Trudna sztuka wizualnych metafor albo jak pokazać, że e-book jest książką?

Od jakiegoś czasu
zbierałam przykłady do takiego wpisu. Na początku zaczęło się
niewinnie, ot, gdzieś zobaczyłam jakiś obrazek, całkiem
przyjemny, ciekawy i w ogóle. Ale potem był drugi, jakoś podobny,
chociaż nie wprost. I tak do obrazka do obrazka zaczęłam się
zastanawiać, jak to jest z reklamowaniem e-książek i zachęcaniem
do ich czytania? W jaki sposób się to robi? I na co kładzie
nacisk? Dzisiaj będzie właśnie o tym.

Na początek, jak
to się mawia,
disclaimer.
Otóż to nie jest wpis o tym, czy lepszy jest e-book czy książka
papierowa. Uważam takie dyskusje za nieprzynoszące zbyt wiele i
nawet już o swoim stanowisku w tej sprawie pisałam. Także wiecie,
na początku dla porządku zaznaczam: nie mówię, co jest lepsze
(znowu: bo nie ma to wielkiego sensu), nie zamierzam się kłócić o
wyższość książki nad e-książką i odwrotnie (ponownie: sens),
chodzi mi o prześledzenie pewnych dróg myślenia stojących za
wizualnymi metaforami w odniesieniu do e-booków. 

Co to są metafory
wizualne, zapytacie?
Albo nie zapytacie, ale i tak Wam powiem: to są
metafory posługujące się nie słowem, ale obrazem. Oczywiste,
prawda? No właśnie, z tym że operują one na nieco innym poziomie
niż metafory słowne, bo do czego innego się odwołują. Metafory
słowne bowiem najczęściej funkcjonują w naszym języku jako pewne
zrośnięte ze sobą skojarzenia, nad którymi nie do końca się
zastanawiamy. Ot, mówimy, że ktoś się rozindyczył, jeździ jak
baran albo oszczędza czas i
cóż, często niewiele poświęcamy czasu dosłownym skojarzeniom,
jakie te sformułowania przywołują.

 Innymi słowy będzie o takich właśnie obrazkach. Źródło.
Z tymi metaforami
wizualnymi natomiast jest pewien problem.
Otóż nie zawsze są
już z nami zżyte, ba, najczęściej chodzi o nowe konfiguracje
znanych obrazów, funkcjonujących osobno, bo idzie o reklamę
czegoś, w naszym przypadku e-booków. I niekoniecznie reklamę
komercyjną, raczej o zachętę. W grę wchodzi także kreatywność, a nie utarte skojarzenia. Metafora wizualna skłania do myślenia nad nią, w przeciwieństwie zwykle od tej metafory słownej. No i tu pojawia się kłopot, bo o
ile twórcy tych metafor chcą powiedzieć coś nowego, to często
idą wydeptaną ścieżką. Z czym bowiem kojarzy się e-książka?
Oczywiście z książką. Czego zatem możemy się spodziewać po
takich metaforach wizualnych? Rzecz jasna, książek. Mamy tu zatem
do czynienia z czytnikiem, do którego wskakują papierowe książki,
z czytnikiem włożonym między książki papierowe, z obrazem regału
na czytniku i tak dalej. Coś w tym jest złego? Jasne, że nie. Ale
nie chodzi o to, czy te pomysły są złe czy dobre, chodzi o to, co
one nam mogą powiedzieć. 
Wydaje mi się,
że zachodzi tu podobny problem, jak w przypadku trailerów książek.

To znaczy brakuje jeszcze pomysłu na język, także ten obrazowy,
którym można by opowiadać o e-bookach. Sięga się zatem po te
najprostsze skojarzenia, co jest oczywiste w momencie, w którym
chodzi o pokazanie podobieństw między książką a e-książką.
Wtedy wytacza się te argumenty obrazowe odnośnie półek, czytnika
między książkami, papierowych książek frunących do czytnika i
tym podobnych. Problem pojawia się w momencie, w którym podobnej
metafory używa się tam, gdzie mowa o jakkolwiek rozumianej inności
i odmienności książek i e-booków. No bo spójrzmy na przykład na
sytuację, w której mówimy, że czytnik jest wygodniejszy, bo
pozwala nam w jednym urządzeniu przechowywać wiele książek, a
zajmuje mniej miejsca i jest przez to wygodniejszy. Tymczasem obrazek
pod takim tekstem pokazuje nam nie coś, co powie nam cokolwiek o
naturze książki elektronicznej (w samej formie przecież zupełnie
innej od książki tradycyjnej), tego, jak właściwie ona wygląda
jako plik, ale zilustruje to książkami papierowymi „wskakującymi”
do naszego czytnika. Co nie kojarzy się do końca z lekkością — zatem metafora czytnika jako przenośnego regału nawiązuje w istocie do tej solidności, ciężkości, wypchania książkami. Czyli przyzwyczailiśmy się już do myśli o czytniku w takiej roli, ale zobaczenie tego może uzmysłowić, że stojąca za tym sugestia nie jest najnaturalniejszą nawołującą do myślenia o lekkości i przenośności.
A przecież nie o
to chodzi.
Żebym została dobrze zrozumiana: chodzi o to, że
często metafory te wykorzystują jako punkt odniesienia książki
papierowe i na tym kończą, nie ma natomiast mowy o tym, żeby
pokazać pewną wyjątkowość e-książki, materialnie różniącej
się od książki papierowej. Dlaczego tak się dzieje? Po części
zapewne dlatego, że korzystamy z czytników nie z powodu jakiejś
nowości w obcowaniu z lekturą, której nam one dostarczają –
wrażenia i sposoby czytania są bowiem mniej więcej podobne – ale
dlatego, że chcemy łatwiej, wygodniej czy po prostu szybciej
skorzystać z jakiejś książki. Stąd też w repertuarze obrazowym
będziemy mieli do czynienia z tym, co dobrze nam znane: z tymi
papierowymi tomami, upychanymi na obrazku do naszego czytnika. Ma to
budzić pozytywne skojarzenia, sugerować nawet, że wielkiej różnicy
między czytnikiem i regałem na książki nie ma. Więcej: tam nawet, gdzie pojawia się odniesienie do elektronicznej formy książki na naszym czytniku się znajdującej, zazwyczaj wykorzystuje się repertuar skojarzeń wypracowany przez metafory wizualne odnośnie komputerów: fruwające zielone cyfry, piksele w tle i tego typu sprawy. Książka elektroniczna stoi zatem w tym języku obrazów w pół drogi między tradycyjnym regałem a matrixową informatyką.
Nie jest to wada.
Nie ma nic złego w budzeniu
pozytywnych, bo już dobrze nam znanych, skojarzeń. Zastanawiam się
jednak, czemu nie ma metafor wizualnych – albo czemu są takie
rzadkie – podkreślających jednak wyjątkowość czy odmienność
czytnika jako urządzenia i e-książki jako nośnika treści. Być
może chodzi o celowanie naraz w dwie grupy odbiorców:
tradycjonalistów („zobacz, to się wcale nie różni!”) i
czytelników „nowoczesnych” (w cudzysłowie, bo to podział
bardzo zgrzebny, oczywiście), którzy zwyczajnie lubią mieć
kontakt z książką w takiej właśnie formie. I jednych, i drugich
uspokaja zatem obraz książki wyłaniającej się z ekranu: tych
pierwszych książka, tych drugich ekran. I tak wilk jest syty, a
owca cała. Podobnie jest z
chwytami w rodzaju tych obrazów, na których widzimy osobę
korzystającą z czytnika, ale przewracającą w nim kartki (i z
podobnymi rozwiązaniami w czytnikach w ogóle).
Być
może właściwie nie ma potrzeby myśleć nad jakimś nowym językiem
obrazów do opisu rzeczywistości, w której mamy e-książki. Ale
może to ciekawe ćwiczenie na myślenie? Sama nie wiem, jak można
by było wyjść poza komputerowo-matrixowe skojarzenia wizualne, ale
może by można było?
Jak
myślicie? Co w ogóle sądzicie na temat tych obrazów?
________________
Jutro kończy się
Tydzień Bibliotek, więc jeszcze postaram się o nim napomknąć.

6 Replies to “Trudna sztuka wizualnych metafor albo jak pokazać, że e-book jest książką?”

  1. Wolałabym, żeby do reklamowania eksiążek używano innych obrazów niż książki. Na przykład, grafikami przedstawiającymi tłum powszechnie znanych bohaterów, coś na zasadzie "milion historii w jednym miejscu"? Może wtedy ludziom łatwiej byłoby uznać te dwa formaty za równoległe, nie przeciwstawne?

    1. To jest w ogóle bardzo dobra uwaga: wykorzystywanie obrazów związanych z książkami sugeruje czytnik jako coś nie uzupełniającego sposoby czytania, ale coś _zamiast_ książek papierowych. Masz oczywiście rację. I podoba mi się Twój pomysł na to, żeby skupić się nie na formie, ale na treści :).

  2. Jeśli chodzi o źródła ilustracji, radzę skorzystać z Google Grafiki (https://www.google.com/imghp?hl=pl&gws_rd=ssl). Jest bardzo przydatne, a zdumiewająco wiele osób nie ma pojęcia o jego istnieniu 🙂

    1. Próbowałam, ale nie wiem, czy ja robię coś źle, czy algorytm google'a ma z tymi ilustracjami problem, ale jak je przeciągam do okienka, do którego każą je przeciągnąć, odsyła mnie na strony, z których na pewno nie korzystałam przy zbieraniu materiałów, jak strona tureckiego MEN-u ;).

  3. Jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi na to, jak są przedstawiane e-booki i czytniki. Nie raziło mnie po oczach połączenie zwykłej książki z elektroniką. Dlaczego? Sama nie wiem. Może dlatego, że czytują książki i takie i takie? Chociaż wolę te papierowe, to czasem wygodniej jest mi ze sobą zabrać czytnik, niż cegłe. 😀 No i małe mieszkanie w bloku też jest pewnym ogranicznikiem do ciągłego kupowania książek.
    Ostatni obrazek nasuwa mi myśl o zakupach on-line, niż e-książkach. 🙂 🙂
    Ale faktycznie, tak jak napisała Anna wyżej. Jest jakiś brak w kreatywnym przedstawieniu e-książek.

    A co do źródła zdjęć, to jest bardzo proste. 🙂
    Klikasz na zdjęcie prawym przyciskiem myszki, tam miedzy innymi powinna pojawić się opcja 'Szukaj tego obrazu w Google'. Kiedy już jesteśmy na stronie wyszukiwania, obok zdjęcia klikamy opcję: Znajdź inne rozmiary tego obrazu:
    Wszystkie rozmiary.
    I po najechaniu na obrazek pojawia nam się ich źródło. 🙂

    1. Dzięki! Połączyłam obie metody, to znaczy Twoją i Jenny, i udało mi się odnaleźć źródła — dopisałam je już. Na przyszłość jak nie wynotuję adresu będę widziała, jak szukać. Bardzo przydatna umiejętność :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.