Literackie posiłki albo dokąd zerknąć, gdy głód zagląda w oczy

Dawno
już nie było żadnego zestawienia tematycznego w lżejszym
klimacie, więc tak przy okazji jednego z moich ostatnich śniadań
pomyślałam, że czemu by nie zrobić książkowego jadłospisu?
Także dzisiaj będzie o tym, dokąd można zaglądać, kiedy brakuje
nam inspiracji kulinarnych.

To
są oczywiście pojedyncze typy, bo taki miałam pomysł na
kompozycję tej notki, ale wierzę, że jest dużo więcej opisów
posiłków w literaturze, do których warto zajrzeć. Z czytaniem o
jedzeniu jest tak, że najczęściej człowiek robi się bardzo
głodny, nawet jeśli przed chwilą objadł się tak, że złożył
deklarację, że niczego więcej już nie przełknie. Poza tym to
będą takie szczególne opisy, które w jakiś sposób też na
kulinarną kulturę mego domostwa mają pewien wpływ (a przynajmniej
na sposób myślenia o określonych posiłkach). No to gdzie zaglądam
i czuję się głodna? Ano, zobaczymy.
Śniadanie:
jak już wiecie, bo się sama przyznałam, „Pan Tadeusz” ma
ciepłe miejsce w moim sercu, ponieważ uwielbiam opisy się w tym
dziele znajdujące. A jednym z moich ukochanych jest wizja śniadania:
po pierwsze dlatego, że panuje wtedy pozorny chaos (bo wszyscy
chodzą i gawędzą, a Sędziego coś trafia, ale postanowił już z
tym rzekomym chaosem nie walczyć), a po drugie dlatego, że znajduje
się tam absolutnie cudowny i inspirujący opis parzenia kawy.
Dlaczego inspirujący? Dlatego, że kawa jest z kożuszkiem. Swego
czasu z przyjaciółką zastanawiałyśmy się, czym ten kożuszek
jest – wyeliminowałyśmy najprostszą odpowiedź, czyli ubitą
mleczną piankę – i metodą prób i błędów zaczęłyśmy proces
ubijania śmietanki tak, żeby uzyskać kożuszek. Kawa jest to jakaś
szalona w kalorie, ale smaczna (zbożowa także, gdyż to jedna,
którą piję, mimo że nie jest to trunek który ma
czarność węgla, przejrzystość bursztynu, / Zapach moki i gęstość
miodowego płynu
). Co prawda
wieńczące soplicowskie śniadanie zrazy mnie nie kuszą, tak samo
jak zabielane piwo z twarogiem, ale poza tym lubię to leniwe (jak
dla kogo – bo jednak służba miała co robić!) nastrojowe
literackie śniadanie.
Drugie
śniadanie:
nie wiem, czy pamiętacie, ale miś Paddington,
jedyny w swoim rodzaju przybysz z mrocznych zakątków Peru,
zakumplował się w Londynie z innym osobliwym mieszczaninem, czyli panem
Gruberem, właścicielem antykwariatu. Przyjaźń ich cementowała się nad drugimi śniadaniami,
jedzonymi w dziwacznym przybytku pana Grubera. Na te posiłki
składały się bardzo tradycyjnie bułeczki i kakao. Mój ulubiony
Domownik, który zupełnym przypadkiem odkrył w sobie wielką miłość
do Paddingtona, nieznanego mu w dzieciństwie (jam to, nie chwaląc się, sprawiła), a który to Domownik jest również
wybornym cukiernikiem, od czasu do czasu zainspirowany tym drugim
śniadaniem wypieka różnego rodzaju bułeczki, po czym serwuje je z
kakaem. To jedna z milszych inspiracji literacko-jadalnych w naszym
domu, sami rozumiecie.
Obiad:
prawda jest taka, że nie przepadam za Murakamim, ale jak myślę o
obiedzie, to przychodzi mi na myśl ten późny posiłek, który
sobie pichci główny bohater „Kroniki ptaka nakręcacza”.
Murakami opisuje go w detalach, co też bohater kroił, jak grubo, co
wrzucał na patelnię, czym doprawiał i jak posiłek potem zjadł.
Przy czym bohater jest nadal pogrążony w melancholii, bo nie wie,
co się dzieje z jego żoną i jak wszystkie te dziwne dziwności,
piętrzące się wokół niego, się rozwiążą. Także z jednej
strony nie jestem fanką książki, z drugiej to jest bardzo
sugestywny opis i jak myślę o takim szybkim gotowaniu obiadu z
tego, co akurat jest w lodówce, to przychodzi mi na myśl właśnie
ten bohater Murakamiego krojący w wąskie paski paprykę w wąskiej,
ciasnej kuchni.
Podwieczorek (zwany też podjadkiem):
jest pewna rasa, która ma nie tylko podwieczorek, ale i kilka innych
dodatkowych posiłków w trakcie dnia, a są nią oczywiście
hobbici. Ale mnie zainspirował lata temu pewien jeden konkretny
hobbit, czyli Bilbo Baggins z „Hobbita”. Nie wiem, czy
pamiętacie, ale jest tam taka scena, jeszcze na samym mniej więcej
początku, kiedy Bilbo rozmyśla, co by tu zjeść i przypomina
sobie, co takiego trzyma w spiżarni. Wśród przeróżnych wiktuałów
jest także okrągłe ciasto jabłkowe – od tamtej pory dla mnie
synonim takiego comfort food
(takiego, że wiadomo, że zaraz zwali się nam do domu banda
krasnoludów i potem trzeba ruszać w drogę w charakterze
włamywacza). Pamiętam, jak zainspirowana tym opisem po jakimś
spacerze wróciłam do domu z myślą, żeby taki jabłecznik upiec.
Nie wyszedł może jakoś wspaniale, ale doprawiony wspomnieniem
lektury smakował wyśmienicie.
Kolacja:
to w sumie taki posiłek, że po całym dniu wymyślania, co by tu
zjeść, człowiek już jest zmęczony, dlatego nic tak nie smakuje,
jak wyrafinowana prostota. A po taką swego czasu można było
sięgnąć do „Kwiatu kalafiora” Małgorzaty Musierowicz. To tam
Gabrysia zaproszona na sylwestra do kuzynki Joanny odkrywa, że
atrakcją wieczoru będzie fondue złożone z resztek sera żółtego
pokutujących w kuchni gospodyni. Proste, łatwe, czyszczące
lodówkę, a do tego sprawiające wrażenie bardzo eleganckiej ozdoby
proszonego przyjęcia. Idealna kolacja, po prostu! Ach, gdzie te
czasy, że się tak przyjemnie jadało u różnych Borejków, zanim
zaczęli w człowieka rzucać musztardą i terroryzować swoim
widzimisię na temat nie tylko diety.
No
i jeszcze w ramach bonusu – posiłek istotny, a wynaleziony chyba u
nas, czyli…
Obiadokolacja:
twór mało lubiany, ale często do przeżycia konieczny. Najczęściej
spotykany na różnego rodzaju zorganizowanych wycieczkach, których
co prawda unikam jak ognia, ale też na których w latach swych
szkolnych bywałam, bo wszyscy bywali. Wtedy zawsze myślałam sobie
o tym, jak to w „Panu Samochodziku i strasznym dworze” pan Tomasz
jada obiadokolacje razem z dwójką swoich podwładnych w nieczynnym
poza sezonem ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem. Dodatkową atrakcją
jest znajdujący się w ośrodku telewizor, co z wiadomych względów
budzi ekscytację większą niż obiadokolacje. Zawsze z jakimś
sentymentem myślę o tych obiadokolacjach nad ciemnym jeziorem, bo
jest w tym taki zupełnie leciutki posmak melancholii, bo kończy się
lato, wczasowicze wyjeżdżają, a stołować się w ośrodku
nadchodzącą jesienią będzie tylko trójka pracowników muzeum i
jacyś przypadkowi turyści.
A
Wy macie swoje ulubione literackie posiłki, które Was inspirują
albo przynajmniej z chęcią o nich myślicie?
______________
Jutro
Wielkanoc, więc umyśliłam sobie wpis gościnny – tematyka będzie
niewielkanocna, ale osoba piszącego za to jakoś do Wielkanocy nawiązuje. Także gdybyście chcieli odetchnąć po
późnym śniadaniu – notka stanie w południe.

25 Replies to “Literackie posiłki albo dokąd zerknąć, gdy głód zagląda w oczy”

  1. Skoro wspomniałaś o Hobbitach, to dam sobie z nimi spokój :).
    Judysia Plum z "Pat ze Srebrnego Gaju" serwowała swoim podopiecznym przekąski przed pójściem spać. Ten posiłek nie miał chyba nazwy, ale był fascynująco obfity.Dziecko powinno przed snem zjeść nogę indyka (na zimno) z ziemniakami i ciasto.

    1. Brzmi jak przepis na, hm, interesujące sny ;).

    2. O tak. I teraz skojarzyłam, że w sumie "Kuzynki" Pilipiuka zazwyczaj dobrze jedzą, głównie tradycyjne potrawy,a Autor to wręcz z lubością opisuje.

    3. To się chyba wpisuje w większy staropolsko-tradycyjny trend u Pilipiuka (zupełnie nie pamiętam tych opisów, muszę chyba zajrzeć tam znowu, bo zasadniczo bardzo lubię detaliczne opisy jedzenia – byleby nie obrzydliwe;)).

  2. Bardzo lubię wątki kulinarne w książkach, niesamowicie mnie kręcą. Jakiś czas temu przeczytałam cudowną książkę o gotowaniu – Apetyt Philipa Kazana. Niesamowita rzecz, nie mogłam spać.

    1. Też bardzo lubię książki, które w ogóle są o gotowaniu (kiedyś się zabiorę za taki osobny wpis), lubię też wszelkiego rodzaju książki kulinarne oparte o powieści (wszelkiego rodzaju kuchnie z Zielonego Wzgórza i tak dalej ;)).

  3. Masz rację- u Musierowicz kiedyś jadało się wspaniale, te sugestywne opisy smażenia, pieczenia…Na zawsze zapamiętam biedną Idę oblizującą wieczka słoików z przetworami i jej pyszne obiadki jadane w trakcie bycia damą do towarzystwa:)

    1. Tak, w sumie nie umiem podać dokładnego momentu, kiedy tam się tak przestało jadać (może "Nutria…"? albo może jednak ciut później?), a kiedyś w sumie nawet właśnie te siermiężne makarony-kolanka z fasolką, które gotowała Ida samotna, brzmiały może nie smacznie, ale jakoś tak swojsko i intrygująco ;).

    2. Nie nie, myślę że później, bo chociaż nigdy nie przepadałam za samym Nerwusem, to jednak po Nutrii i Nerwusie jestem wielką fanką opisu robienia gaspacho 😉

    3. Pamiętam to gaspacho! To w ogóle było moje pierwsze zetknięcie z tą nazwą i bardzo inspirujące, bo zostało ze mną na dłużej i w końcu się nauczyłam je robić :). To w takim razie gdzie? "Imieniny" może?

  4. Pan Samochodzik <3
    Hm, teraz nie mam szczególnych skojarzeń związanych z literaturą i jedzeniem… może oprócz ciasta Ani z Zielonego Wzgórza;)

    1. O Ani pomyślałam w pierwszej kolejności, tyle że jak wiemy, to nie jest to specjalnie inspirujący posiłek, jako że, wiadomo, pudding z wkładką ;).

    2. Racja, tego się raczej nie poleca do samodzielnego wykonania;)

    3. Bym powiedziała, że wydatnie potrzebna jest czyjaś pomoc i samopoświęcenie ;).

  5. Zapomnialas o podkurkach w Nawloci, które to spozywal Cezary Baryka w "Przedwiosniu". Kapitalne te opisy obzarstwa, chyba najlepsza czesc powiesci. Zas co do Borejków, to pamietam, ze na kolacje zwykli jadac odsmazane ziemniaczki z obiadu. I nigdy nie zapomne tego kurczaka, którego upiekla Ida po przedwczesnym powrocie z wakacji rodzinnych w "Idzie Sierpniowej". A wczesniej na niego zarobila sprzedajac wlasnorecznie zrobione serduszka z chleba bodajze.
    Nie przepadam za powiesciami, w których wszystko kreci sie wokól jedzenia, ale polecam "Five quarters of an orange" Joanne Harris, autorki "Czekolady". Nie wiem, czy zostala przetlumaczona na polski. Bardzo dobra powiesc, w której jedzenie jest wazne, choc nie najwazniejsze.

    1. Cudne są w ogóle te posiłki w Nawłoci, te masła, rogale śniadaniowe – i to niedowierzanie Cezarego, że tak można, że to wszystko tam jest, i ta jego myśl, że to się skończyć musi, że coś takiego nie może trwać zbyt długo, bo jest nie do pomyślenia, bo przyjdzie rewolucja i wszystko to pochłonie, z dżemami, rogalami i masłem w pięknej maselniczce.

      "Czekolada" mnie trochę rozczarowała, ale może w takim razie zobaczę, jak te ćwiartki pomarańczy – dzięki za polecenie :)!

  6. Ja byłam głodna, gdy czytałam "Zupę z granatów". Może Ci się przyda jako lektura do przeczytania i do kolejnego menu – może bardziej orientalnego? (:

    1. O, dziękuję, brzmi pysznie! Na pewno zapamiętam i jak mi się trafi gdzieś, przeczytam! 🙂

  7. "okrągłe ciasto jabłkowe " – a w jakim to było tłumaczeniu? W mojej wersji Bilbo trzymał w spiżarni placek z kminkiem do przegryzienia przed snem – i też stało się to dla mnie synonimem "comfort food". Choć przyznam, że w życiu nie upiekłam nic w tym stylu. Zabawne by było, gdyby wyszło, że to jedno i to samo ciasto, tylko inaczej przetłumaczone. 🙂

    1. Wiesz co, teraz nie mam pod ręką, ale to była na pewno Skibniewska. I tak sobie myślę, że może to było ciasto z kminkiem, a mi się ustaliło w pamięci jako jabłecznik? To by było bardzo prawdopodobne! Też czytałaś Skibniewską?

    2. Jako ortodoks tolkienizmu polskiego zapytam: jak można czytać *inny* przekład niż Skibniewska? 😉

    3. Skibniewska to była, wydanie z obwolutą, ale jaką, nie mam pojęcia, bo już jej dawno nie ma (chyba takie góry z ukrytą dziurką od klucza). We "Władcy" późniejsze wydania miały różne korekty (choćby ten tytuł I tomu), ale czy "Hobbita" też podrasowywali, to nie wiem. Dodam, że kiedyś zdarzyło mi się czytać przekład Frąców i krzywdy mi nie zrobił.

    4. W sumie czytałam lub poczytywałam "Władcę…" w przekładzie Skibniewskiej, Łozińskiego i Frąców – i co innego w nich doceniam (najbardziej lubię Skibniewską, też przez sentyment). Natomiast czy jest inny "Hobbit" niż Skibniewskiej – nie wiem? Także z tym ciastem musiałam sobie zakonotować, że było jabłkowe, a ono z kminkiem! 🙂

  8. Zgłodniałam… 🙂 Nie jestem może bardzo "posiłkowa", ale jeśli chodzi o słodycze – macie mnie! Dla mnie pyszności z pierwszych tomów Jeżycjady będą zawsze najbardziej apetyczne. Ostatnio zresztą "babkę – puchatkę" piekłam i jest niebiańska. Podobnie wypieki z "Córki Piekarza" – mniam! 🙂 Zresztą uważam, za bardzo fajny dołączanie przepisów na to, co jedzą bohaterowie książki – albo jak aneksu albo nawet osobnej broszurki. 😉

    1. Też to lubię, ale nie bezwarunkowo. To znaczy w momencie, kiedy to ma znaczenie dla akcji, tak. Kiedy jest takim dodatkiem, mającym uatrakcyjniać książkę, samą w sobie dość słabą, nie. Za to lubię wszelkiego rodzaju "literackie" książki kucharskie ("Całuski pani Darling" na przykład) :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.