Rzeczywistość i inne nieszczęścia albo o Pierwszych Kronikach Amberu

 
Nikt nie kradnie książek oprócz przyjaciół.
R. Zelazny, „Karabiny Avalonu”, s. 264.
 
Dawno nie było wpisu z okazji urodzin jakiegoś pisarza, a dzisiejsze podpasowały mi szczególnie, bo i tak miałam zamiar napisać więcej o jego sztandarowym dziele. A zatem po pierwsze: dzisiaj urodziny Rogera Zelaznego! A po drugie: skończyliśmy wraz z Domownikiem czytać „Pierwsze Kroniki Amberu” – ja dla powtórki i obserwowania reakcji kogoś, kto z cyklem nie miał do czynienia, Domownik – po raz pierwszy. A że czytaliśmy na głos, doświadczenia wyniesione z lektury są szczególnie dla mnie cenne.

 
Pisałam niedawno o pierwszym tomie „Dziewięciu książętach Amberu”. Wyprawa do
świata (czy właściwie światów), które stworzył Zelazny
pozostała dla mnie niesamowitą frajdą, ale nie byłam już tak
bezkrytyczna jak kiedyś i powyciągałam z fabuły i sposobu pisania
kilka rzeczy, co do których nie jestem przekonana. Mimo wszystko
zaraz po zamknięciu „Dziewięciu…” mój Domownik – wówczas
jeszcze rekonwalescent pogrypowy – narzekający co jakiś czas, że
ech, że ten Corwin, zakrzyknął, że jakże to tak, on musi
wiedzieć co dalej, czytamy! Co mnie rzecz jasna ucieszyło szalenie,
jako że sama chciałam dalej sobie poprzypominać, co będzie, a do
tego wspólna lektura jest strasznie fajnym przeżyciem (o czym
jeszcze będzie dalej).

Pomyślałam w
związku z tym, że zrobię wpis podsumowujący wrażenia z powtórki
Pierwszych Kronik Amberu. I teraz tak: będą spojlery, ale i będzie
ton zachęcający. Spojlery osobno oznaczę, żebyście na nie nie
powpadali bez uprzedzenia. Ogólnie jednak wpis jest również dla
tych, którzy nie znają cyklu o Amberytach, a chcieliby. Także:
zaczynamy! Jeśli nie wiecie do końca, z czym to się je, to
bardziej wstępie pisałam o tym tutaj. A jeszcze dla porządku
nadmienię, że „Pierwsze Kroniki Amberu” to pięć niezbyt
grubych tomów o wdzięcznych nazwach „Dziewięciu książąt
Amberu” (bez księżniczek, cóż), „Karabiny Avalonu”, „Znak
Jednorożca”, „Ręka Oberona” i „Dworce Chaosu”. 
 
 
 Zamiast ilustracji będą cytaty. Nie mam nic przeciwko tłumaczeniu, wręcz przeciwnie,
ale pomyślałam, żeby poszperać w cytatach z oryginałów. Ten z „Dziewięciu
książąt Amberu”.
 

Powód pierwszy: 
Nie wiem, jak się nazywam ani kim jestem, ale nie szkodzi – czyli
bohaterowie cyklu
Całość kręci się rzecz jasna wokół królewskiej rodziny z
miasta-państwa Amber, które leży w środku wszystkiego (co jest
niezachwianym aksjomatem dla wszystkich Amberytów, póki się nie
okaże, że nie warto się przywiązywać do żadnych aksjomatów;
serio, do żadnych). Amber jest prawdziwy, wszystko inne to tylko
echa rzeczywistości, Cienie, które rzuca (zresztą myślę, że ta
nazwa nie jest zupełnie przypadkowa: bursztyn też jest złoty,
półprzezroczysty, zawiera w środku echa innych światów, które
kiedyś były – tu nawet to porównanie idzie w dwójnasób dalej,
bo mamy jeszcze rodzinny artefakt, Klejnot Wszechrzeczy, w którym
też odbita jest podstawa Amberu, Wzorzec). Królewska rodzina Amberu
potrafi kształtować te Cienie – nie wiadomo, czy to dlatego, że
one jakoś odbijają ich jaźń, czy dlatego, że mają specjalne
zdolności, czy z innych powodów – i chodzić przez nie,
odkrywając i zamieszkując coraz to nowe światy, które dopasowują
z grubsza do swoich potrzeb. To, że nie wiedzą, jak działa
mechanizm, nie spędza im snu z powiek. No, w każdym razie nie
wszystkim. Rodzina Amberu jest stara, tak stara, że dzieci
niespecjalnie wiedzą, kto był przed ich ojcem, królem Oberonem.
Dobry wybieg, chociaż przez to wszystkie dziwne zakręty fabuły
można kwitować wzruszeniem ramion i myślą „ach, w końcu to
Amberyci, nawet nie wiedzą, kto jest ich dziadkiem”. Przy czym jak
już przebrniemy przez detaliczne opisy kroju i szycia oraz nauczymy
się grupować bohaterów według koloru włosów (co symbolizuje
najbliższe podobieństwo – bracia i siostry bowiem mają tego
samego ojca, ale wiele matek), przychodzi czas na ich specyfikację
charakterologiczną.

Najbliższej oczywiście pozostajemy z Corwinem, głównym bohaterem
i narratorem „Pierwszych Kronik…”. Jest on po szelmowsku
uroczy, ale i momentami przesadnie seksistowski (dajcie spokój,
każda kobieta nie z rodziny, wprowadzona do cyklu, musi się z
Corwinem przespać albo usłyszeć jakąś okołoflirtującą uwagę
– z wyjątkiem Alice Roth, która dostaje jedną linijkę dialogu,
ale godną założenia fanklubu). Corwin jest tym typem, którego
nazywa się untrustworthy narrator
przyznam szczerze, że nie do końca wiem, jak taki termin oddaje
nasze rodzime literaturoznawstwo: narrator niegodny zaufania? Och,
Corwin jest – jak cała zresztą rodzina – zupełnie niegodny
zaufania (co może Was doprowadzić do paranoi podobnie jak nas i
stawiania pytań: „on na pewno jest kimś innym!”, „czemu on to
zrobił? Na pewno jest kimś innym!”, „czy to on? A może jego
Cień?”, „e, na pewno przeżył, pewnie zginął/zniknął/uciekł
ktoś inny!”, „na pewno
tylko nam się tak wydaje, podczas gdy ten ktoś knuje sprytny plan!”
oraz nieśmiertelne, powtarzane w naszym domu co dwie strony „co
on/a knuje?!” tudzież „ale kto to jest?!”), co
okazuje się w zwieńczeniu całej historii. Ale może o budowie
cyklu za chwilę, wróćmy do postaci. No więc Corwin – Zelazny z
uporem buduje nam postać człowieka z przedziwnej rodziny, właściwie
nieśmiertelnego, dekadenta z prawdziwego zdarzenia, co to i z
Napoleonem był pod Borodino, i z van Goghiem omawiał dziwności
świata, i na bale w Paryżu u schyłku belle epoque chadzał (gdy
zesłano go do naszej rzeczywistości), sentymentalnego potwornie,
lubującego się w
egzaltowanych pozach, ale i z humorem umiejącego tę pozę rozbroić
– jeśli mu się chce. Może
nas zatem denerować od czasu do czasu ten wylewający się ze stron
patos, ale on jest świetnie wpisany w charakter bohatera.
 
 
 Rozmowa między Corwinem i jego starym znajomym z „Karabinów Avalonu”.
 

Corwin
ma liczne rodzeństwo, z niektórymi poznajemy się lepiej (Benedykt,
najstarszy, ale wykoszony z kolejki do tronu przez dziwne zbiegi
okoliczności, jakie spotkały najstarszych, nieżyjących już braci
– w sumie chyba taki Amberyta, którego da się lubić, jeśli się
zapomni, że przez wieki obserwował bitwy w Cieniach, nierzadko
zmieniając Cień o milimetr, żeby zobaczyć, jakie rozstrzygnięcia
będą miały przy niewielkich zmianach, jak to ujął mój Domownik
„całkiem sympatyczny, jeśli się nie weźmie pod uwagę, że
stuleciami oglądał z ciekawości mordujących się ludzi” – czy
w każdym razie jakieś humanoidy), z innym aż za dobrze (jak cudnie
jest skonstruowany „ten zły” całości, na początku wydaje się,
że no aż taki zły to on być nie może, a potem myślimy sobie, że
biedny jest, potem zaczynamy nabierać przekonania, że to szalony
psychopata, a potem już spodziewamy się wszystkiego najgorszego,
przy okazji dając się kilka razy wkręcić i popatrując na inne
postacie z dużą dozą podejrzliwości), z niektórymi przez
charakterystykę, powiedzmy, behawioralną (ach, Gerard – duży,
silny, lubi sobie kogoś zawiesić nad przepaścią, ale wszyscy go
lubią i mu ufają; nie doszliśmy do żadnych konstruktywnych
wniosków, czemu – być może dlatego, że uważają, że taki
osiłek nie jest aż tak chytry, by im zaszkodzić) albo
kolorystyczną (Caine i Julian to są w sumie postaci z atrybutami:
ten na morzu, tamten w lesie, mają zalążki charakteru, ale nie za
dużo czasu, by je rozwinąć) albo wcale ich nie poznajemy (no,
postaci kobiece są niestety słabe – najwięcej charakteru ma
Fiona, Flora to tylko knująca kunktatorka, Deirde dama w opresji z
mroczną tajemnicą, a Llewella robi za obiekt dziwnych spojrzeń i
zastanawianie się nad ścieżkami, którymi podążały myśli ojca
Oberona).

Ale oprócz tych postaci rodzeństwa
mamy jeszcze kilku dodatkowych Amberytów wyskakujących co jakiś
czas dość niespodziewanie, mamy całych
dwóch dworzan (z czego Rein znika po tomie pierwszym i zostaje raz
wspomniany, a drugi okazuje się być strasznie podejrzanym typem),
mamy szalonego maga Dworkina (to jest dopiero tajemnicza postać –
i to pisana tak, że nie wiemy, czy cokolwiek z tego co mówi jest
prawdą, czy tylko owocem szaleństwa) i
randomowych lokajów i ordynansów, którzy nie zostają nam nawet
przedstawieni z imienia. Tego tła ludzkiego szkoda, bo o ile światy
zostają opisane sugestywnie i interesująco, o tyle ludzie – z
rzadka.
 
 
 

A propos nawiązań do Szekspira, tu akurat w „Znaku Jednorożca”.
 

Powód
drugi: 
Nie wiem, o co chodzi, ale chyba nie jest tak, jak mówią –
czyli intryga
Wszyscy chwalą, więc trochę
pochwalę i ja na tę samą modłę: sprytnie to Zelazny wymyślił,
że zaczynamy od bohatera, który budzi się w szpitalu, ma częściową
amnezję i nie orientuje się w sytuacji, ale zachowuje się, jakby
się orientował, bo w innym razie prawdopodobnie nie dożyłby do
drugiej strony. I w sumie z czytelnikiem cyklu jest bardzo podobnie.
Warto co jakiś czas zrobić sobie przystanek i zrekapitulować, co
się dzieje i jaka wersja wydarzeń jest aktualnie obowiązująca. W
dodatku Zelazny zrobił tu przepyszny manewr: to znaczy od początku
pewne rzeczy mamy jako dane i wokół nich budujemy swoje rozumienie
świata i akcji (tak samo zresztą jak nasz narrator), po czym wraz z
upływem czasu okazuje się, że to wcale nie były dane, a szukane i
że wszystko można – i to kilka razy – poodwracać w różnych
kierunkach. W dodatku autor
funduje nam nie raz i nie dwa jazdę bez trzymanki i to tuż po tym,
jak mądrze skiniemy głową na zasadzie „aaaa, o to idzie!”.

Pięknie
to jest wszystko poprowadzone. Nie do końca widzi mi się ewolucja
bohaterów, bo jest robiona albo
trochę deus ex
machina
(Random) albo oznajmiana
czasami na wyrost (Corwin). Ale jak się rozwija akcja, to jest
majstersztyk. Może ze dwa razy zastanawiałam się, jak to jest
możliwe, że coś się stało tak, a nie inaczej (na przykład przy
przejściu Wzorca – takiego miejsca, które umożliwia Amberytom
okiełzać możliwość chodzenia przez Cienie – raz zaznacza się,
jak ważne, by nawet przy upadku utrzymać stopy na linii, w innym
miejscu bohater zdaje się w dramatycznych okolicznościach zupełnie
nie przywiązywać do tego wagi), ale ogólnie Zelazny trzyma się
prawideł świata, jakie napisał. A to są prawidła strasznie
chimeryczne, ale zamierzenie.

Tyle że inny mam tu problem:
mianowicie o ile od razu widać, że intryga była wcześniej
starannie zaplanowana, o tyle niektóre dodatki poboczne są jakby
pisane ad hoc (na
zasadzie: „o, nie mówiłem o tym wcześniej? A to szkoda, ale tak
jest”). Oczywiście może to być skutek wybrania tego niegodnego
zaufania narratora, ale miejscami sprawia wrażenie dosztukowywania
realiów. I o ile ta główna nić jest przeprowadzona konsekwentnie
od A do Z, o tyle właśnie wątki poboczne czasami giną (co się
stało z dworem Amberu?). Zelazny
wykorzystuje wszystko, co wpisał w świat: a więc i różne
perspektywy czasowe, i zmienne mentalności bohaterów, którzy żyją
przecież od setek lat i niejedno widzieli, i rozpięcie
mechaniki świata między Amber-Porządek i Chaos-No, Chaos. Przy
czym to wcale nie są takie proste przeciwstawienia, jak się może
wydawać, bo ten Porządek wcale nie jest na zupełnie odwrotnym
biegunie niż Chaos i wcale taki porządny nie jest. Doskonale
ujmuje to spotkany przez Corwina Szakal, mówiący, że w środku
Amberu mamy zupełnie chaotyczną rodzinkę, a w Dworcach Chaosu
poukładanych, stabilnych władców.

W dodatku
Zelazny nie przegaduje cyklu. To znaczy odsłania nam pewne
podkładki, na których świat funkcjonuje, ale żebyśmy wiedzieli
jakoś bardzo dużo, to nie można powiedzieć. Ale czemu się
dziwić, sami bohaterowie wiedzą nie za dużo, a ci, którzy wiedzą
i tak nam nie powiedzą, bo jeszcze byśmy to wykorzystali przeciwko
nim. Dlatego w sumie
najdziwniejsze rzeczy, jakie się zdarzają w Cieniach, są doskonale
wytłumaczalne przez przeróżne paradygmaty obecne w Amberze i w
Cieniach, co więcej w pewnym momencie doskonale zdajemy sobie
sprawę, co może nas czekać: wszystko. Dosłownie: wszystko.
 
 
 Zwłaszcza przy takiej rodzinie. „Ręka Oberona”.
 

Powód
trzeci:
 
 Cały
świat jest sceną, a przynajmniej ten kawałek, który widzę –
czyli nawiązania
(i tu zaczyna się Cień zwany
Wielkie Spojlery, porzućcie nadzieję i tak dalej)
W sumie można sobie czytać cykl bez wnikania w nawiązania, ale
traci się wtedy, mam wrażenie, trochę zabawy. Zelazny początkowo
pisze „Dziewięciu…” jak telenowelę, rozpinając bohaterów na
ramie gigantycznych, łatwo przekraczalnych uczuć, każąc im rzucać
strasznie pompatyczne uwagi i generalnie uderzając w tony dobrze
znane z emocjonalnych widowisk tego typu. Zresztą, rozmawiałyśmy o
tym z Alicją z Gryzipióra pod notką o „Dziewięciu…”, więc
moje stanowisko już znacie. Ale im dłużej się czyta, tym bardziej
można dojść do wniosku, że autor celuje też w nieco inne (choć
poniekąd pokrewne) skojarzenia: w te wielkie intrygi Szekspira, jego
krwawe rodziny, konflikty podszyte egzystencjalnym dramatem. I wcale
się z tym nie kryje.

Takich metazabiegów, które nam pokazują stanowisko autora, jest w
„Pierwszych Kronikach Amberu” kilka. W najlepszym moim zdaniem i
najgęstszym tomie, „Ręce Oberona”, mamy na przykład w
podziemiach, gdzie kiedyś siedział Corwin, strażnika o imieniu
Roger, który zagadnięty, co porabia, odpowiada:

Piszę filozoficzną powieść z elementami grozy i szaleństwa.
Nad tymi momentami pracuję właśnie tutaj.
[…]
Będzie miała szczęśliwe zakończenie? – zainteresowałem
się [mówi Corwin].
Wzruszył ramionami.
Ja będę szczęśliwy.
To znaczy, czy dobro zwycięży, a bohater pójdzie do łóżka
z bohaterką? Czy raczej wybijesz wszystkie postacie?
[samo się prosi o komentarz – dop. Pyza]
To niezbyt uczciwe.
Nieważne. Może kiedyś przeczytam tę powieść.
Może – odparł.
[cytuję z nowego wydania Zysku, s. 443]

Prawda, że cudowne? Takie drażnienie się autora z czytelnikiem
zupełnie bezpośrednio: może będzie tak, może inaczej. Ba, nawet
nie tylko z czytelnikiem, ale i z samą główną postacią! W
dodatku ta „filozoficzna powieść z elementami grozy i szaleństwa”
doskonale tutaj pasuje. Bo Zelazny nie skąpi też rozważań
filozoficznych i psychologicznych (w końcu Corwin leczył się
kiedyś u samego Freuda, ha), ale to może temat na kiedy indziej, bo
podejrzewam, że na notkę tej długości co najmniej. 

No, ale wróćmy do Szekspira. Bo są one zarówno dosłowne, w samej
warstwie tekstowej (Brand zwracający się do jednego z braci
„dobranoc, słodki książę” – zresztą zupełnie świadomie,
ci bohaterowie wiedzą, że rozpisuje się ich na Szekspirowskie
ramy, a samoświadomy bohater literacki to jest pyszna sprawa), jak i
w bardziej formalnej. Bo zwróćmy uwagę chociażby na Oberona –
jasne, imię wzięte ze „Snu nocy letniej”. Oberona ze „Snu…”
i z Amberu łączy kilka spraw: swobodny promiskuityzm, pełniona
funkcja. W dodatku amberycki Oberon ujawnia się właśnie tak samo:
w tomie pełnym nocy, gdzie krążą zjawy, gdzie pojawia się
odbicie Amberu na niebie, widmowe Tir-Na-Nogth. Bardzo to go zbliża
z Szekspirowskim oryginałem. W dodatku kieruje poczynaniami dzieci
tak jak Oberon ze „Snu…” podpuszczał Tytanię: w końcu to oni
okazują się wcale nie być tacy sprytni, a zapatrzeni w ułudę
swojego pragnienia, jak Tytania w oślogłowego kochanka.

Także właśnie: jeśli pójdziemy tym tropem, to można się
zastanowić, czy aby nasi Amberyci to nie elfy? Takie dość paskudne
z charakteru elfy: długowieczni, regenerujący się władcy innych
ziem, czasem pojawiający się w naszym świecie bez uprzedzenia i
bez wyjaśnień, emocjonalnie chłodni, znikający tak jak rozwiewa
się mgła? No i z ojcem królem elfów, rzecz jasna? Wydaje mi się
to ciekawym tropem. Pięknie tutaj Zelazny wykorzystuje mit i
legendę, odwracając je na nice: to nie człowiek zastanawia się,
kim u licha są te postacie, ale one same usiłują dojść ze sobą
do ładu i odkryć, co właściwie leży u podstaw ich istnienia. No
i nie muszą używać naszych nazw na nich, możemy je sobie
zaklasyfikować jako elfy, ale oni nie muszą się do tego
dostosować, tak jak każde plemię ma swoją nazwę etnograficzną i
taką, której samo używa na określenie siebie. 
 
 
 I jeszcze złota myśl z „Dworców Chaosu”.
 

No dobrze, może tu skończę
(jesteście tu jeszcze?).
Uff,
to notka, która objętościowo przekroczyła
inną
notkę
o cyklu – a konkretnie tą o serii przygód Petera Granta, czarodzieja-policjanta (czy w sumie
raczej policjanta-czarodzieja). Widać taki urok pisania o cyklach. A
mam wrażenie, że tak tylko nadmieniłam co ważniejsze sprawy.

To co, macie ochotę trochę pogadać
o Amberze?

_________________________

Jutro zaś będzie o metaforach i o
rzeczywistości. Trochę w klimatach Amberu, ale tylko symbolicznie.

14 Replies to “Rzeczywistość i inne nieszczęścia albo o Pierwszych Kronikach Amberu”

  1. Niewiarygodny narrator.

    Przyznam, że Amber to jedna z niewielu knig, która mnie pokonała- plan Corwina z pierwszej części był tak bezdennie głupi, że liczył chyba, że braciszek umrze ze śmiechu na jego widok. Poza tym nudzi niemiłosiernie, czytałam testamenty pisane z większą werwą niż te zmagania.

    1. Dzięki :).

      To prawda, to jest plan w rodzaju "zbierzemy wielką armię i pójdziemy na miasto, może się nie zorientują". Tyle że w sumie dla całości ten plan gra w intrydze (z tym że do pierwszego tomu mam w ogóle wiele zastrzeżeń, pisałam o nich dość szczegółowo). Myślę, że w sumie to, co stoi za tym planem, to podpuszczenie czytelnika, że o, nie ma szans, plan głupi, a koronę pewnie zdobędzie. Przy czym te opisy — tu żeśmy stracili tysiąc, a potem przyszło tornado i zabiło trzy tysiące żołnierzy i tak dalej — to też są elementy rozbijania pewnych wyobrażeń o tym, jak wygląda epicka fabuła (w sumie jakby się zastanowić, to z tego planu można by wykroić i ze trzy tomy). Wszystkiego nie bronię — ale myślę, że da się część z tego zinterpretować na korzyść albo przynajmniej w inny sposób :).

  2. Nie czytałam Kronik, ale widzę że powinnam nadrobić. Chociaż mój zapał studzi opis bohaterek.

    1. Koniecznie! W ogóle to wyrosłam w przekonaniu, że Amber jest bardzo popularnym cyklem i że tylko ja jedna nie wiem, co jest dalej (w związku z moją traumatyczną historią przeczytania przez lata tylko dwóch dostępnych tomów;)), a im więcej szperam po sieci, tym bardziej okazuje się, że z tą popularnością nie do końca jest tak różowo. Dlatego będę zachęcała bardzo zawsze :).

      Z bohaterkami jest nie do końca tak, że nie ma absolutnie żadnej istotnej i dodatkowo robiącej z głównego bohatera nie do końca takiego znowu chojraka, ale nie chciałam aż zbyt wielu spojlerów nasadzić, bo to za przyjemne twisty fabularne, a poza tym ta notka i tak wyszła bardzo długa :).

    2. Ja też mam poczucie, że Amber to klasyka którą wszyscy znają i w większości kochają. W końcu nawet system RPG do tego zrobiono :).

    3. Właśnie jest, od lat chcę w to zagrać, ale póki co jeszcze mi się nie udało (ale nie tracę nadziei :)).

  3. Cieszę się, że reszta cyklu ocaliła Twoje dobre wspomnienia z pierwszej lektury "Kronik". 🙂 Muszę jednak bronić Corwina, bo to jest świetnie napisany bohater, który kłóci się nie tylko z tradycyjnymi bohaterami fantasy, ale i z postaciami Szekspira (strzał w dziesiątkę z tymi nawiązaniami!). Gdy go poznajemy, wydaje się Wybrańcem, który stoi po stronie Dobra; potem jest księciem, który ma obalić uzurpatora i pomścić śmierć ojca; potem, gdy wychodzi na jaw jego bezwzględność i pragnienie władzy, sam wygląda na uzurpatora. Niezbyt nadaje się na drogowskaz etyczny, dzięki czemu w ogóle komplikuje się w powieści sprawa Dobra i Zła (darzymy sympatią książąt Amberu, ale czy któregoś z nich na serio interesuje dobro poddanych?).

    Pamiętam, że właśnie niejednoznaczność bohaterów podobała mi się w "Kronikach" najbardziej. Ona i bezczelne pogrywanie sobie z oczekiwaniami czytelnika (wynik bitwy w pierwszym tomie, ostateczny wybór władcy Amberu), dzięki któremu naprawdę ma się poczucie, że w tej książce wydarzyć się może wszystko.

    Odniosę się jeszcze do komentarza wyżej. Otóż mnie też się wydawało, że "Kroniki" są bardziej popularne. A potem zaczęłam obserwować rankingi i nowe kanony fantasy, i zauważyłam, że cykl o Amberze nie pojawia się w nich prawie wcale. Ktoś – chyba Andrzej Sapkowski? – sugerował, że autorowi przyklejono łatkę pisarza science-fiction (nie bez powodu oczywiście), przez co cały jego dorobek bywa hurtem zaliczany do tego jednego gatunku.

    P.S. Nareszcie wiem, skąd spisałam kiedyś ten cytat o kradzieży książek. Dzięki Ci!

    1. Ależ jak najbardziej — i w strukturze samej narracji, i w kreacji bohaterów (przy czym jednak niekoniecznie tych damskich, oprócz może dwóch) Zelazny łamie oczekiwania czytelnika. Co do Corwina, od początku mamy informacje o tym, jak to się zmienił w Cieniu-Ziemi, zostaje więc z nami taka nieprzyjemna myśl "to jaki musiał być wcześniej?". Przy czym z tą sympatią wobec książąt jest trochę tak jak z tym, co pisałam o Benedykcie: niby przyjemny, ale jednak lepiej by się było trzymać od niego z daleka, teoretycznie silny charakter, w praktyce najbliżsi deklarują, że się go boją. Także to jest, mam wrażenie, sympatia trochę wpisana w narrację (kibicujemy Corwinowi, może nas uwieść Random, siła Benedykta bywa imponująca, to ciekawe jak wszyscy ufają Gerardowi), ale niekoniecznie taka zwyczajna, bo przyglądając się bohaterom z bliska można dojść do wniosku, że niekoniecznie byśmy ich chcieli spotkać ;). Jak uważasz?

      A z popularnością Zelaznego — może być tak, jak piszesz, ale nie wiem też, czy on nie nie spełnia przy tym wszystkim takich wyznaczników fantasy dzisiejszej: wiesz, te opisy są albo takie sobie (pierwszy tom), albo bardzo niejednoznaczne i skąpe (pozostałe), w tym sensie jest mało epicki, bardziej gra z konwencją, nie przejmuje się regułami narracyjnymi i tak dalej. Przy czym buszując po sieci w sprawie informacji kto ma prawa do ekranizacji cyklu (och, zobaczyłabym to na ekranie w dobrej realizacji!) odkryłam, że cykl o Amberze jest szalenie popularny w Rosji (i że rosyjski tłumacz zdecydował się na zupełnie inną wymowę imion bohaterów, niż ja ;)).

      Nie ma sprawy, super :).

    2. Uważam, że się z Tobą zgadzam. 🙂 Choć mnie akurat brakuje instynktu samozachowawczego i z Benedyktem chętnie bym się spotkała. Z Corwinem takoż, choć wcale aż tak bardzo mu nie kibicowałam. Dla mnie niezwykły jest ten brak płaszczyzny etycznej. Nikt się w Amberze nie zastanawia, co jest dobre, a co złe. Jest bezlitosna walka o władzę i tyle. A najbardziej niezwykłe jest to, że czytelnik się w tę zastawioną przez Zelaznego pułapkę łapie (no, ja się złapałam) i bez oporów przyjmuje egoistyczną perspektywę bohaterów.

      Ależ Zelazny jest bardzo dzisiejszy! Zdecydowanie bardziej dzisiejszy niż, powiedzmy, Tolkien. Niewiarygodny narrator, gra z konwencją i oczekiwaniami czytelnika, wątek gry o tron, niejednoznaczni bohaterowie, brak jasnego podziału na Dobro i Zło – to wszystko są motywy przewodnie współczesnej fantasy. Zelazny powinien być uznany za jej proroka i naprawdę nie wiem, co poszło nie tak. Skąpe opisy nie są chyba problemem, bo we współczesnej literaturze, hm, rozrywkowej w ogóle odchodzi się od klasycznych, rozbudowanych opisów. W fantasy nie tworzy takich na przykład Glen Cook, którego "Czarna Kompania" mimo upływu lat wciąż jest bardzo popularna (konstrukcją narratora i podziałem na wiele cienkich tomów przypomina zresztą "Kroniki").

      Cóż, mam nadzieję, że pewnego dnia ktoś sobie o Zelaznym przypomni – najlepiej ktoś z branży filmowej (też bym to chciała zobaczyć na ekranie!).

    3. Tam się zagadnienia etyczne w pewnym momencie pojawiają (wędrówka Corwina do Dworców Chaosu w ostatnim tomie), ale trzeba przyznać, że w dość przewrotnej formie. Zresztą cała ewolucja bohatera — i to taka, do której nie mam większych zastrzeżeń akurat — polega na tym, że dojrzewa on do myśli, że w sumie wcale tak tego tronu nie chce ;).

      Natomiast co do "dzisiejszości" Zelaznego — zgadzam się ze wszystkimi Twoimi argumentami, ale mam wrażenie, że to, co opisuje Zelazny jest często trudne do wyobrażenia sobie, a przez to może być mniej "epickie", poza tym on jest bardziej przewrotny formalnie z tego powodu, że zupełnie rozbija pewne nasze wyobrażenia (marsz na Amber armii Bleysa i Corwina to jest wręcz antyteza pewnych sposobów pisania, bardzo do dzisiaj popularnych). Myślę, że to albo to, albo coś jest skomplikowanego z prawami do spuścizny po autorze.

      Swoją drogą miał być kilka lat temu mini serial (chyba produkcji SyFy?), ale nie wszedł w fazę realizacji. Szkoda. Za to ileż wariantów obsadowych można tworzyć na własną rękę ;)!

  4. Z tą popularnością to może być tak, że po prostu już trochę wygasła. Zelaznego to czytali moja mama j mój wujek i stąd go znam, może więc następne pokolenie już trochę mniej. Sama czytałam zdaje się pierwszą część Kronik, ale jakoś w ogóle mi nie utkwiła w pamięci, więc to chyba nie mój typ…

    1. Jak najbardziej się zgodzę, że Zelazny kiedyś był dużo popularniejszy — ale to, że jakoś o nim ucichło to chyba nie jest kwestia pokoleniowa, a przynajmniej nie do końca, bo tam jest sporo ciekawych, świeżych pomysłów, które i dzisiaj mogą zaskoczyć, tylko też i paskudne wydanie "Kronik…" (dobrze, że wyszło to nowe), i ich słaba dostępność (ponownie: dobrze, że jest nowe wydanie :)), i zapewne kilka innych czynników. Bo to nie jest tak, że autor wykorzystuje ograne chwyty i na tym kończy, wręcz przeciwnie — w sumie to jest też może kwestia tego, że sama koncepcja świata jest na tyle oryginalna, że w sumie trudno naśladowalna w jakikolwiek bezpośredni sposób, więc gawędziarsko ma Zelazny kontynuatorów, ale konstrukcyjnie już, mam wrażenie, nie.

  5. Piękna notka, piękna!
    Aż mi szkoda, że merytorycznie się nie odniosę, bo Kroniki ledwo zaczęłam. I porzuciłam.
    Nie, nie na zawsze, po prostu nie uwiodły mnie na tyle, bym ten tom wielki (zbiorczy) wciąż ze sobą nosiła.

    Ale jeśli, to znaczy nie jeśli, tylko kiedy, wrócę – będę czytać uważniej.

    1. Dziękuję :).
      To koniecznie, bardzo zachęcam do powrotu, jak zresztą widać ;). Starsze wydania, te jednotomowe, pod względem noszenia ich ze sobą były wygodniejsze, ale kurczę, jakie one miały paskudne okładki! Coś niesamowitego, takie paskudne. Także jak to zwykle bywa: dostaliśmy coś za coś ;).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.