Kiedy ci mokro, kiedy ci źle albo lektury na deszczowy dzień

Nie wiem, jak u Was.
U mnie leje (a przynajmniej lało wczoraj, kiedy pisałam, także wiecie). Naprawdę leje i to do tego stopnia, że największą
atrakcją zaokienną są nie zwykle pojawiające się tu sarny, ale
wielka żaba, która ewakuowała się z kałuży. A to już o czymś
świadczy. W taką pogodę, wiadomo, można robić dwie rzeczy. Albo
czytać. Tylko co?

We mnie takie nagłe
podwyższenie poziomu wilgotności powietrza powoduje chęć powrotu
do tych książek, w których czułam się przytulnie, ewentualnie
poszukiwanie nowych, ale z tego właśnie klucza (dlatego gdybyście
jakieś znali, nie wahajcie się!). Bo coś w tym jest, że nie tylko
nie chce się wychodzić z domu, nawet pomimo tego, że zieleń za
oknami kusi (no i czasami nic nie kusi, ale wyjść trzeba, wiadomo),
a najchętniej skuliłoby się w dobrze ogrzanym, suchym
pomieszczeniu. Wtedy myślę sobie o tych książkowych światach, w
których czasami jest mokro, ale zawsze jest komu człowieka wysuszyć
i przy czym się ogrzać. Z chęcią do nich powracam albo
przynajmniej sobie o nich myślę, i od razu mi cieplej, przytulniej
i przyjemniej.

Także jeśli macie
ochotę na taką wyprawę przez różnego rodzaju deszczowe
krajobrazy, które nie zawsze są deszczowe dosłownie, czasami w
przenośni albo tylko przez dalekie skojarzenie – o, to właśnie
są te moje. 

Na wiosenną
ulewę, która bywa konieczna
W Dolinie
Muminków
i Lato
Muminków
To mało oryginalne, wiem, ale nie mam potrzeby bycia oryginalną (a
przynajmniej nie w tym względzie). No bo tak: chociaż za oknem
aktualnie pada, to przecież nic nie szkodzi, bo jednocześnie robi
się coraz bardziej zielono i zielono. Samo się tak przecież nie
zrobi, więc deszcz można spokojnie wytrzymać. I na taką pogodę,
kiedy z jednej strony nam smutno, bo gdzie jest to słońce, a z
drugiej godzimy się z tym, że w naszym klimacie pada (ale za to
wiosna), perfekcyjnym wyborem są Muminki. Zwłaszcza te dwie części.
We „W Dolinie Muminków” najpierw udamy się na połów mameluka,
który trochę istnieje, a trochę nie, a jak już wrócimy z nim do
domu, okaże się, że z domem coś nie wszystko w porządku. Wtedy
część drużyny musi się włamać do wewnątrz, żeby sprawdzić,
co z rodzicami, a jeden biedny, samotny Paszczak (wszyscy bywamy
czasami paszczakami) pilnuje mameluka, a że rzęsiście pada,
wzbudzając jeszcze bardziej rozbuchaną naookoło zieloność, to
zapali ognisko i upiecze sobie mameluka. I wtedy niech pada, my mamy
naszą przygodę tu, od razu, na talerzu. A jeśli chodzi o „Lato
Muminków”, to jak zauważyła ostatnio Ekruda zanim się do Muminków wybierzemy, warto sprawdzić prognozę
pogody, bo tam jednak czasami pada. I to jak! Ten nasz deszcz za
oknem średnio się do tego umywa, kiedy tam rodzina musi nurkować
do kuchni, żeby wyłowić sobie coś na śniadanie. A płynąc przez
zalane doliny może znaleźć nowy dom, gdzie przekona się, że z
umownością świata w teatrze bywa różnie. Zawsze mnie ta wizja
porywa, bo pokazuje, że przecież nawet tracąc, możemy
niespodziewanie zyskać. A w końcu nawet, po wielu staraniach,
odzyskać. I jak pięknie Jansson opisała życie teatru – sama
prawda, mówię Wam. 

Na letni
deszczyk, o którym zaraz zapomnimy
Ania z Avonlea
To jeden z moich ulubionych tomów przygód Ani, bo jest taki zwykły.
To znaczy wiemy, że Ania musi w końcu podjąć decyzję, co dalej z
jej życiem, bo wszyscy wiedzą, że posada nauczycielki w Avonlea to
nie jest szczyt jej marzeń, ale jak ona cudnie wykorzystuje te
chwile, kiedy może spokojnie mieszkać w ukochanym domu w
uwielbianej miejscowości. I chociaż wszystko się powoli zmienia, i
część marzeń ulega lekkiemu odkształceniu, to Ania nie załamuje
rąk, tylko bierze się do pracy. Tu w tej części razem z
przyjaciółmi i znajomymi zakłada Koło Miłośników Avonlea i
usiłuje przekonywać wszystkich, że dbanie o wspólne dobro i
estetykę krajobrazu lokalnego (jaki temat na czasie, prawda?) to
jest ważna rzecz. I to tam zdarza się jej kwestować po sąsiadach,
i spotykać najróżniejsze dziwne typy. Jak dwie siostry, z których
jedna non stop zrzędzi, a druga by chciała żyć radośnie, ale to
zrzędzenie ją wpycha pod pantofel. I to tam w wyniku
nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Ania wpada przez dach kurnika
i w połowie wystaje ponad niego, a jak to w takim momencie bywa,
zbiera się na burzę. To trochę taka sytuacja, w której każdy się
kiedyś znalazł (nie dosłownie, oczywiście, chociaż…?) i dobrze
wiedzieć, jak sobie z nią poradzić. Zwłaszcza w czasie takiej
burzy.

Na jesienną
pluchę, która nie zachęca do działania
Zwierzenia
Britt-Mari
Cudna, mniej znana powieść epistolarna Astrid Lindgren zawiera w
sobie tyle mądrych cytatów, że jeśli ktoś je kolekcjonuje, niech
przed lekturą od razu założy sobie na nie osobny zeszyt.
Britt-Mari, dziewczyna z niewielkiej miejscowości, zaczyna
korespondować z rówieśniczką ze Sztokholmu i przez jej listy
poznajemy, jak też jej się żyje. A żyje się, wiadomo, różnie.
Oprócz szkoły i pierwszych miłości to nie jest jakieś
superekscytujące życie, ale właśnie w tym tkwi cały urok,
świeżość i bezpretensjonalność listów Britt-Mari. Czasami tam
pada, bo wiadomo, że pewne dramatyczne sceny najlepiej opisać tak,
by deszcz rozplatał warkocze i przemaczał buty, żeby nasi
bohaterowie mogli być odrobinę bardziej nieszczęśliwi, no ale
potem się schnie i zza chmur, że tak to konwencjonalnie ujmę,
wychodzi słońce. Do tego, jak pisze Britt-Mari, wieści z małej
miejscowości to przy wielkomiejskim szumie taki troszkę błotnisty
bulgot – ale z jakimż entuzjazmem można bulgotać! 

Na letnią porę
deszczową, co najtwardszego nadgryzie
Ida sierpniowa
Przecież to padające bez ustanku deszcze popychają Idę Borejko,
żeby ewakuowała się z przemakających rodzinnych namiotów na polu
biwakowym w Czaplinku (gdzie dodatkowo zawsze jest wilgotno, bo
jeziora) i wracała czem prędzej do Poznania. A tam, choć czasem
pada, a wilgoć potęguje wielogodzinne wylegiwanie się bohaterki w
wannie, to jednak można przeżyć przygodę życia. Ileż w tej
książce jest letniej energii: bo i można zrobić coś dobrego dla
urwisów z sąsiedztwa (który to wątek autorka zamorduje w innej
książce cyklu, ale tu tego jeszcze nie wiemy, jeszcze się cieszymy
i nabieramy sił do działania), i zostać damą do towarzystwa w
czasach, kiedy temu podobne rozrywki odchodzą w przeszłość, i
uratować życie pewnemu egocentrykowi, i ugotować kurczaka tak,
żeby czytelnikom ślinka ciekła na samo wspomnienie, i zrobić
biznes życia na chałupniczo produkowanej biżuterii, napełniając
dalszą rodzinę zgrozą i przerażeniem, i przeczytać mnóstwo
dobrych książek w wannie (czynność szczególnie miła memu sercu
– zresztą to był impuls dla mnie osobiście, żeby sięgnąć po
„Dziwne losy Jane Eyre” i przepaść, więc i ta książka
kojarzy mi się z pogodą, kiedy za oknem ciepło, choć mokro), i
poznać miłość życia, i wymieniać z rodziną cudne listy. No, po
prostu brać i czytać, ilekroć latem pada. Albo jedziecie do
Czaplinka. 

Na wiosenne
mżawki, które napawają melancholią
Tajemniczy ogród
O, to może jest jeszcze lepsza książka na taką pogodę jak
dzisiaj. Bo pokazuje, jak ważna dla wegetacji jest ta ściana wody
za oknem, i że może w niej kryje się jakaś tajemnica, która
warta jest odkrycia? Więc można poczekać, aż się rozjaśni albo
wdziać swoje najbardziej nieprzemakalne ubrania i wybrać się jej
szukać. Z „Tajemniczym ogrodem” jest tak, że widzę jego wady,
ale z drugiej strony to jest taka dobra powieść gotycka dla dzieci:
i tajemniczy ojciec, i tajemniczy panicz, i sierota, która mimo
wszystko walczy o godność i status, i te konwenanse na linii
państwo-służba, i demoniczne charaktery, no i ten ogród, z którym
wiążą się kolejne mroczne tajemnice. To coś w tym gatunku, po
który zwykle sięgamy później, po te wrzosowiska, po których
plączą się zrozpaczeni kochankowie, tutaj podane jeszcze w wersji
stosunkowo light. I wiadomo,
deszcze i wyjące wiatry są tu niezbędne.

Na deszcz w każdą
porę roku, który jak wiadomo, pada
O czym szumią
wierzby

Cóż
może być lepszego niż powieść, która dzieje się nad rzeką?
Wszystko z definicji jest lekko wilgotne, przechodzące w mokre. Ale
to dobrze, bo raz, że jednak wszyscy z tej rzeki żyją i tą rzeką
żyją, a dwa, że zawsze można zagrzebać się głębiej, żeby
wypić w norce przyjemną herbatę, bo wiadomo, że nic tak dobrze
nie robi na czas deszczu, jak herbatka w dobrym towarzystwie. Czasami
w tymże towarzystwie zjawi się co prawda maniak, który choć jak
stworzony do pływania woli przywdziać surdut, kaszkiet i gogle, i z
zabójczą prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę rozbijać
się (dosłownie) autem po okolicy, ale co zrobić, i to trzeba
przecierpieć. Odkryłam „O czym szumią wierzby” dopiero kilka
lat temu i żałuję, że nie wcześniej. To doskonała książka,
pokazująca zarówno to, że zwierząt nie należy traktować z góry,
jak i to, że w krajobrazie znajdą się miejsca, o których (może i
dobrze, że) nie wiemy, a gdzie tętni zorganizowane, mądre życie.
Tylko pan Ropuch doprowadzał mnie do furii, ale
takie chyba było jego zadanie.
 

Na mokre poranki
i popołudnia, kiedy nie da się uciec przed wilgocią
Jak spotykałem
się z rybami
Coś chodzi za mną ostatnio ten Ota Pavel. No ale. Ten tomik
opowiadań, nie długi, w sam raz, to jest list miłosny do wszelkich
akwenów wodnych: do stawów z rybami, do rzek. Nad którymi czasami
pada, a wtedy wiadomo, trzeba to przecierpieć, bo jednak to dobrze,
że pada, wtedy zupełnie inne ryby wychodzą na żer w inne miejsca,
a niektóre chowają się na dnie. To w sumie zapis wielu przygód w
kajaku i na brzegu, w woderach i na lądzie, gdzie łowi się ryby.
Czasami żeby je, biedne, faktycznie zjeść uczciwszy wcześniej
wyrównaną z nimi walkę, czasami, żeby sprawdzić, czy są i co
też robią. To też doskonała księga rybich zwyczajów, bo
narrator wie o rybach chyba wszystko: gdzie śpią, gdzie jadają, co
jadają, dlaczego tam a nie gdzie indziej i o jakiej porze. Przy tym
opisuje to językiem poetyckim, ale bez przesady, przywracając rybom
jakieś bardziej zwierzęce oblicze (bo jednak ryba u nas funkcjonuje
jako coś innego niż zwierzę, wiecie, na takiej samej zasadzie co
powiedzenie, że „ryba to nie mięso”), pokazując je pasące
się, zachowujące w stadach (właśnie, nie w ławicach) jak takie
dajmy na to rzeczne bydło. Piękna sprawa. Można naprawdę polubić
ryby – i stracić chęć pozbawiania ich życia (albo na odwrót:
zacząć przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu wędki).

To wszystkie moje „mokre” typy. Zgadzacie się z nimi? A może
macie własne? Z chęcią posłucham, bo zapowiada się, że może
padać dłużej (a nwet jeśli nie, dobrze mieć zapasy na kolejne
ulewy!).

________________

Jutro zaczyna się
tydzień bibliotek! Przygotowałam sobie na ten czas w kajeciku kilka
tematów, żeby odpowiednio go uczcić, także któryś z tych
tematów jutro zrealizuję.

20 thoughts on “Kiedy ci mokro, kiedy ci źle albo lektury na deszczowy dzień

  1. To takie dalekie powroty i chowanie się w przytulne strony 🙂 Pominę Muminki, bo mi tam przytulnie nigdy nie było, ale reszta aż krzyczy, by nas w czasie deszczu przygarnąć. Za to Pavel wciąż przede mną, a już mam!

    Z kolei ja nie kojarzę deszczu z książką. Może dlatego, że w ogóle lubię deszcz i nie czuję potrzeby, by się przed nim jakoś kryć, ewentualnie sobie coś do niego dopasować. Deszcz, deszcz… co do czytania na deszcz? Łatwiej byłoby ze słońcem, bo na letnie dni mam dość wymagające lektury (ale to poczekam na tematyczny wpis u Ciebie :D).

    1. Właśnie, właśnie :). A czemu Muminki nieprzytulne?

      A mnie się z książką kojarzy każda pogoda, tak po prawdzie, ale deszcz jakoś bardziej, bo lubię dźwięk kropel deszczu, kiedy siedzę sobie przy otwartym oknie i czytam to, co sprawia, że mi ciepło, miło i przyjemnie (albo interesująco, po prostu).

  2. Na długie jesienne wieczory- wszystko sióstr Bronte, poza Villette. Villette jest idealna na pochmurne letnie dni, takie kiedy zaraz ma padać, ale godzinami nie może się zebrać.

  3. Z lektur moich nastoletnich, z długotrwałym deszczem gdzieś w tle, to koniecznie książki Ursuli Le Guin. Jakoś tak mi się mokro kojarzą, choć raczej z takim drobnym, długotrwałym, ciepłym deszczem, szumiącym w podwieczornym lesie. Uwielbiałam Le Guin i przeczytałam chyba wszystko, co było dostępne w lokalnych bibliotekach. Coś ostatnio o niej cicho…

    1. Mnie się ona kojarzy z taką mgłą — niekoniecznie jesienną, też z taką wiosenno-letnią, która podnosi się pod wieczór. Ale tak, ten ciepły deszcz to też jest świetne skojarzenie. A ostatnią książkę wydała chyba w 2008? Ale w zeszłym roku dostała nagrodę jeszcze, przyjęła i bardzo pięknie mówiła, więc myślę, że niewykluczone i coś jeszcze nam napisze :). Mam sporą jej kolekcję do nadgonienia, bo mój Domownik kiedyś przyniósł, znalazł w pudle "do oddania" prawie cały cykl Ekumeny i jeszcze kilka pojedynczych powieści, także sobie sukcesywnie podczytuję :).

    2. Muszę kiedyś do niej wrócić, bo ostatnio to czytałam, ekhm… eeee… lata temu i ciekawa jestem, jak teraz bym odebrała te książki. Pamiętam, że największe wrażenie zrobiła na mnie "Lewa ręka ciemności", to w ogóle chyba jej najlepsza powieść, choć nie czytałam wszystkich. A ta mgła wiosenno-letnia pod wieczór, to jest to!

    3. "Lewa ręka ciemności" to była w ogóle chyba pierwsza książka, którą przeczytałam w całości po angielsku i mam do niej też z tego względu ogromny sentyment :). I ciągle sobie obiecuję, że muszę do niej wrócić, rzecz jasna (pamiętam, że wtedy mnie zaskoczyło, że ścieżki myślenia wcale nie są takie uniwersalne — i to pod żadnym względem; mocna rzecz). Gdzieś w styczniu chyba czytałam "Planetę wygnania" (pisałam o niej na blogu, to była naprawdę dobra, choć niepozorna lektura, ale ja lubię tę Leguinowską kosmiczną etnografię:)) — też bardzo dobra, mimo że forma króciutka. A jeszcze ile Ekumeny przede mną ;).

  4. Kiedyś (w 2009 roku) jak tak strasznie lało kilka dni pod rząd to ja się zaczytywałam w Świętym Wrocławiu Łukasza Orbitowskiego i złapałam wielkiego doła. Byłam wtedy na V roku studiów i miałam przed sobą egzamin z IV roku przez który byłam na warunku, pisałam pracę mgr, kończyłam staż i byłam w stanie zawieszenia i lekkiego lęku o przyszłość.
    Ale tak czy tak fajnie wspominam tę książkę, tego doła i ten rok 🙂

    1. Takie, takie wspomnienia po czasie mają urok, gorzej, jak się je akurat przeżywa ;). Muszę się zapoznać w końcu z powieściami Orbitowskiego, bo znam tylko jakieś jego starsze opowiadania, więc nie jestem tu "na czasie" ;).

  5. Wczorajszy mokry dzień spędziłam kończąc "Nową Summerhill", która jest wprawdzie książką z zakresu pedagogiki, ale napisaną w niezmiernie pogodny sposób, raczej wspomnienia niż ścisły opis metody. A na deser rozpoczęłam "Curriculum vitae" Szancera, jego autobiografię ślicznie zilustrowaną ręką autora i to jest coś, co na ulewne popołudnia jest w sam raz. Książka jest napisana takim językiem, tak bogatym i obrazowym, a jednocześnie takim miękkim, przyjaznym, że po prostu się rozpłynęłam. Niby życiorys, a wytwarza taką ciepłą atmosferę, aż by się chciało, żeby deszcz padał dalej. Nie tylko talent plastyczny tkwił w panu Janie, gawędziarski również.

    1. O, jak cudnie! Nie wiedziałam, że Szancer napisał autobiografię, ale już ją sobie skrzętnie wynotowuję na liście do znalezienia i przeczytania. Bardzo piękna informacja, dziękuję! 🙂

  6. Ja w weekend majowy, który w tym roku był wyjątkowo deszczowy, delektowałam się "Wakacjami z duchami" A. Bahdaja (od razu na myśl przyszły mi wakacje mojego dzieciństwa, deszczowe dni nad morzem, długie spacery i wędzona rybka ;))

    Dla równowagi podczytywałam "Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", w której klimat mglistego Londynu doskonale korespondował z klimatem za oknem.

    Z dawniejszych lat pamiętam weekendowe wyjazdy za miasto, w góry, czas spędzany w deszczowej Piwnicznej, w Zakopanem, w Ogrodzieńcu, który zazwyczaj spędzałam z książkami Montgomery. Nie tylko z Anią, ale też z Pat, Historynką, Emilką. Sięgałam też często po Musierowicz – synonim deszczowych wakacji to dla mnie "Ida sierpniowa", czy "Nutria i Nerwus". W czasie pomaturalnego urlopu nad jeziorem, gdy padało długie dwa tygodnie czas umilała mi "Samotność w sieci" Wiśniewskiego oraz "Sto lat samotności" Marqueza (samotna nie byłam;))

    A "Tajemniczy ogród" oraz wszystko Burnett czytałam zawsze w zimie. Właściwie nie wiem dlaczego skoro to takie bardziej wiosenne lektury!

    1. A wiesz, że myślałam o "Wakacjach z duchami", ale ostatnio zdobyłam własny egzemplarz, który czeka na staranną powtórkę, więc nie chciałam go na szybko sobie przypominać. Ale tak, mam podobne skojarzenia z tą książką :). Natomiast z postaci Montgomery znam większość, ale nie wszystkie tak dobrze, jakbym chciała (coś jak przemówienie urodzinowe Bilba mi wyszło ;)), aż się domagają ponownej lektury, koniecznie :).

  7. Anię z Avonlea uwielbiam – jak w "Ani z Zielonego Wzgórza" działała mi na nerwy tak tu ją pokochałam. 🙂 I "Ida" i "Tajemniczy ogród" – mogę do nich wracać milion razy i mi się nie znudzą 🙂 Do moich ukochany książek na deszczową pogodę (czyli nie tylko przytulnych, ale i lżejszych) należy jeszcze "Szatan z siódmej klasy", trylogia "Klubu mało używanych dziewic" M. Szwai i Percy Jackson, który dobry jest zawsze 🙂

    1. Tak, myślałam o "Szatanie…", ale on zdecydowanie domaga się czytelniczej powtórki przed przywołaniem. Natomiast Szwaję mam na liście, ale jeszcze nie czytałam, bo nie było okazji (a i opinie słyszałam strasznie skrajne od zachwytów po "łe"), z Percym Jacksonem mam podobnie, ale to może się skuszę w takim razie, skoro mitologiczne klimaty i na deszcz dobre, to czemu nie :).

  8. KAżda książka jest dobra, która wciąga, audiobooki (np Harry Potter) ale też poezja sławetny Deszcz. Szatan z Siódmej Klasy. Pan Samochodzik, Nowy Ślad Czarnych Stóp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *