Pachnąca literatura albo o książkach, perfumach i reklamach

Czy
już zostaliście symbolicznie popryskani wodą przez najbliższych
(o bycie oblanym przez przypadkowych ludzi na ulicy nie pytam, bo
nikomu tego nie życzę)? Nie wiem jak u Was, ale w moim domu
rodzinnym był zwyczaj pryskania każdego rano, żeby już na cały
dzień był spokój. I to psikanie cieczą – o rety, jak to źle
brzmi! – naprowadziło mnie na pomysł dzisiejszej notki.

 

Z
dzieciństwa doskonale pamiętam, jak moja Babcia zaopatrywała się
specjalnie na Śmigus-Dyngus w najokropniejsze najtańsze perfumy,
jakie mogła znaleźć, zatajała tę informację przed resztą
rodziny, i kiedy nadchodził poniedziałkowy poranek częstowała
każdego odpowiednią dawką tychże perfum, przezornie
rozcieńczonych w wodzie. Teraz wspominam to z sentymentem, wtedy
tego nie cierpiałam, ale czego się nie robi, żeby Babcia była
szczęśliwa (a była, dostarczało jej to takiej wyjątkowej radości
– bo to był ten jeden dzień – więc czemu nie). Dlatego jak
myślałam o tym, o czym można by napisać na Lany Poniedziałek,
moja myśl podążyła ku perfumom.
A
od perfum ku reklamom perfum. Wiecie, one są kręcone w takiej
specyficznej stylistyce: tajemnicza ona, tajemniczy on, umykają
gdzieś na dach, we mgle, rozwiany włos, wykadrowany kawałek
nadgarstka, powiewająca suknia, głos narratora odpowiednio
klimatyczny w tle. Pomyślałam więc sobie, że czemu by nie
poszukać takich scen w literaturze polskiej (czemu w polskiej? A
czemu nie?), które by nadawały się na scenariusze reklam perfum?
Nie jest to może przesadnie ambitne zadanie, ale ileż można mieć
przy tym radości (a poza tym okazuje się, że byłoby z czego
czerpać, jeśli chodzi o rodzime wzorce literackie)! No to gotowi?
Zaczynamy!
Samo
pcha się w ręce:
„Noce i dnie
W sumie strasznie oczywisty typ,
ale jak tu go pominąć? Otóż w „Nocach i dniach” znajduje się
scena, która – także dzięki filmowej adaptacji – weszła na
stałe do repertuaru takich polskich obrazów. Ale abstrahując od
filmu: w powieści to wszystko jeszcze lepiej nadaje się do
stylistyki perfumowo-reklamowej. Otóż ubrany w biały garnitur pan
Toliboski, postać jeszcze wówczas enigmatyczna, o której Barbara,
bohaterka, wie niewiele, ale już ma na nią oko, wchodzi wśród
pisków panien do wody, by zrywać tam nenufary. Taki bukiet
nenufarów to jest oczywiście marzenie, także Barbary, więc
wspomina go potem ciepło przez długie lata, a Toliboski urasta w
jej wyobraźni do roli wspaniałego mężczyzny, takiego ideału,
jedynego, który mógłby dać jej szczęście. I im dalej od
wydarzenia ze stawem i nenufarami, im dalej od samego Toliboskiego,
tym Barbara bardziej tęskni i idealizuje. Sami rozumiecie, ta
mgiełka zapomnienia – nie intencjonalnego, ale bardziej takiego
wynikającego z działania pamięci w ogóle – to jest doskonały
punkt wyjścia dla naszej ewentualnej reklamy. Pan Toliboski wynurza
się z niej jak z jeziora, piękny, młody, z naręczem nenufarów.
Nic, tylko kręcić!
Zapach:
szłabym w kwiatowy, może
jakiś orientalny, nie mam pojęcia, czy nenufar to jest zapach
używany w przemyśle perfumiarskim, ale na pewno drogie, ekskluzywne
perfumy dałoby się w ten sposób na ekranie pokazać.
 Ilustrować nam dzisiaj będą takie romantyczne pejzaże, malowane namiętnie
w poprzednich stuleciach. Tutaj: Ferenc Ujházy, „Romantic Landscape with Figures” (biorę tytułu
angielskie za wikipedią; źródło).
Bardzo
po francusku: „Madame”
Wiadomo, że nic się nie kojarzy
z wyrafinowaną perfumą bardziej niż Francja. Idąc tym tropem
przypomniałam sobie o moim licealnym zachwycie, czyli powieści
Antoniego Libery. Jest tam taka scena, w której zafascynowany
nauczycielką francuskiego główny bohater wybiera się jej śladem
do galerii i stara się podziwiać sztukę, w istocie podziwiając
bardziej rzeczoną nauczycielkę. Jest w tej scenie wszystko: to
wyrafinowanie sztuki ukryte jak w wyrwie w siermiężnej
rzeczywistości za murami galerii (czego nie widać – tak jak w
reklamie widzimy dekoracje, ale nie zaplecze planu), ten oczarowany
młodzieniec strzelający oczami za swoim wielbionym symbolem
kobiecości, w końcu jest też odpowiednie tło.
Zapach:
coś raczej cięższego, bo to
w sumie dla kobiety, która chce się podobać, być taka tajemnicza
jak ta nauczycielka, więc nic za bardzo oczywistego, ale też
wprowadzającego w dobry nastrój.
 Samuel Colman, „A Romantic Landscape with the Arrival of the Queen of Sheba”. Źródło.
Niech
żyje bal: „Przedwiośnie”
Deklarowałam
już, że mam z Żeromskim problem, ale bardzo lubię „Przedwiośnie”.
A szczególnie jego część drugą, dziejącą się w Nawłoci
(idealny jest ten Cezary, który wpada w jednej ze scen w obłęd,
przerażony, z wylewającymi się z niego mimo woli wspomnieniami
rewolucji, grożący Hipolitowi, że służba zacznie ich mordować i
rozkradać cukiernice – świetnie to jest napisane!). A już, jak
tak rozbieram to, co lubię w „Przedwiośniu” – scena balu.
Świetnie by się nadawała: bal jest wielki, zjeżdżają się na
niego wszyscy liczący się ludzie z okolicy, w tle jest już romans
Cezarego i drapieżnej femme fatale,
Laury, uwikłanej w inny związek, muzyka gra, spojrzenia się
przecinają, a w powidoku drzemie już tragedia dotykająca
przypadkową ofiarę.
Zapach:
myślę,
że jakiś lżejszy, coś do tiulów, koronek i popularnego wtedy
shimmy,
a jednocześnie elegancki i taki, jak to się mówi, „z wyższych
sfer” – a przynajmniej dobrze udający.
John Trumbull, „Romantic Landscape”. Źródło.
Snujemy
się i rozmawiamy: „Węzły życia”
W ostatniej powieści Zofii
Nałkowskiej (to znaczy Nałkowska jeszcze potem pisała, tylko już
nie powieści – w tym sensie ostatniej) mamy sceny z życia
wyższych sfer tuż przed wojną, taki bal tuż przed końcem świata.
Tylko że no właśnie, nie tyle bal, ile takie przyjęcie –
wszyscy przechadzają się, zagadują, wymieniają plotki i uwagi,
podjadają i popijają, a w powietrzu już wisi idący ku nim koniec
świata takiego, jaki znają. Autorka zgromadziła tutaj mnóstwo
postaci wzorowanych na rzeczywistych tuzach międzywojnia, dając
przegląd zachowań i tendencji w tym czasie. A wszystko to jest
nieśpieszne, może trochę przegadane i bardzo, bardzo
przygnębiające nawet, jeśli wiemy, że to nie był ani taki
wspaniały, ani sprawiedliwie urządzony świat.
Zapach:
coś melancholijnego –
zapachy w ogóle mogą wprowadzać w melancholię i to dla każdego
byłby zapach inny, w tym przypadku trudny do uchwycenia, ale co to
dla znakomitego perfumiarza!

 Thomas Moran, „Romantic Landscape”. Źródło.
Między
kulturami, między pokoleniami: „Opowiadania na czas przeprowadzki”
 
Jest takie opowiadanie w
prześwietnym zbiorze Pawła Huelle, które opowiada o sytuacji zaraz
po wojnie. W willi rezyduje jeszcze, ograniczona do jednego pokoju,
niemiecka właścicielka, za ścianą są już nowi lokatorzy, polska
rodzina z małym synem. Syn wsłuchuje się namiętnie w dochodzące
zza ściany dźwięki – to czekająca na wysiedlenie niemiecka
gdańszczanka wygrywa na fortepianie klasyczne melodie, które uwodzą
chłopca do tego stopnia, że łamie zakaz rodziców i zaczyna się
przekradać do tego jednego pokoju, żeby słuchać, a potem uczyć
się pod okiem dawnej właścicielki domu trudnej sztuki gry na
fortepianie. Magiczny, jednocześnie piękny i okrutny jest ten
koncept: ulotne wrażenia, na wpół zatarte dziecięce wspomnienie
tajemniczej lokatorki, nie do końca dająca się odtworzyć melodia,
a wszystko wiosną i późnym latem – lekkim powiewem firanek,
zapachem nagłej burzy, pomarszczoną dłonią na pożółkłej
klawiaturze.
Zapach:
obstawiałabym coś właśnie
takiego na lato, coś kojarzącego się z owocami cytrusowymi,
lekkiego, takiego tylko na wpół wyczuwalnego.
Viktora Aberg, „Landscape in Germany”. Źródło.
Uczucia
na szczycie: „Kordian”
Posłuchajcie
sami, jak to ujmuje bohater, stojąc na szczycie Mont Blanc: Ach!
pod stopami niebo i nad głową / Niebo… Zamknięty jestem w kulę
kryształową
. Piękny
obraz, prawda? Ten bohater, taki rozdarty między tym, czego by
dokonać chciał, a co mu nie bardzo wychodzi, bo – spójrzmy
prawdzie w oczy – ma pecha, ale jest też trochę takim
niezgrabiaszem, deklamujący romantyczne strofy na szczycie
najwyższej góry. Przecież to jest gotowy obraz. Stoi między
ziemią i niebem, zawieszony w pustce, wszystko jeszcze jest możliwe
– choć z zasady już wiemy, że się każdy plan posypie, ale to
jest ten moment, kiedy jakoś jeszcze dajemy się przekonać, że a
nuż, a może…? Ale potem już wiemy, że nic z tego nie będzie –
w końcu droga ze szczytu prowadzi już wyłącznie w dół.
Zapach:
może
coś dla mężczyzn – silne (bo jednak wspiął się na tę górę),
lekko odurzające (jak zawrót głowy przy patrzeniu ze szczytu w
dół), no i oczywiście z nutką czegoś romantycznego.
A
ty całuj ją: „Nad Niemnem”
Wiem,
wiem, uważam „Nad Niemnem” za idealny przykład do wszystkiego,
ale co ja mogę, kiedy tak jest? Posłuchajcie sami: jest tam taka
scena, kiedy Jan i Justyna płyną łódką po Niemnie. Rzeka rozlewa
się szeroko, jest trochę dzika i nieujarzmiona, z drugiej strony
biegną w jej kierunku ścieżki od leżących nieopodal domostw,
więc też widać, że to jest rzeka, z którą się tu zżyto i
jakoś do jej humorów przyzwyczajono. A na środku tej rzeki oni, we
dwoje, prowadzą rozmowę, taką trochę na temat, trochę o niczym,
moment wyrwany z paszczęki zwykłego dnia, w którym się pracuje i
ma zwyczajne problemy. No a z łódki, jakby się dobrze przypatrzeć,
widać parów Jana i Cecylii, rodzinnej legendy o parze zakochanych
mimo wszystkich trudności protoplastów rodu. Idealna scenografia,
jednym słowem!
Zapach:
niby romantyczny, ale też z
taką nutą stabilności, w końcu chodzi o Justynę i Jana (może
też jakieś perfumy unisex, żeby pasowały i do jednego, i do
drugiego?); coś oddającego lekko parny dzień nad wielką rzeką.
Antal Ligeti, „Romantic Waterside Landscape with Figures”. Źródło.
Dla
tak zwanych prawdziwych mężczyzn: „Latarnik”
No sami powiedzcie: ten samotny,
sterany życiem mężczyzna, w czapce naciągniętej na uszy, z
twarzą pooraną sieciami zmarszczek, w których walny udział miały
wichry smagające latarnika w czasie spacerów nad poszarpanym
morskim brzegiem, toż to jest idealny model dla dzisiejszych
kampanii reklamowych (wyobraźcie to sobie w takich nasyconych
kolorach, ale z lekkim sznytem skandynawskim!). A do tego jak cudnie
wypada wówczas ta dziwaczna klamra kompozycyjna, która w samej
noweli jest, no cóż, właśnie z lekka kuriozalna: nasz dzielny
latarnik otwiera paczkę, a tam „Pan Tadeusz”. I widzimy tego
„prawdziwego mężczyznę” jak czyta, łzy spływają mu po
twarzy, a krajobraz z lekka rozmywa się – czy to we łzach, czy
nadciągającej z morza mgle.
Zapach:
ostry, morski, lekko drażniący
jak Sienkiewiczowska nowela.
 Thomas Cole, „Romantic Landscape with Ruined Tower”. Źródło.
To
jeszcze szklaneczkę na koniec: „Zaklęte rewiry”
Abstrahując już o tego, że
Henryk Worcell to jest dla mnie pisarskie odkrycie ostatnich lat
(postaram się może napisać o tym więcej przy innej okazji), to
„Zaklęte rewiry” są książką cudną. Nic dziwnego, że
wywołały skandal (oskarżano autora, że zdradzał tajemnice
zawodowe – sam był kelnerem) i że dość trwale zakorzeniły się
w naszej kulturze (to w sumie chyba bardziej zasługa przyjemnej
ekranizacji). A wracając do tematu: na przykład ta scena sylwestra
w hotelu, szampan, zabawa, wspólne obliczanie, i gorączkowe
przygotowania wśród kelnerów na zapleczu, olśnienie głównego
bohatera przepychem i zachłyśnięcie się tym nowym, wspaniałym
życiem – nawet jeśli się w nim jest tylko statystą, a nie
główną osią wydarzeń, nawet jeżeli to on skacze wokół innych,
a nie oni wokół niego – to jest piękna scena. I do tego w tle
jest już delikatny wątek romansowy z panią kawiarką, miłość
nieszczęśliwa, bo z racji pracowniczych powiązań skazana na nagłe
urwanie się.
Zapach:
szumny, balowy, a jednocześnie
nie do końca taki przepyszny, z nutką czegoś bardziej wycofanego,
schowanego, nie rzucającego się w oczy.
Tyle
moich pomysłów, mam nadzieję, że bawiliście się dobrze (bo ja,
powiem nieskromnie, się bawiłam – myślę, że literatura
rozbierana od tej strony jest jednak, nawet jeśli bardzo poważna,
źródłem zabawy i radości). Przychodzą Wam do głowy jakieś inne
sceny, które dałoby się „odsprzedać” pod szyldem
perfumiarskiej stylistyki?
______________
A
jutro będzie znowu wpis niepoważny, choć o bardzo poważnym
temacie, dla zrelaksowania się po powrocie z czasu wolnego w czas
pracy.

Comments

  1. aHa

    Pisałam kiedyś na zaliczenie zajęć z copywritingu scenariusz reklamy opartej o "Noce i dnie" i nenufary właśnie 😀 Wydawał mi się szalenie dowcipny i zdecydowanie na piątkę, niestety prowadzący książki nie czytał, filmu nie oglądał i reklama była do poprawki 😉 Jako przestroga, że wymyślając reklamy powinniśmy się odwoływać do bardziej powszechnych skojarzeń. Pff.

    1. Post
      Author
      admin

      Zgadzam się z @Panią_Wu, ale w sumie różnych rzeczy można nie kojarzyć. Ale według mnie też te nenufary to jest po prostu idealny materiał, niewiele trzeba dokręcać, sam za siebie mówi :-).

    2. Pani_Wu

      To byłyby perfumy ekskluzywne, dla znawców…"Ach, pachnie pani nenufarami!"; Czy to prezent od Toliboskiego?" – i od razu wiadomo, z kim mamy do czynienia (znaczy się czytaty czy analfabeta) 😉

    3. Post
      Author
    4. aHa

      Też mi się wydawało, że są pewne sceny, cytaty, które są powszechnie znane, nawet jeśli ktoś nie oglądał filmów czy nie czytał książki. Ale z drugiej strony nie poznam cytatu z filmu Barei choćby ktoś rąbnął mnie nim w ucho, więc… 😉 Jakoś zupełnie te filmy do mnie nie trafiają.

    5. Post
      Author
      admin

      Dla mnie filmy Barei są smutne i jakoś nie umiem się na nich śmiać (to znaczy nie zawsze, oczywiście, na pewnych scenach się śmieję), bo za dużo tam odnajduję takich elementów raczej smutnych niż zabawnych. Także poniekąd też do mnie nie trafiają – czy raczej trafiają, ale jakoś tak chyba inaczej ;).

  2. Pani_Wu

    Dojrzała kobieta: Pan Tadeusz
    Telimena kusząca w lesie Tadeusza wręcz prosi się o to, by dekolt jej pachniał kobiecymi perfumami najwyższej jakości.

    Zapach
    Koniecznie piżmo i trochę słodkich dodatków. Mocny, ciężki, zmysłowy, pozostający długo na ustach, dłoniach i na poduszce zapach dojrzałej kobiety, która wie, jakie wrażenie wywołuje w mężczyznach.

    Twarz perfum
    Grażyna Szapołowska 😉

    1. Post
      Author
      admin

      Doskonały pomysł :-)! (Tylko co z mrówkami – uciąć scenę przed tym, jak bohaterka zaczyna podrygiwać? Wkomponować w scenę, w końcu Tadeusz ostatecznie okazał się fanem mrówek w pewnych przynajmniej miejscach? Ileż możliwości!).

    2. Pani_Wu

      Prawda? Co mrówki przerwały wyobraźnia dopowie, a ja bym się (jako kobieta dojrzała) takimi perfumami na pewno zainteresowała 🙂

  3. Julia Wroniewicz

    Moja mama byłaby zachwycona reklamą z "Nocy i dni", te nenufary i młody Strasburger koniecznie… Perfumy kupione w ciemno, jak nic! 🙂
    A już tak poważnie… Jejku, nie spodziewałam się, że można w taki sposób, tak literaturę od tej strooo… oczarowały mnie te pomysły! Konkretnie oczarowały. W niektórych z reklam to nawet chętnie bym wystąpiła, a wszystkie – koniecznie obejrzała. Część typów – zaskakująca, jak "Latarnik", bo o nim pewnie bym nie pomyślała… A jest to jednocześnie, w moim odczuciu, najciekawszy pomysł – mam już scenariusz w głowie, te wszystkie kolory… Zapach perfum nawet czuję!

    PS Mam takie wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, gdy babcia (typ jak Twoja, paskudne perfumy na Dyngusa etc.) nasłała mnie z takim dozowniczkiem na moją starszą siostrę – że niby w imieniu babci. Ukryłam się więc za drzwiami z tymi paskudnymi perfumami i czekałam, aż będzie wychodziła… Pojawiła się noga, więc ja PSIK! Niestety, prosto w oczy. Do tej pory pamiętam to uczucie, gdy mi się zbierało od niej (oczywiście, gdy już się wypłakała z bólu)… Od wtedy już tylko wiadra z wodą! I nikt mnie nie namówił! 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Prawda? Ten "Latarnik" się doskonale wpisuje w obecne reklamowe trendy – brodaty starszy facet, nasycone kolory, klimat skandynawski… A poza tym, jeśli chodzi o literaturę, to myślę, że takie nieco niepoważne podejście do dzieł niczego im nie ujmuje, a może kogoś zachęci do sięgnięcia po lekturę, w której są takie urokliwe sceny :-)?

      Perfumami po oczach… Współczuję Wam obu ;-).

    2. Julia Wroniewicz

      "Niepoważne podejście" zastąpiłabym "innowacyjnym" i receptura na zachęcenie do lektury – gwarantowana. Urokliwe sceny i z lekka magiczny klimat to coś, co mnie się nie nudzi! 🙂

    3. Post
      Author
      admin

      Ładnie powiedziane :-). No właśnie, myślę, że to jest ciekawy sposób, więc go kultywuję, poza tym dostarcza mi sporo radości :-).

    1. Post
      Author
      admin

      Dla mnie zapachy perfum to jest też kwestia doboru odpowiednich słów – nie zawsze czuję to, co mi tam producent wypisuje, za to lubię to bogactwo określeń ;).

  4. Anna Flasza-Szydlik

    "Kłamca" Ćwieka- te wszystkie sceny, w których Loki żując wykałaczkę zachowuje się jakby był królem świata. Zapach powinien być nowoczesny i mocny, ale z niespodziewanie słodką nutą gdzieś w środku.
    Albo Izabela Łęcka- zapach słodki choć elegancki na początku, a potem pokazuje pazur. W reklamie najpierw mamy sceny z Wokulskim, a w finale Iza odjeżdża ze swoim prawdziwym ukochanym.

    1. Post
      Author
      admin

      Oba pomysły, według mnie, w dechę. I ten Loki taki w skórzanej kurtce, nonszalancki taki bardzo, no i ta Izabela taka bardzo reklamowo-perfumowa… Widzę to! 🙂

    2. Post
      Author
      admin

      Tak się zastanawiam, bo Izabela była co prawda femme fatale, ale chyba tylko dlatego, że Stach się za szybko na niej nie poznał ;).

  5. Beata P.

    Świetny post!
    Powyższa propozycja z Izabelą Łęcką w roli głównej też niczego sobie;)
    Jak się tak zastanowić, nasza literatura jest pełna pięknych scen, które byłyby świetnym materiałem dla współczesnych twórców reklam…
    (Chociaż prywatnie perfum nie używam, bo zawsze po nich boli mnie głowa – nawet, jeśli zapach jest delikatny i nie używam go zbyt dużo. Cóż, tak już jest;)

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, tylko sięgnąć i ma się właściwie gotowy materiał (to znaczy nie, żebym chciała oglądać bloki reklamowe z powybieranymi scenami z literatury tylko i wyłącznie – bo jednak u nas się czasem reklamuje rzeczy mniej poetyczne niż perfumy ;)).

  6. ann-wlkp

    Latarnik to mógłby być niezły hicior, w takim stylu: my, samotni, silnie mężczyźni, sterani życiem, acz wrażliwi na piękno. I Tolibowski z liliami istny samograj; aż się dziwię, że ktoś mógłby nie skojarzyć. Na marginesie – przypomniał mi się któryś odcinek "Kabareciku" Lipińskiej, w którym zajmowali się przeróbką literatury polskiej na reklamy (być może na fali słynnego "Ojciec prać"). Ale chyba na perfumy nikt nie wpadł. Za to na całe życie zapadł mi się w pamięć cytat "Nie, cześniku, ale wina i toniku!". 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Ojej, mam nadzieję, że to się da gdzieś znaleźć, bo to brzmi absolutnie wspaniale! 🙂
      Poza tym, no właśnie, czemu literatura musiałaby się ograniczać do wykorzystywania w takich użytkowych reklamach (chociaż "Ojciec prać" było niesamowicie chwytliwe)? Może to jeszcze wychodzi ten pogląd o jej służebnej funkcji ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.