Jak Dickens pisał „Dziady” albo nieoczekiwana zmiana miejsc

Przy okazji wpisu o ulubionych szkolnych lekturach wywiązała się dyskusja, w której Beata z Miros de carti poruszyła frapujący temat, który mnie zachwycił. Mianowicie: co by było, gdyby daną książkę napisał kto inny? Do tego piękne wizje wysnuła tam Ann-wlkp, więc nie pozostało mi nic innego, jak któregoś słonecznego popołudnia przysiąść fałdów i zastanowić się, kogo by tu wziąć na ząb od tej strony. I tak powstał ten wpis.

Sami
przyznajcie, że taka literacka zabawa jest nie dość, że szalenie
przyjemna, bo trzeba się zastanowić, co definiuje styl danego
autora i co sprawia, że jakaś książka wygląda tak, jak wygląda,
a nie ciut inaczej, to jeszcze do tego sprawia masę takiej prostej
radości. Pomyślałam sobie, żeby pójść taką nieco przewrotną
ścieżką i najpierw podsunąć jakieś dzieło polskiemu twórcy, a
potem to samo – zagranicznemu, i sprawdzić, co z tego wyjdzie.
Poniżej macie rezultaty. Także, już nie przedłużając: bawcie
się dobrze (a przynajmniej tak dobrze, jak ja)!

Co
by było, gdyby… Jan Kochanowski napisał „Dziady”, część
drugą?
Zacznijmy
jeszcze zgodnie ze słowami Wieszcza: Ciemno wszędzie,
głucho wszędzie, / Co to będzie, co to będzie?
Ano
właśnie: co? Kochanowski zasiada do pisania pod czarnoleską lipą
pod koniec życia,
prawdopodobnie pod koniec lat 70. szesnastego wieku,
macza pióro w kałamarzu, odcina się od dworskich wspomnień i
zanurza w świat ludowych wizji, ale wiadomo, z pewnym jednak
dystansem, bo choć wychwala wieś, to jednak z bezpiecznych pozycji
posiadacza ziemskiego, co sam motyką machać nie musi, a jedynie
może. I pisze „Obrzęd Dziadów starodawny”. To i owo
podpatrzył, kiedy nawiedził
go pomysł, by napisać o
Sobótce,
co nieco słyszał, bo bez przesady, nie
tak znowu szybko stare zwyczaje są wypierane przez nowe i nawet on,
zasadniczo dość pobożny katolik, o Dziadach to
i owo wie. Ma zresztą za
sobą „Odprawę posłów greckich”, więc pisanie sztuki nie jest
mu obce – ale ostatecznie
planował napisać poemat o Sobótce, więc może zamiast tego pisać
o Dziadach? Pisałby
pewnie o weselszej Sobótce, gdyby nie tragiczna śmierć ukochanej
córki: to ona skłania go, by sięgnął w rejony bardziej ponure,
toteż postanawia pisać o obrzędzie, gdy duchy przychodzą
do żywych. „Obrzęd
Dziadów starodawny” nie jest dramatem, ale poematem i
zaczyna się tak:

Gdy
Księżyc nad lasem zapada,
gdy
milknie ptaków gromada,
Dziady,
jako czas niesie,
odprawiano
w Czarnym Lesie.

Na wezwanie prowadzącego ceremonię guślarza
przybywają kolejne duchy: najpierw widmo zmarłej przedwcześnie,
bardzo utalentowanej dziewczynki, nad której zgonem boleje sam
podmiot liryczny, wkładając też zalety dziecka w usta innym
bohaterom poematu. Z tłumu uczestniczących w obrzędzie ludzi
wyrywa się jeden, prawdopodobnie ojciec dziewczynki, którego da się
poznać po lepszym ubiorze (literaturoznawcy upatrują w nim samego
Kochanowskiego). Duch jednak, przemawiając do ojca, pociesza go, że
nie jest mu źle na tamtym świecie i prosi wyłącznie o pieśń, by
nie zaginęła o nim pamięć, po czym odchodzi. Następnie na
ceremonii zjawia się widmo złego szlachcica, wykupującego
królewszczyzny, które ukochany władca Kochanowskiego, Zygmunt
August, z taką pieczołowitością starał się odzyskać. Za brak
patriotyzmu i myślenie tylko o swoim szlacheckim interesie błąka
się teraz po piekle, nikt jednak z celebrujących nie chce mu pomóc,
widmo więc odchodzi jak niepyszne. Na koniec zjawia się piękna
dziewczyna, uosobienie kwitnącej ojczyzny, która wygłasza
pokrzepiającą mowę do zebranych, nakłaniając ich, by służyli
zawsze przede wszystkim dobru publicznemu, a dopiero potem myśleli o
sobie. Tak kończy się „Obrzęd Dziadów starodawny”, jeden z
najstarszych poematów pisanych w języku polskim.

A co by było, gdyby część drugą „Dziadów”
napisał… Charles Dickens?
Pewien londyński ksiądz anglikański, który
pomstował na pogańskie zwyczaje w przeddzień dnia wszystkich
świętych, przysypia znużony swoją walką z niechrześcijańskimi
obyczajami swoich parafian. Parafia leży na obrzeżach Londynu i
należy do tych raczej biednych: sami robotnicy, wielodzietne
rodziny, matki dorabiające szyciem i praniem. O północy budzi go
jakiś stukot. To dwa małe duchy biednych dzieci, które zostały
zmożone głodem, bo ich rodzice nie mieli z czego ich wyżywić,
przybyły do księdza, by pokazać mu, jak naprawdę żyją jego
parafianie, którym on, ich duszpasterz, odmawia choćby tej odrobiny
rozrywki w noc Halloween. Ksiądz opiera się, kropi duchy święconą
wodą i wznosi modły, ale to wszystko na nic: duchy przenoszą go do
domu ich ubogich rodziców wiele Halloween temu. Bohater widzi, jak
szczęśliwa, choć biedna, jest to rodzina. Zdaje sobie jednak
sprawę, że na wpół przezroczyste dziecięce twarzyczki wtedy, to
jego towarzysze teraz – i gorzko płacze, poznając ich rodziców:
to ci parafianie, na których najmocniej wtedy pomstował. Tu duchy
go porzucają i ksiądz już myśli, że ma spokój, ale nie –
nadchodzi kolejny duch, młodej dziewczyny, pięknej i wyglądającej
niewinnie, która jak się okazuje, zmarła przy porodzie nieślubnego
dziecka i nie doczekała się chrześcijańskiego pochówku. Pokazuje
księdzu noc Halloween wiele lat temu, kiedy to spotkała swojego
ukochanego, ojca dziecka, z którym – pod wpływem bogobojnych
kazań bohatera – rozdzielili ją rodzice. Ksiądz płacze gorzko i
wówczas duch dziewczyny go porzuca. Bohater krzyczy w rozpaczy, by
duchy dały mu już spokój, ale to jeszcze nie koniec: pojawia się
przed nim straszliwe widmo innego księdza, które opowiada mu, jak
karało parafian, jak kazało im o mękach piekielnych i zakazywało
zabaw, a teraz okazuje się, że za swój brak serca i wyrozumiałości
cierpi męki piekielne. Zostawia księdza oszalałego z rozpaczy na
cmentarzu w środku nocy, za murami słychać pozdrawiających się
ludzi i okrzyki „cukierek albo psikus”. Nagle nasz bohater budzi
się, jest poranek, duchy znikły. Idzie do kościoła i w czasie
nabożeństwa przeprasza parafian, od tego czasu słynie jako ludzki
i wyrozumiały duszpasterz biednej, ale szczęśliwej dzielnicy. 
 
 
 Wszystkie ilustracje do tych bezwstydnych wyklejanek
pochodzą z polskiej wikipedii.

A
co by było, gdyby „Przedwiośnia” nie napisał Stefan Żeromski,
ale… Zofia Nałkowska?
Bohaterka „Szklanych domów”, bo tak nazywa
się wydana w połowie lat 20. jedna z najlepiej znanych powieści
Zofii Nałkowskiej, Cezaria Baryka, zmaga się z rzeczywistością
nowej Polski. Wciąż pamięta opowieści ojca-socjalisty o tym, że
wszyscy będą żyli w pięknych, szklanych domach, tymczasem jednak
wszystko wskazuje na to, że nowa ojczyzna pogrąży się w chaosie.
Cezaria śledzi odejście do wojska swojego ukochanego, Hipolita, i w
czasie kiedy on walczy z bolszewikami, ona przebywa w majątku
ziemskim jego rodziców, Nawłoci. Obserwuje, jak ziemiaństwo
rozprawia o tym, jaki powinien być kształt Polski i obawia się
nadejścia rewolucji komunistycznej. Sama Cezaria jest rozdarta, nie
wie, co robić. Kiedy Hipolit wraca z wojny, zostaje otruty przez
swoją szaloną dawną wielbicielkę, Cezaria więc wraca do Warszawy
i stara się stłumić ból po śmierci ukochanego, rzucając się w
wir pracy społecznej: jako pielęgniarka nawiedza dzielnice nędzy,
słuchając urywanie przemówień o tym, jak poprawić losy
robotników. Pewnego razu w czasie drogi do dzielnicy nędzy
natrafia na manifestację robotników, idących pod Belweder, która
porywa ją ze sobą i niesie na fali aż na miejsce. Cezaria to
pojawia się, to niknie w tłumie. Słychać strzały. Powieść się
kończy.

A
gdyby tak „Przedwiośnie” napisał… Albert Camus?
„Początek jesieni” to opowieść o młodym,
pełnym ideałów wspólnej pracy i zapewnieniu wszystkim jednakowych
praw Cézarze.
Cézar
zaczytuje się w ponurych książkach, chodzi na zebrania robotnicze,
wie jednak, że nigdy nie wykorzeni z siebie swojego
arystokratycznego pochodzenia. Zmaga się wewnętrznie ze sobą,
monologi bohatera zajmują większą część niespełna
stustronicowej powieści. W dodatku pochodzenie bohatera widać nawet
w jego rzymskim imieniu. Cézar
nie wie, co ma robić – rozdarty, wyrzeka
się swojego imienia i jako Bezimienny przemierza już lekko zimowe
ulice miasta, w którym czuje się obco, bo wie, że nie należy do
takich jak on, ale że powinno być zwrócone tym, którzy naprawdę,
organicznie je zamieszkują: robotnikom. Kiedy w czasie takiego
spaceru wpada w tłum idących na Pola Elizejskie manifestantów,
zabiera jednemu z nich pistolet i strzela. Camus zostawia nam z
niedpowiedzianym wątkiem: czy Cézar
popełnił samobójstwo, by uwolnić się od swego brzemienia, czy
też zamordował kogoś spośród tych, których tak podziwiał i z
których jednym chciał się stać? Poruszający manifest straconego
pokolenia, które dojdzie do głosu w 1968 roku.
 
 
 
 

Nie
mogło zabraknąć pytania, jak by wyglądała „Trylogia” pisana
przez… Bolesława Prusa. A raczej jeden jej tom, czyli „Pan
Wołodyjowski”
Michał Wołodyjowski ma wszystko: sławę,
przyjaciół, opinię pierwszego żołnierza Rzeczpospolitej, a mimo
wszystko czegoś mu w życiu brak – miłości. Był już raz
żonaty, z bogatą, ale starą szlachcianką, która zmarła w czasie
jednej z wojen, na których on sam dorobił się sławy. W czasie
pobytu w Warszawie poznaje Krzysztofę, piękną pannę na wydaniu,
która też zdaje się darzyć go afektem. I pomimo ostrzeżeń
starego druha, Onufrego Zagłoby, Wołodyjowski rzuca się w romans z
Krzysztofą. Nie zauważa przy tym mniej pięknej, ale za to
inteligentnej Barbary, na którą uwagę zwraca mu Zagłoba. Ten to
dostojny starzec, ostoja i opoka, notuje swoje przemyślenia w
prowadzonym ze swadą pamiętniku, w którym zamartwia się losami
„Michaśka”. Wołodyjowski powoli zaczyna gnuśnieć: nie bywa na
salonach, nie pojedynkuje się, w końcu odmawia stawienia się do
armii, kiedy król ofiarowuje mu odległą kresową stanicę do
zarządzania. Opinia publiczna powoli odwraca się od
Wołodyjowskiego, wszyscy widzą, jak opętany jest miłością do
beznamiętnej Krzysztofy. W dodatku wokół obiektu uczuć
Wołodyjowskiego zaczyna kręcić się przystojny szkocki szlachcic
Ketling, który wkrótce zdobywa serce bohaterki. Michał jednak tego
nie dostrzega (odnotowuje to w swoim dzienniku starego wiarusa
Zagłoba, prorokujący przy tym, że potrzeba nam nowego
Żółkiewskiego na wojnę z Turczynem, która niechybnie wybuchnie:
gdzie jest ten mściciel, co ma wstać z kości,
pisze Zagłoba). W czasie
jednej z wycieczek konnych za miasto, w której uczestniczy zarówno
Wołodyjowski, jak i Ketling oraz Krzysztofa, Wołodyjowski, w
sekrcie zgłębiający angielszczyznę, dowiaduje się z ust
pozostałej dwójki, że zostali kochankami i że nim gardzą za jego
gnuśność. Zawraca konia z gniewnym okrzykiem Farewell,
miss Krzysztofa, farewell
i
znika w oddali. Wszyscy zachodzą w głowę, co się z nim stało.
Zagłoba zastanawia się, czy wyjechał za granicę. Do Warszawy
docierają jednak plotki, gdzie jest: oto przyjął królewską
ofertę i wojuje nad
granicami. Kiedy do miasta dociera wieść o wybuchu w podolskiej
twierdzy obleganej przez Turków, Zagłoba nie może uwierzyć w
śmierć pupila. Notuje w dzienniku, że z pewnością zdołał
uciec, grzebiąc pod gruzami armię sułtana.

No
dobrze, a gdyby tak „Pana Wołodyjowskiego” napisał… Arthur
Conan Doyle?
Michael Wolodyjowski jest z zamiłowania
detektywem, żyje w egzotycznym kraju gdzieś w Europie, raczej tej
wschodniej. Jego wiernym towarzyszem jest stary żołnierz, wysłużony
na wielu frontach, co to z niejednego pieca chleb jadł, Zagloba.
Wolodyjowski trzyma się swoich zasad, przede wszystkim szkoląc się
w ukochanym rzemiośle: szermierce, dorabiając na boku jako
detektyw, czasami wynajmowany nawet przez samego króla tego
osobliwego państwa, gdzie toczy się akcja (krytycy po wielokroć
zarzucali autorowi, że coś takiego nie mogłoby istnieć w
rzeczywistości). Pewnego razu król zleca Wolodyjowskiemu i jego
wiernemu kompanowi zadanie: trzeba się dowiedzieć, kto spiskuje
przeciwko państwu, przebywając w jego szeregach. Wiadomo tylko, że
ten ktoś ma osobliwy tatuaż na piersiach. Bohaterowie zaczynają
dochodzenie. W pewnym momencie do ich kamienicy trafia panna Barbara,
uskarżając się na natrętnego wielbiciela. Zagloba ze zdziwieniem
odnotowuje fakt, że Wolodyjowski chce zająć się i tą sprawą,
skoro mają na tapecie kwestię wagi państwowej. Szybko jednak
okazuje się, że obie sprawy są ze sobą powiązane, co doprowadza
do finałowej sceny, w której Wolodyjowski wykłada Zagłobie,
królowi i innym zgromadzonym, jak doszedł do rozwiązania zagadki i
odsłania ryby siną farbą na piesi wykłute arcyłotra Asii. 
 
 
 
 

Co
by było, gdyby za „Sierotkę Marysię” wziął się… Józef
Ignacy Kraszewski?
Rozbudowany cykl
powieściowy od czasów piastowskich po XIX-wieczne losy ubogiego
chłopstwa. Pierwszy tom „Koszałek” literaturoznawcy odczytują
jako apoteozę szkoły kronikarskiej Galla Anonima. W tomie drugim,
„Opałek”, mamy z kolei do czynienia z obnażeniem praktyk
historiograficznych Jana Długosza, z którymi Kraszewskiemu było
nie po drodze. W tomie trzecim, „Królu Błystku”, stworzył
autor przejmującą panoramę Rzeczpospolitej
tuż po pierwszej elekcji, gdzie bezlitośnie portretuje Henryka
Walezego i jego rozrzutny dwór, a samego władcę nazywa „Królem
Błystkiem” od noszonego w uchu na modę francuską kolczyka z
perłą. Tom czwarty, w
którym poznajemy Marię, wówczas jeszcze młodą, ubogą
dziewczynę, „Sierotka”, opowiada o jej losach jako posługaczki
na dworze Radziwiłła zwanego Sierotką. Marii
nie opuszcza przekonanie, że jej los się odmieni i rzeczywiście,
jeden z gajowych Radziwiłła zakochuje się w dziewczynie. Do
historii literatury przeszła wzruszająca scena miłosnych wyznań
na kartoflisku, gdzie wśród
dymiących ognisk gajowy oświadcza się Marysi charakterystycznym:
„Maryś, a pójdziesz ty za mnie, czy nie pójdziesz?”. W
ostatnim tomie, piątym, noszącym prosty tytuł „Maria”,
bohaterowie odchodzą z dworu
rozpustnego magnata i ruszają na wieś, by tam edukować chłopstwo,
nienawykłe do tego, by dbać o edukację. Cykl
kończy piękna scena, gdy Maria zamyka obwoźną bibliotekę i
lekkim krokiem oddala się w kierunku przycupniętej na skraju lasu
chatki, którą dzieli z gajowym i ich wspólnym, licznym potomstwem,
na
które okoliczni chłopi wołają „krasnoludki”.

A
gdyby tak „Sierotkę
Marysię” stworzył… Julius Verne?
Po śmierci rodziców Marie okazuje się być
spadkobierczynią wielkiej fortuny. Testament stawia jednak bardzo
wyraźne warunki, na których dziewczynka może odziedziczyć spadek:
czeka ją niezwykle ważne zadanie, bez spełnienia którego nie
zobaczy złamanego grosza. To jej ojciec, wielki wynalazca i pasjonat
nauki, chcąc obudzić w dziewczynce drzemiący w niej potencjał,
zapisał w testamencie, że Marie tak długo nie odziedziczy majątku,
póki nie udowodni naukowo, że krasnoludki nie istnieją. Marie,
rozwydrzona i rozpieszczona dziewczyna, początkowo nie chce się na
to zgodzić – ale czas nagli, testament ustanawia datę finalną
dowodu na dziesięć lat od teraz. Obserwujemy przemianę bohaterki,
która zaczyna szukać pomocy w uznanych instytucjach naukowych –
zostaje jednak okrutnie wyśmiana przez sorbońskich profesorów –
zakasuje więc rękawy i rusza najpierw w bretońskie lasy, a potem w
dżungle Amazonii, w leśnych ostępach nie tkniętych ludzką stopą
szukając odpowiedzi na pytanie, czy krasnoludki są na świecie.
Pomagają jej prostolinijny Scrobeck, lokaj rodziców Marie oraz
tajemniczy mężczyzna bardzo niskiego wzrostu, który każe się
nazywać Fiddle-Faddle. Razem podejmują te niebezpieczne wyprawy,
przeprowadzają naukowe ekspertyzy w zadymionych laboratoriach, by
dojść do zaskakujących wniosków, że można sobie wierzyć, w co
się chce, a krasnoludki jednak istnieją! 
 
 
 
 

A
jeśli „Chłopi” wyszliby spod pióra nie Władysława Reymonta,
ale… Stefana Żeromskiego?
Jagna, dobrze
się zapowiadająca dziewczyna z przyzwoitego domu, wdaje się w
romans z synem bogatego gospodarza, Antkiem. Ze związku tego rodzi
się dziecko, które zrozpaczona Jagna topi, sama zaś oszalała ze
strachu ucieka z rodzinnej wsi do
leżącej niepodal Mszadli. I tam jednak ściga ją zła sława i
wieść o tym, jakiego czynu się dopuściła. Tymczasem wśród
chłopów pojawia się błądzący po okolicy zagubiony w borach
powstaniec styczniowi. Początkowo ukrywa się w chacie matki Jagny,
kiedy jednak interesowna kobieta grozi, że go wyda, powstaniec
przenosi się do chaty najbogatszego we wsi chłopa, Boryny.
Rozmawiają godzinami o sprawie polskiej, Boryna
ze łzami w oczach zdaje sobie sprawę z tego, że jest nie tylko
chłopem, ale też – Polakiem. Tymczasem
jednak we wsi zjawia się carska ochrana, szukając powstańca.
Boryna osłania go własną
piersią, po czym zostaje powalony na ziemię i zakuty. Powstaniec
szczęśliwie ucieka i tak trafia do lasu niepodal Mszadli, gdzie
biwakuje na dziko Jagna, wciąż ścigana swoim występkiem.
Bohaterowie nawiązują płomienny romans, ale powstaniec nie
zapomina o swoich obowiązkach względem ojczyzny. W
końcu odchodzi, by szukać sposobu na ratowanie Polski, zostawiając
kobietę w lesie. Ta z przerażeniem odkrywa, że ponownie jest
brzemienna. Widzi jednak w tym oznakę przebaczenia od sił
niebieskich, rusza więc z powrotem do wsi, by szukać
zadośćuczynienia także wśród ludzi. Niestety
w drodze do wsi spotyka urzędników ochrany, którzy biją ją bez
litości. Kobieta umiera i zostaje znaleziona przez syna Boryny, a
swojego dawnego kochanka, Antka. Ten
nad ciałem kobiety poprzysięga walczyć z zaborcą i
odchodzi ukrywać się do lasu.

To
przetestujmy jeszcze, jak wyglądaliby „Chłopi”, gdyby napisał
ich… Franz Kafka
We Wsi znajduje
się Chata, w której mieszka miejscowy bogacz, B. B. posiada ogromny
majątek, ale wszyscy wiedzą, że czegoś jeszcze szuka. Ciągnie go
do kobiet, zwłaszcza młodych. Wysyła dwóch groteskowo
wyglądających swatów do chaty, w której mieszka J. Wysłannicy
przedstawiają kobiecie sprawę tak, że nie wie ona, o co chodzi.
Zwiedziona przez swatów rusza jednak do Chaty, po drodze spotykając
Wójta, który grozi jej procesem o zniesławienie. J. nie wie, o co
chodzi i kogo zniesławiła, ale jej tłumaczenia nie zdają się na
nic. Ucieka w panice, w końcu trafiając do B. Tego nie ma jednak w
pierwszej izbie, nie ma też w dwóch kolejnych. J. krąży po
chacie, która jest jakby labiryntem, z którego nie ma wyjścia.
Słyszy czasem z oddali jakieś głosy, jakby śmiech, jakby dźwięki
wesela, ale za każdym razem, kiedy jest już blisko, dźwięki
oddalają się i milkną. „Chata”
Kafki odczytywana jest jako powieść o zagubieniu w patriarchalnej
wiejskiej społeczności, która nie rozumiejąc jednostki
aspirującej do innych niż tradycyjne wartości, zostaje skazana na
bytowanie poza społecznością.
 
 
 
 

Przyznam,
że mam jeszcze kilka pomysłów, ale nie chcę rozpychać tej notki,
więc może kiedy indziej? Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze! Macie jakieś inne pomysły – a może
kategorycznie nie zgadzacie się z którąś z moich powyższych
wizji?

___________

Jutro Światowy Dzień Książki, więc jakżeby
ten dzień ominąć!

Comments

    1. Post
      Author
  1. asaszan

    Kategorycznie domagam się ciągu dalszego! Uśmiałam się do łez, a teraz zielenieję z zazdrości, bo w życiu bym tak nie wymyśliła. Dobrze, że zielony na wiosnę pasuje…

    1. Post
      Author
      admin

      Zielony jest piękny i podobno uspokaja, więc… 😉 Ale cieszę się, bo śmiech to zdrowie :D. Ciąg dalszy zatem nastąpi za czas jakiś :).

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
  2. Anonimowy

    GENIALNE! A swoją drogą, można by wykorzystać pisarzy "nowszych", np. Sherlocka Holmesa, jako powieść Dana Browna albo opowiadanie Mrożka 😉
    Czekam z niecierpliwością na ciągli dalsze (bo liczę, że będzie ich więcej, najlepiej niech takie wpisy staną się naszą nową, świecką tradycją!)
    Pozdrawiam ciepło!

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
  3. Beata P.

    "Pan Wołodyjowski" w wykonaniu Stefana Żeromskiego zrobił mi dzień:P Piękne, po prostu piękne;)
    I jak ładnie połączyłaś różne wątki i charakterystyczne dla poszczególnych autorów motywy i sposoby pisania!;)

    1. Post
      Author
      admin

      Czyli że Prus, tak :D? Bardzo się cieszę, że Ci się podobało!
      Tak się starałam, bo w tym cała zabawa, zresztą wtedy można się przy okazji zastanowić, co też charakterystycznego w pisaniu danego autora jest, więc przy okazji można dojść do ciekawych wniosków ;).

  4. ann-wlkp

    Jaka ta notka jest piękna! Zwaliłam się przed chwilą do domu, odpaliłam neta, a tu taka niespodzianka. Sama nie wiem, od czego zacząć, ale po porządku idąc:
    – w kategorii „najbardziej zaskakujące połączenie” – bezdyskusyjnie Wolodyjowski na tropie, czyli, to elementarne, drogi Zaglobo! Tyle już retellingów Holmesa za nami, bo to i steampunki, i Lovecrafty, i Niu Jorki, i sfy, ale tego jeszcze nie grali. Czy w kolejnym opowiadaniu Wolodyjowski wysadzi się razem z podłym Asią, by potem powrócić w przebraniu tureckiego janczara?
    – w kategorii „archetypy dla przyszłych pokoleń” – polska wieś budzi się, czyli Boryna odkrywający, że jest Polakiem i Antek jako mroczny opozycjonista. To byłby na pewno na tyle mocny akcent, że kolejne pokolenia pisarzy eksploatowałyby ten motyw. Wręcz widzę, jak w bronowickiej chacie objawia się nie żaden tam Wernyhora czy inny pan-dziad z lirą, ale chłop Boryna i wygłasza wiekopomne hasło, coś w stylu „masz tu, chłopcze, złoty róg, z polską szlachtą – polski lud”. Po czym następuje ogólne zbratanie, egzorcyzmy Szeli i wesoły oberek a la Krakowiacy i Górale.
    – w kategorii „jakże to pasuje, aż strach się bać” – „Pamiętnik starego szlachcica”. Bo, proszę, jak to wszystko się składa. Nawet ten język angielski pasuje, nie wiem, czy nie lepiej, niż w oryginale. Fakt, że Ketling z miss Krzysztofą musieliby mówić ze szkockim akcentem, ale może i Michaśko podkształcał się lingwistycznie u jakiegoś uciekiniera z Edynburga. No i wybuch na końcu idealnie dobrany.
    – w kategorii „nasi tu byli” – „20000 mil podróży sierotki Marysi”. Bo jakże przydałaby się Verne’owi taka kobieca bohaterka – zdeterminowana, zacięta, w kontrze do zaskorupiałego establishmentu uniwersyteckiego! Ba, mógłby to autor wpasować w trylogię kapitan Nemo—kapitan Grant – tajemnicza wyspa. W tej wersji, rzecz jasna, Verne nie ugiąłby się przez żądaniami wydawcy i kapitan Nemo pozostałby Polakiem; może i nawet zaginionym bratem lub ukochanym Marysi?

    A poza tym, tak jest, domagam się dalszego ciągu! Piękne to jest i bardzo pouczające. Widać, jak czasem zmiana akcentów, wywraca na nice całe dzieło, a rzeczy pozornie odległe okazują się mieć wiele wspólnego i nawet „Dziady” mogą się kończyć krzepiącą przemową o służbie publicznej. 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Bardzo mi zatem przyjemnie, że się podobało (a nawet bardzo, bardzo) :)! Mnie samą zaskoczyło, jak wiele tych motywów i wątków pasuje, jeśli je trochę poobracać – to trochę jak zabawa z kostką Rubika, przy czym jasne, niektóre kostki wciska się na siłę, bo nie chcą wejść, ale z daleka pasują jak ulał i nikt nam nie powie, że mocowaliśmy się z nimi ;).

      Przepiękny jest ten Boryna w "Weselu"! Zresztą "Wesele" to jest coś zdecydowanie do przypasowania w ciągu dalszym, ale jak on tam, po machinacjach z Żeromskim, udatnie pasuje :)! Natomiast zapomniałam zupełnie o pierwotnej polskości kapitana Nemo, a to się też ładnie bardzo zgrywa, ha!

      Także, jak zapowiadałam wyżej, ciąg dalszy zapewne będzie, za czas jakiś, ku zabawieniu serc ;).

  5. Anonimowy

    Cudowne, fantastyczne, genialne! Ubarwiłaś mi urodzinowy poranek 😉
    I nie powiem, mam teraz parę pomysłów… Może się kiedyś pochwalę, jeśli będzie się nadawać.

    M.

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.