Sentymentalna podróż przez Cienie albo o „Dziewięciu książętach Amberu” R. Zelaznego

W sumie powtarzałam to już kilka razy, więc pewnie się zorientowaliście, ale jeszcze raz powtórzę, żeby dać rzeczy początek: otóż nie jestem w stanie słuchać audiobooków. Denerwuje mnie, kiedy ktoś mi czyta wolniej niż ja sama bym umiała (co innego w obcym języku), w dodatku nie zawsze interpretacja mi pasuje. W czasie ostatniego weekendu miałam za to okazję się przekonać, jak to jest z tym czytaniem komuś na głos.

Otóż domostwo
nasze nawiedziła grypa żołądkowa, pakując do łóżka i mnie, i
Domownika (na szczęście nie naraz). I kiedy tak Domownik mój
biedny leżał w łóżku, ale już bardziej przytomny i ogólnie
dążący do rekonwalescencji, zaproponował, że może bym mu
poczytała? Na co ja z lekkim jednak zdziwieniem odparłam, że
dlaczegóż by nie, mogę spróbować (pewna, że tak po trzech
stronach zaśnie albo ja się zdenerwuję i sobie pójdę). Dostałam
nawet możliwość wybrania książki. Ze złośliwym, ale i
szczęśliwym błyskiem w oku sięgnęłam więc po czekających na
swoją kolej od jakiegoś czasu „Dziewięciu książąt Amberu”.
Jak tylko pokazało się wznowienie, z radością pobiegłam nabyć,
bo co za radość, wreszcie jest, wszystkie tomy (tom drugi już
zamówiony i przybędzie prosto w moje ręce!), znośna okładka, no,
hip, hip, hurra. Bo musicie wiedzieć, że „Dziewięciu książąt…”
przeczytałam straszną smarkulą będąc i zafascynował mnie ten
świat bez reszty, ale… Ale nigdzie nie było kolejnych tomów.
Miałam więc „Dziewięciu…” (tom pierwszy) i wydane z nim
razem „Karabiny Avalonu” (tom drugi) i przez lata nic więcej.
Możecie więc sobie wyobrazić, ile sobie nawyobrażałam w
międzyczasie, co też się tam dalej mogło dziać! I potem, kiedy
już miałam obok siebie bibliotekę, gdzie pozostałe tomy były,
czekałam rok, żeby po nie sięgnąć, tak się bałam, czy autor
sprostał moim wyobrażeniom. 
 
 
 

A teraz trafiła się
okazja, żeby to hołubione w mojej pamięci dzieło, jeden z moich
osobistych kamieni milowych, jeśli chodzi o fantasy w ogóle (nie
zaczynałam od niego, ale właściwie czytałam już jak w fantasy
byłam rozmiłowana), zaprezentować komuś i to w takiej formie,
jaką jest czytanie na głos. Nie wiem, czy słyszeliście gdzieś
takie porzekadło – ja słyszałam – że żeby się przekonać,
czy tekst jest faktycznie dobry, trzeba go przeczytać na głos i
zobaczyć, jak się sprawdzi. Także to był test podwójny. Jak
wypadło? O tym za chwilę. Teraz jeszcze jedna taka uwaga: czasami
pamiętamy książki i uważamy je za doskonałe. A potem do nich
wracamy i czasami okazują się nadal do nas trafiać, ale nie do
końca już z czystym sumieniem powiemy o nich, że są doskonałe.
Ale dobrze jest wrócić. A teraz porzucam już ten ton i
przedstawiam Wam dwie wersje mojej wycieczki do Amberu.

Wersja krótka:
bawiłam się świetnie.

Wersja
dłuższa, pełna spojlerów

Bohaterowie:
zdziwiło mnie to, jak
właściwie niewiele charakteru mają bohaterowie w „Dziewięciu
książętach…”. No bo tak: poznajemy Corwina i on akurat ten
charakter ma – głównie dlatego, że po pierwsze jest równocześnie
narratorem, a po drugie, z tym powiązane, śledzimy non stop to, co
robi. Trudno się wtedy nie zorientować, jaki jest. A jaki jest?
Pyszny, to na pewno. Pewny siebie, aż za bardzo. Sentymentalny.
Niepewny nie tylko tego, kim jest i co potrafi (poznajemy go w
klinice, kiedy budzi się z częściowym zanikiem pamięci), ale
też co zrobiły z nim ostatnie lata – odstaje nie tylko od tego,
jak pamiętają go inni, ale i od paru swoich wyobrażeń o sobie.
Ironista, mimo wszystkich zapewnień o przemianie pozostaje okrutny,
strasznie mu się podoba, że
jest taki, pozwolę sobie użyć tego słowa, wypasiony (wszystko się
na nim szybko goi, kobiety do niego lgną, wrogowie boją, silny jest
jak tur, podoba się sobie w lustrze, a do tego sprytny z niego lis,
przynajmniej we własnym mniemaniu). Ale
co z innymi? Eryk jest tym złym bratem, co to chce
opanować tron. Random to cwaniaczek z resztkami przyzwoitości
trzymanymi w najgłębszej kieszeni. Flora jest sprzedawczykiem.
Bleys ma dużą armię i chce opanować tron. Deirde
stara się ucieć z Amberu. Caine
siedzi w kieszeni (strasznie dużo metafor z kieszeniami) u Eryka.
Gerard pozwala flocie Corwina płynąć do Amberu. Llewella mieszka w
Rebmie. Julian siedzi w
lesie z koniem i psami. Benedykt, Brand, Fiona – to zagubione
pozostałe rodzeństwo, ale wiemy, że Benedykt jest świetnym
szermierzem i wszyscy go cenią. I… I to właściwie wszystko.
Zamiast charakteru, bohaterowie mają opisane w detalach stroje
(proszę Was, kto by dzisiaj wydał utwór, w którym dwie strony
zajmuje detaliczne wyliczenie kto co i gdzie nosi, i w jakim
kolorze?) i wiemy,
jak też nienawidzi ich Corwin (w skali: śmiertelnie – standardowo
– tak sobie – nawet ich lubi – kocha, chociaż nie bardzo wie
czemu i po co). 
A
dla czytelnika nie znającego cyklu, czy to źle?
I
tak, i nie. Bo jeśli chodzi o bohaterów, to „Dziewięciu
książąt…” raczej nowego czytelnika nie zafrapuje, chyba że
tak jak ja złapie się na ten nie do końca powalający urok
Corwina. Ale z drugiej strony, to jest początek cyklu, wiemy, że
coś będzie się działo dalej, niektóre postaci wprowadzone są
tylko po to, żeby zaznaczyć, że wrócą, zaciekawić (scena z
pojawieniem się Branda), wciągnąć w czytanie dalej: czy
zagubione rodzeństwo żyje? Czy zostaje odnalezione? Jak ułożą
się stosunki między braćmi i siostrami? Tylko,
powiem szczerze, ten detaliczny opis kto jest jak ubrany nadal mi
zgrzyta.
 Poza tym Zelazny tak pięknie gra z tym motywem, że świat(y) jest różnorodny.
Bo pewnie, że w odpowiednim momencie możemy wychwycić chwilę, w której
niebo jest różowe. Nie trzeba nawet gonić do Amberu. Wszystkie krajobrazy stąd.
 

Akcja:
Jakaż to jest piękna
telenowela! Sami zobaczcie: oto jeden z wielu członków rodzeństwa
budzi się w szpitalu. Ma ogromne dziury w pamięci. Ktoś go
podtruwa narkotykami. Ale na szczęście ucieka. Dociera do swojej
złej siostry. Ta chce go wydać bratu, ale udaje, że wcale nie.
Przybywa kolejny brat, ścigają go źli osiłkowie. Uciekają.
Spotykają kolejną siostrę, którą więził inny brat. Ten brat
jest zły, chce schedy po ojcu dla siebie – ale umówił się z
jeszcze innymi braćmi, że jak go poprą, to trochę im odstąpi.
Tworzą się stronnictwa, gdzie obiecuje się majątek temu, kto
zostanie poplecznikiem danego brata. Wtem
– scena łóżkowa:

Wziąłem
ją w ramiona i znalazłem zapinkę szaty skrywającej słodycz jej
wdzięków. Jej ciało było miękkie i uległe, a włosy zielone. Na
tej kanapie dałem jej obiecaną balladę. Jej usta odpowiadały mi
bez słów.
[cytuję
z tego wydania Zysku z tego roku, s. 67]

A
potem walki na śmierć i życie, oślepienie, lochy, życiowe
decyzje, dramatyczne koronacje, podstępna ucieczka i ukrywanie się.
Prawda, że gdybyśmy tam podstawili inne imiona, to dostalibyśmy
telenowelę? Ależ oczywiście. Tylko że mam wrażenie, że to jest
wszystko założone z góry. Cykl o żądnych władzy Amberytach to
jest telenowela fantasy. No to jaki mam problem? Ano taki, że w tym
pierwszym tomie jednak opisy są dość słabe (te różanopalce
wschody słońca, rozumiecie) i momentami musiałam sama sobie
przypominać, za co tak lubię i cenię ten cykl. Zaskoczyło mnie,
że jednak ten tom pierwszy nie jest wcale aż taki dobry, jak
zapamiętałam. 
A
dla czytelnika nie znającego cyklu, czy to źle?
Mam
wrażenie, że, znowu, i tak, i nie. Bo trzeba wyłapać tę
konwencję telenoweli i w niej „Dziewięciu książąt…”
czytać, a wtedy zabawę mamy doskonałą, bo niekiedy ironiczny, a
niekiedy sentymentalny Corwin-narrator świetnie się nam tu
wpasowuje. Ale dla osób
wyczulonych na niezbyt powalające kunsztem opisy przebrnięcie przez
niektóre pasaże tekstu może stanowić niezłą trudność do
pokonania. Normalnie jakbyśmy szli przez Wzorzec. A jak już przy
Wzorcu jesteśmy, to…
 

Świat:
Póki akcja dzieje się na
Cieniu-Ziemi, pal licho. Ale potem! Uwielbiam – i to się nie
zmieniło – pomysł Zelaznego na świat. Jedną Substacją, tym, co
istnieje naprawdę, jest Amber. Wszystko inne rodzi się z cieni,
które rzuca to miasto-państwo. A więc im bliżej Amberu, tym
podobniej do prawdy, im dalej, tym mniej. Członkowie rodu
królewskiego mogą poruszać się przez Cienie by docierać do
Amberu i z powrotem. Mogą z nich wyławiać potrzebne elementy,
kształtować je z pamięci, podróżować przez absolutnie
fantastyczne światy, gdzie to, że tyranosaur przebiegnie ci przed
samochodem, nikogo nie zdziwi. Stwarzać
nowe światy, wyciągać z cienia fantasmagoryczne zwierzęta, być
królami innych państw. Jasne, że każdy chce być królem Amberu,
bo Amber jest prawdziwy, ale czasami dla rozgrzewki popanują sobie
gdzieś w pobliżu. W Cieniach są wszystkie możliwości, wystarczy
po nie sięgnąć. Przy czym
całą tę konstrukcję utrzymuje Wzorzec, wyrysowany kiedyś przez
szalonego starca, który
stworzył też wizerunki rodziny królewskiej, wyglądające jak
tarotowe atuty, które służą im do komunikacji, działając przez
Cienie. Zresztą odległość
w Cieniach jest dwojaka: taka mierzona przestrzenią, ale też
właśnie możliwościami. Bo i Cienie rzucają kolejne Cienie. Och,
uwiodła mnie ta koncepcja i wybaczam „Dziewięciu…” wszystko,
nawet te opisy, za tę magię! 
A
dla czytelnika nie znającego cyklu, czy to źle?
Tu
nie ma nic złego. Jest tajemnica, jest pewna teoria, która się
dalej przedzierzga w coraz bardziej zapętloną intrygę, są
delikatne sugestie i ulotne opisy (Tak! Partie opisowe podróży
przez Cienie są doskonałe!). I
jeśli nie uwiedzie kogoś ten pomysł, to już cykl o Amberze może
być u niego na straconej pozycji.
 

Szczerze
mówiąc nie wiem, czy to jest wszystko, co chciałam napisać. Bo z
jednej strony bardzo mnie uradował powrót przez Cienie do Amberu i
czytając bawiłam się świetnie. Z drugiej, nieco mnie zawiodły
opisy, ta detaliczność (powtarzana!) w opisie wyglądu kolejnych
sióstr i braci, ale też uderzyło mnie, jak w tym pierwszym tomie
instrumentalnie traktowane są kobiety. Moire, władczyni Rebmy
(swoją drogą Rebma to odbicie Amberu – czy w tłumaczeniu nie
trzeba by tego oddać, na przykład dodając końcówkę fleksyjną
na początku, nie na końcu słowa?), ma do powiedzenia ze dwa słowa,
zanim ulegnie bohaterowi. Siostry są zwykle głupie, a jak nie
głupie, to trzeba je ratować. Wiem,
co będzie dalej, więc tu zarzut na razie podtrzymuję, ale przy
lekturze kolejnych części muszę zweryfikować, jak to jest
rozgrywane i bardzo jestem ciekawa, co też z tego wyjdzie.

Ale
i tak, powtórzę po raz kolejny, niczym autor opis stroju bohatera,
to jest taki piękny cykl! I jak to dobrze, że wyszło to
wznowienie. Jak przyjemnie jest mieć, póki co połowę tomów, w
jednym miejscu. A książka wędruje do kategorii książki z dzieciństwa (szeroko pojętego).
 
 

_________________

Życzę
Wam, tak w ogóle, bardzo przyjemnej majówki! Mam nadzieję, że
tam, gdzie jesteście, pogoda dopisuje i macie dobrą książkę pod
ręką. A jutro będzie zestawienie tematyczne, ale nie pod święto.
Ot, takie akurat wpadło mi na myśl i pomyślałam: czemu by nie
jutro? Więc będzie jutro.

14 thoughts on “Sentymentalna podróż przez Cienie albo o „Dziewięciu książętach Amberu” R. Zelaznego

  1. Mnie właśnie najbardziej pociągają te podróże przez Cienie! Podobnie jak w życiu – mamy jakieś wyobrażenie czegoś (świata idealnego) i tworzymy sobie cień tego zawsze i wszędzie. No dobrze, pewnie nie ma co dorabiać ideologii tylko zwyczajnie przeczytać i….. kiedyś wrócić do lektury Amberu. A bohaterowie? W końcu i tak wszyscy żyli długo i szczęśliwie!

    1. Och tak, w sumie to da się ten koncept Cieni i jednego prawdziwego świata rozpatrywać na kilku różnych płaszczyznach odniesień :). No i nie powiedziałabym, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie, bo jednak i "długo", i "szczęśliwie" w przypadku książąt Amberu jest dość kłopotliwym stwierdzeniem ;). Ale zdecydowanie warto czytać Amber po raz kolejny, to prawda :).

  2. Wczoraj skończyłam drugi tom "Kronik…" (czyli tak jakby tomy 6-10…) i chociaż podobał mi się okrutnie, to jednak pierwszych pieć części bardziej mi przypadło do gustu. Corwin bardziej działa na wyobraźnię niż jego potome k:)

    1. Naprawdę? Mam oczywisty sentyment do przygód Corwina, ale pomysł Zelaznego na Merlina podoba mi się wybitnie (cała sprawa z Ghostwheelem, pochodzenie Merlina, no i to że odziedziczył po ojcu ironiczne podejście, ale jednak jest nieco sprytniejszy ;)). Poza tym w "Kronikach Merlina" jest jedna z moich ulubionych scen literaturze w ogóle (czyli ta w barze przy dźwiękach jazzu i z Kotem z Cheshire ;)). Już się nie mogę doczekać, kiedy przyjdzie do mnie ten drugi tom. A w międzyczasie czytam sobie dalej o Corwinie. Swoją drogą szkoda, że nie udało się Zelaznemu napisać ciągu dalszego, prawda?

    2. Prawda. Co do historii Merlina to całość wypada wg mnie słabiej ze względu na ostatnią część. Jakaś taka zbyt chaotyczne jest dla mnie. Choć fakt, wprowadzenie Ghostwheela było świetnym posunięciem 🙂

    3. No właśnie, ale ostatnia część nie miała być ostatnia, z tego, co się orientuję, więc ten chaos, nomen omen, jakoś pewnie by się dalej wyjaśnił. Przynajmniej tak podejrzewam, bo jednak Zelazny podejmował wątki, które rozrzucał po innych tomach.

  3. Teraz to czuję niepokój. Muszę sięgnąć po to nowe wydanie, bo wspomnienia z lektury mam bardzo odmienne. Owszem, Zelazny mistrzem opisów nie był (albo nie był nim jego tłumacz), przez co zawsze miałam niedosyt Amberu. Ale z telenowelą jego cykl nie kojarzył mi się nigdy. Za mało w nim sentymentalizmu, wątki miłosne to ledwie epizody, a i świat jest raczej okrutny niż wyidealizowany.

    Z kolei ta niedookreśloność bohaterów opłaci się później: jako czytelnicy nie znamy ich, więc nie wiemy, na co ich stać; nie potrafimy przewidzieć, kto zdradzi, a kto okaże się zaskakująco porządnym człowiekiem. Dzięki temu fabuła potrafi zaskoczyć do samego końca.

    A, i zgadzam się co do sióstr. Rzeczywiście bohaterowie męscy wyszli Zelaznemu ciekawsi i przede wszystkim bardziej aktywni. Przypadłość wielu autorów fantasy, niestety.

    1. Sięgnij, sięgnij, z chęcią na bieżąco porównam odczucia :). Prawda, że tom pierwszy ma innego tłumacza niż pozostałe i mam wrażenie, że część dowcipnych komentarzy jest poucinana i opisy też na tym cierpią. Tyle że opisy dotyczące Cieni — nie. Stąd mam wrażenie, że tam jest problem z takimi opisami postaci przede wszystkim. Nie ze światem. Natomiast co do bohaterów — też się zgadzam, że to dobrze, że nie mamy wszystkiego (poza ich strojami) od razu wyłożonego na stół, tyle że niektóre informacje nie pokrywają się z rzeczywistością i to mnie martwi (na przykład czemu Corwin tak ufa Gerardowi).

      Natomiast dla mnie ten cykl bardzo przypominał telenowelę: tam się ciągle ktoś mierzy z kimś wzrokiem, posyła spojrzenia i przeszywa nimi na lewo i prawo ;). Natomiast sentymentalizmu jest u Corwina mnóstwo — im bardziej podkreśla, jak go mało, tym więcej (a w wątkach miłosnych widać to szczególnie — ale to już raczej dalej, w pierwszym tomie dostajemy w sumie tylko ten z Moire). Także w sumie zgodziłabym się z tym, że jednak to jest trochę tak, że wszystko zależy od tego, co przyjmiemy za wyznacznik telenoweli.

    2. Mnie telenowela kojarzy się raczej z dominującym wątkiem miłosnym. Ewentualnie z wątkami rodzinnymi, ale takimi w rodzaju zdrad małżeńskich, synów marnotrawnych, podmienianych dzieci (nie z walką o władzę królewską w każdym razie). A przede wszystkim kojarzy mi się z czymś, co nieustannie rozgrywa się w najwyższym rejestrze emocjonalnym. Gdybym miała podać pierwsze skojarzenie dotyczące cyklu Zelaznego, wskazałabym raczej na lekką powieść historyczną w rodzaju "Królów przeklętych" Druona (nawet ten podział na dużo cienkich tomów jest podobny). Chyba rzeczywiście zajrzę do "Kronik" raz jeszcze. Swoją drogą, planujesz może ponowną lekturę kolejnych części? Ciekawa jestem, czy Twoje wrażenia się zmienią!

    3. A mnie się wydaje, że chodzi właśnie o to natężenie emocji (a przyznasz, że gdyby liczyć czasowniki wyrażające emocje, to tych "mocnych" w "Kronikach…" się trochę znajdzie), związane z pewnym dążeniem do realizacji namiętności: albo dosłownie, albo w momencie, kiedy namiętnością jest coś innego, na przykład władza. Ale też w sumie i zdrady, i synowie, i podmieniane dzieci nawet się w cyklu znajdą przecież. Nie licząc utrat pamięci, nagle odnajdywanych krewnych, przypadkowych i nieprzypadkowych incestów i tak dalej ;). Przy czym wcale nie neguję skojarzenia z Druonem (ta interpretacja też mi się podoba).

      Tak, właśnie dzisiaj skończyłam czytać "Karabiny Avalonu" i zaraz zabieram się za trzeci tom. Ale myślę, że nie będę już pisała o kolejnych tomach osobno, tylko napiszę zbiorową długą notkę o "Kronikach…" (przy czym jeszcze nie wiem, czy osobno o Kronikach Corwina, a osobno Merlina, czy raczej już w ogóle o całości). Sama jestem ciekawa, jak to wyjdzie — bo już widzę, że niektóre wątki zapamiętałam zupełnie inaczej niż to jest w książkach. O wrażeniach nie wspominając :).

    4. No, nie wiem, bohaterowie "Kronik" nie zapisali mi się w pamięci jako szczególnie sentymentalni czy targani namiętnościami, bardziej jako wyrachowani pragmatycy walczący o władzę albo przynajmniej o przetrwanie. Nawet w tych wątkach nie było chyba aż takiej emocjonalnej dramy jak z telenoweli. Języka – przyznam – prawie nie pamiętam, poza tymi nieszczęsnymi opisami. Muszę to zweryfikować przed Twoją następną relacją z Amberu. 🙂

    5. Mam wrażenie, że u tych bohaterów widać i jedno, i drugie. Bo jasne, liczy się władza i życie — dlatego oni ciągle grają w te przeróżne polityczne machinacje: komu ufać, komu nie ufać, z kim zawrzeć sojusz, kogo wziąć podstępem, z kim się napić wina — ale te wątki w stylu "ona mnie naprawdę kocha", "nie chciałem jej kochać, jeszcze nie wtedy", "lubiłem ją bardziej niż mi się wydawało", "był moim bratem, nienawidziłem go", "zależało mi na niej", "była to miłość pary weteranów" (wszystko mniej lub bardziej dosłowne cytaty ;)) też tam są. One są, jak zauważyłaś, nie takie znowu duże i często na drugim planie, więc mniej zapadają w pamięć, ale są :).

    6. Tak ciekawie piszesz i dyskusja rozwinięta, że się chyba skusze. Zwłaszcza, że mnie ciuchy opisane do ostatniego guzika (albo i kieszeni) aż tak nie wadzą. A koncepcja świata ciekawa. W razie czego przeskoczę nad dylematami uczuciowymi, choć w sumie telenowelicznośc nie jest zła, gorzej na mnie działa jojczenie plus wielkie rozkminy moralno-etyczne.

    7. Oj, to spokojnie: wątków miłosnych aż tak dużo nie ma, telenowelowatość formy polega zdecydowanie na wykorzystywaniu pewnych chwytów z innych nieco niż miłosne rejestrów, a jojczenia i rozkmin właściwie nie ma (albo są w formach śladowych — dokładnie takich, które są strawne). Także jeśli wciągnie Cię świat (a jest cudny i nie przestaję się od lat zachwycać pomysłem i wykonaniem) to powinno Ci się spodobać. Koniecznie daj znać, jeśli przeczytasz, jak wrażenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *