
do czasu którąś z książek w typ typie i potem głównie ją
oglądamy. Ostatnio przywędrował do nas w paczce (z którą mieliśmy sporo problemów, okazało się, że jednak zakupienie tych książek, które się sobie upatrzyło, nie jest wcale takie łatwe) z drugim tomem
„Kronik Amberu” pingwin Popo, a konkretnie „Europa
pingwina Popo” i dzisiaj garść wrażeń z lektury i z
oglądania.

To
raczej taka moja analiza książki niż recenzja, a że trudno tu
mówić o spojlerach, to czuję się usprawiedliwiona.
O co
chodzi?
Pomysł jest z jednej
strony prosty, z drugiej nie do końca. Oto mamy pingwina Popo,
dryfującego na krze, który chciałby zwiedzić Europę. I udaje mu
się to, ale zwiedza nie geograficznie, a alfabetycznie, przy czym
kolejne hasła, które śledzi, wcale nie są takie oczywiste: będą
takie bardziej turystyczne (corrida, lajkonik, gotyk),
techniczno-kulturowe (metro, Beatlesi), ale też i takie dla rozwoju
Europy istotne także z różnych innych powodów (druk, Karol
Wielki, królowa Wiktoria, imigracja).
 O tej książce (wydanej w 2011 roku) dzisiaj mowa. Okładka
Jak
to jest zrobione?
Istotne jest
połączenie tego, co można powiedzieć obrazem, z tym, co da się
napisać. Przy czym to, co napisane, często koresponduje formą z
tym, co narysowane. Na przykład kiedy mowa o druku, litery są jak
odbijane od formy drukarskiej, a kiedy o Atlantydzie czcionka (czy
font? Nigdy nie wiem, jak powinno się używać tych słów,
przyznaję się) faluje jak zanurzona w wodzie. I tak pingwin Popo
prowadzi nas – i sam jest prowadzony przez autora, Jana Bajtlika –
przez kolejne zakamarki Europy, która głównie składa się tutaj z
idei. To te idee fascynują naszego bohatera, trochę go zadziwiają,
stara się w nich dopatrzeć jakiegoś sensu.
Gdyby
spróbować prześledzić, w jaki sposób skonstruowana jest książka,
można by się dopatrzeć co najmniej kilku ciekawych zabiegów:
to Popo stwarza
przed nami tę iluzję, bo autor już na okładce wyposaża go w
pędzel i to pingwin sam maluje tytuł, trochę w takiej pozycji, w
jakiej czasami łapie się kogoś, kto maluje na murach. Na drugiej
stronie okładki Popo dryfuje na krze, rozważając problem tego, że
jego największym marzeniem jest dopłynąć do Europy – ale
zwróćcie uwagę, że on nie tyle płynie, co właśnie dryfuje, ma
ze sobą lunetę, ale nie ma wioseł. I tak w końcu ląduje na
początku tego europejskiego alfabetu idei, i nurkuje – dosłownie
– pod powierzchnię, żeby zobaczyć zatopioną Atlantydę. Idea,
marzenie, mit przybiera kształt w oku patrzącego przybysza – bo
na ilustracji pod wodą faktycznie znajdują się fantastyczne
budynki Atlantydy, które Popo ogląda jednak z góry, trochę
zwisając pod wodą, ale ponad samym miastem. Na kolejnej ilustracji
olbrzymia ryba wypluwa go w kierunku podróżujących na żółtej
łodzi podwodnej Beatlesów (albo przed tą rybą ucieka w objęcia
zespołu). Kształty przedmiotów u Bajtlika przyjmują zresztą
wygląd odpowiedni dla swojej dosłownej funkcji: łódź podwodna
przypomina małego wieloryba, gdzie indzie statek Krzystofa Kolumba
wygląda jak duży, ospały wieloryb. Ale wróćmy jeszcze do tych
Beatlesów: ubranych w kamizelki ratunkowe, z ubraniami rozdętymi
przez wodę. Trochę Beatlesi z końca swojej kariery, trochę kozacy
z ilustracji do wschodniosłowiańskich baśni.
Wielkie
idee czy problemy etyczne Bajtlik sugeruje trochę mimochodem.
W
przypadku corridy Popo zastanawia się nad stosunkiem byków do całej
sprawy; kiedy mowa o imigracji symbolizuje ją swojski bocian (znowu
a propos kształtu: wyglądający jak smukły samolot), niosący na
grzbiecie Popo – przybysza jednak z innego kontynentu i z innej
rzeczywistości, ale chłonącego ten europejski alfabet (czasami z
zachwytem, czasami krytycznie, ironicznie punktującego niektóre
jego elementy – strona o druku kończy się zapisanym na osobnej
karcie stwierdzeniem, że dzięki temu wynalazkowi „ludzie
zaczęli dużo czytać”); w tym sensie zdanie „Europa może
być nowym domem także dla mieszkańców innych kontynentów”
zyskuje podwójny sens – odnosi się nie tylko do jakiej
abstrakcji, którą trudno sobie wyobrazić, ale do tego tu oto
naszego bohatera.
Czasami
jednak wydaje się, że w narracji następuje pęknięcie.
Nad
niektórymi kartami trzeba się pochylić, żeby doczytać i
dowidzieć wpisane tam sensy. Na przykład pod „K”
dostajemy Karola Wielkiego – który sam pisze własną historię,
kropkę czytanego zdania stawia narysowany pod spodem Karol, nic więc
dziwnego, że pisze o tym, że uważany był za idealnego króla i
rycerza. Popo rzuca z boku żarcikiem, pytając, czy władca
(tytułowany po swojsku „panem”, bez żadnych
ceremonialnych ceregieli) pisze to minuskułą karolińską. W tym
sensie kończące opis zdanie „walczył z poganami”, które
na początku wydało mi się średnio udane (rozumiem funkcję
skrótu, ale i docelowy odbiorca, i takie uproszczenie średnio mi z
nim grało) w momencie kiedy zdamy sobie sprawę – przez to, jak to
zostało narysowane – że mamy do czynienia z oddaniem głosu samej
postaci historycznej, która jakoś kreuje własny wizerunek i
podpisuje się pod tysięcznymi uproszczonymi historiami o sobie,
cała karta zyskuje ciekawy, dwuznaczny sens.
Moje
dwie absolutnie ulubione przygody Popo to ta z Faustem i ta z Łajką.

Po pierwsze samo wprowadzenie Fausta, postaci zbierającej w sobie
przecież takiego Europejczyka w pigułce, co chce więcej, bardziej,
najlepiej, jest świetnym pomysłem. Po drugie: Popo zaczyna łapać
konwencję, więc otoczony połami płaszcza Mefistofelesa zastrzega
się na wszelki wypadek, że ta chwila wcale mu się nie podoba.
Przygoda z Łajką jest przerażająca: dostajemy informację
(zapisaną zresztą na dymie, śladzie, który zostawia za sobą
rakieta), że Łajka nie przeżyła zbyt długo w rakiecie, a na
sąsiedniej karcie widzimy Popo, który pyta zdezorientowanego psa,
czy się nie boi. Celne i mocne. Świetna jest także puenta do hasła
o królowej Wiktorii, gdzie dowiadujemy się o jej sukcesach i
wielkim imperium, a obok sama królowa różową farbą zamalowuje na
mapie świata kolejne kawałki imperium, nad którym nie zachodzi
słońce. Popo, tutaj niczym brytyjski układny lokaj, pyta, czy aby
wystarczy jej farby – niby troska, ale podszyta taką ironiczną
krytyką; my w końcu wiemy, jak się to z tą farbą skończyło.
Kończy
się to wszystko wejściem z zoo na pokład wielkiego statku. Popo
już nie dryfuje, czegoś się dowiedział, w czymś się
zorientował, teraz będzie płynął. Zresztą przez to zoo z
ostatniej karty ten statek to taka trochę arka Noego: co można
zrobić z takim zapasem wiedzy o historii i o kulturze jak nie
spróbować uczynić świat trochę lepszym?
Jeśli
tylko będziecie mieli okazję, zajrzyjcie do przygód pingwina Popo
w Europie, bo warto (nawet zatrzymać się nad niektórymi trochę
dłużej). A książkę sobie odhaczam w kategorii „napisana
przez autora przed 30-stką”, bo jak się okazuje Jan Bajtlik to
rocznik 1989.
_________________
Jutro
zaś będzie albo znowu o jednej z książek, albo nie, ale to
wszystko zależy. Sami zresztą zobaczycie.

4 Replies to “Z nielotu ptaka albo o „Europie pingwina Popo” J. Bajtlika”

  1. Czcionką można rzucać w kogoś, fontem nie- tak mi kiedyś wyjaśniono różnicę :).
    Książeczka brzmi ciekawie (i wygląda naprawdę ładnie), bardzo podoba mi się zabieg z Karolem Wielkim.

    1. Bardzo dobre wyjaśnienie, podoba mi się, łatwo będzie zapamiętać. W takim razie, jeśli dobrze rozumuję, chodziło mi o font odciskany przez Popo za pomocą czcionki :).
      A książka jest piękna, no i dostarcza tematów do myślenia, jak się człowiek zapatrzy, więc polecam!

  2. Fajnie, fajnie, już wiem, co sobie moje dziecko zamówi na prezent od chrzestnej;)

    1. Doskonały pomysł :). Tu jest jeszcze dość sporo tekstu, ale jakiś czas temu prezentowałam znajomemu jednolatkowi inną książkę Bajtlika, "Autko" — tam tekstu jest mniej, skonstruowane to jest tak, że jedno słowo jest pisane bardzo dużymi literami (na przykład "to jest MYJNIA", "tu samochód ma ŚWIATŁA") i jest o przygodzie ojca i syna w samochodzie (wiem, że trochę stereotyp, ale przecież są ojcowie i synowie przeżywający wspólne wyprawy, myślę, że to raczej w tę stronę). Ale "Europę…" polecam bardzo (też w celach edukacyjnych, sama się z niej dowiedziałam, kto projektował strój Lajkonika, bo jakoś mi ta wiedza umknęła ;)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.