Biblijna katastrofa ekonomiczna albo o „Gronach gniewu” J. Steinbecka

Są tacy pisarze, o których wiele słyszałam i od dawna mam na nich chrapkę, bo po prostu jakoś się do tej pory nie złożyło, żeby ich dzieła wpadły mi w ręce. Zwłaszcza dwóch amerykańskich klasyków do tej pory było mi zupełnie obcych – John Steinbeck i William Faulkner. Co więcej, ja ich nieustająco ze sobą mylę. Dlatego postanowiłam położyć temu kres i sięgnęłam w końcu po coś reprezentatywnego – i tak przeczytałam „Grona gniewu” Steinbecka i dzisiaj o tejże książce słów kilka.

Zasadniczo
o czym są „Grona gniewu” można przeczytać w wielu miejscach,
więc tylko dla orientacji, krótko: mamy przełom lat trzydziestych
i czterdziestych poprzedniego stulecia i gigantyczny kryzys
ekonomiczny zaczyna zbierać swoje żniwo. Zadłużeni rolnicy z
Oklahomy zostają wywłaszczeni, jak wiele innych rodzin, ze swojej
ziemi, którą najpierw zastawili w banku, a potem tylko dzierżawili,
żeby na koniec bank ich z tej ziemi pod byle pretekstem zwyczajnie
wyrzucił. Rodzina Joadów dzieli los wielu podobnych rodzin, kupuje
więc starą ciężarówkę i uwiedziona pięknymi perspektywami z
ulotek o pracy w Kalifornii, rusza na Zachód.
Właściwie
to chciałabym się skupić na dwóch sprawach z „Gronami gniewu”
związanych: na konstrukcji powieści, bo myślę, że w tym tak
naprawdę spoczywa jej siła i na specyficznym kontekście, w jakim
mi się tę książkę czytało – a myślę, że nie tylko ja tak
miałam. Napiszę też oczywiście o swoich zastrzeżeniach, bo
inaczej nie byłabym sobą. No to zaczynamy!
 Od początku wiedziałam, czym zilustruję ten wpis. Pamiętacie
początek „Interstellar” i ten pył i kurz, który zabijał zbiory? Inspiracją dla Nolana
była faktyczna katastrofa właśnie z lat 30., która zresztą w „Gronach…” jest
jedną z przyczyn, dla których rolnicy się zadłużają i tracą gospodarstwa.
Sprawa
pierwsza: kapitalizm, bolszewicy i cały ten zgiełk
Nie wiem jak Wy, ale ja od czasu
do czasu podczytuję sobie powieści socrealistyczne. Wiem, brzmi
dziwacznie i pewnie trochę dziwaczne jest, bo to są często
straszliwe jakościowo rzeczy, zwłaszcza te z lat 50. i 60., ale
jeśli zerkniecie do rzeczy, które wydawane są zaraz po wojnie, to
tam się da znaleźć kilka ciekawych kwestii. No, ale one mniej
więcej wszystkie są podobne i wiadomo, czego się spodziewać, więc
czytanie ich dla fabuł – przewidywalnych – i bohaterów –
czarno-białych – jest raczej złym pomysłem. Czytuję je sobie
wtedy, kiedy chcę przewidywalnego, szczęśliwego zakończenia;
jasne, wkurzam się po drodze nie raz i nie dwa, ale mimo wszystko
wiem, jak się rzecz skończy i mogę się co najwyżej zdenerwować
naiwnością fabularną. Dlatego nawet przyjemniej jest czytać
międzywojenne socjalizujące powieści (które dodatkowo często są
bardzo dobre). Ale po co, zapytacie, ten wstęp? Ano miałam mniej
więcej od ćwiartki „Gron…” takie wrażenie, że czytam sobie
coś bardzo w tym stylu. To znaczy muszę powiedzieć, że dziwnie
się czyta wywyższenie socjalistycznych ideałów w takim
kontekście. Może nie brzmi to do końca jasno. O co mi chodzi?
Ponieważ akcję obserwujemy
głównie z perspektywy Joadów, którzy są średnio zorientowani w
tym, co się dzieje, nie dostajemy żadnej agitacji czy czegoś w tym
rodzaju. Ale kwestie polityczne w końcu się pojawiają: na czym
polega strajk, kim są łamistrajkowie, kim „czerwoni”, co to
takiego bolszewizm. Policjanci i bogaci właściciele ziemscy z
Kalifornii zwalczają robotników jak mogą – bijąc ich, paląc
slumsy zakładane przez przybyszów, wtrącając ich do więzień i
tak dalej. Najgorszą obelgą staje się słowo „czerwony” i co
ciekawe, chociaż na początku bohaterowie nie wiedzą, o co chodzi,
w końcu dochodzą do wniosku, że oni tak właściwie są
„czerwoni”, jeśli oznacza to chęć życia w godnych warunkach i
otrzymywanie zapłaty za pracę, z której da się coś odłożyć.
To jest taki tok rozumowania, który często doprowadza jakiegoś
drugoplanowego bohatera wspomnianych przeze mnie powieści do tak czy
inaczej rozumianego komunizmu.
Poza tym mamy w „Gronach…”
opis obozu rządowego, który jest bardzo, rzekłabym, kolektywny.
Przybysze rządzą się w nim sami, mają wspólne prace, dzieci
chowają się razem i tak dalej. Obóz jest rajem na ziemi – w
oczach umęczonych Joadów. Ale nawet i potem, kiedy już tam
okrzepną. Co ciekawe, jedyne, co im przeszkadza, to… brak
indywidualnej własności. Większy nacisk kładą na to, że mają
wokół siebie sympatycznych ludzi. Nazwałabym to takim
zdroworozsądkowym komunizmem, jeśli już. Bo właśnie: te
elementy, o których wspominam tutaj przez cały czas są dużo
bardziej widoczne w konstrukcji książki niż w samej fabule, gdzie
politycznych elaboratów w zasadzie nie ma, chociaż ciągłe
rozmyślania kilku bohaterów o naprawie świata mogą je nieco
przypominać. Tak więc spóbujmy przejść do konstrukcji. 
Sprawa
druga: klamry i spinacze – jak to jest napisane?
Steinbeck bardzo polega na takich
klamrach kompozycyjnych, opozycjach, między którymi rozpina fabułę.
Ale może od początku. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy na
samym początku autor serwuje cały rozdział, poświęcony wyłącznie
próbom żółwia, by przejść przez szosę. Nie, nie
przewidzieliście się: cały rozdział czytamy zmagania zwierzęcia
ze swoją naturą i z cywilizacją w postaci szerokiej szosy z
wysokim poboczem. Powiem szczerze, że opisy w „Gronach…” mnie
dziwią i nie do końca wyczuwam w nich arcydzielność. Co to
znaczy? To znaczy, że Steinbeck jest aż do przesady szczegółowy,
a przy tym szuka porównań, które czasami ocierają się wręcz o
kicz.
Ale zostawiając to na boku, może
co nieco o tej kompozycji. Bo ona jest tutaj chyba najjaśniejszym i
najlepszym punktem książki. Steinbeck nawet tego żółwia umie
odpowiednio wykorzystać – żółw staje się taką metaforą
wyrażającą uparte dążenie do celu, nawet jeśli jest to cel
nieznany i dla postronnych może wydawać się nierealny. Poza tym
już na początku poznajemy dwóch bohaterów: wracającego z
więzienia Toma Joada i byłego kaznodzieję Casy’ego, których losy
będą się nieustająco splatać i odwracać, tak by – na początku
się różniąc i nie rozumiejąc – pod koniec bohaterowie stali
się swoimi literackimi odbiciami. Steinbeck swoich bohaterów nie
idealizuje, wręcz przeciwnie: pokazuje wszystkie ich wady – upór,
głupotę, brak zaradności, zazdrość, rozwydrzenie. Przez to
zresztą udaje mu się osiągnąć właśnie tę świetną i wyważoną
kompozycyjnie całość: ci bohaterowie, poddani próbie, wychodzą z
niej nie tyle przemienieni (autor nie robi nam ze zjadaczy chleba
aniołów, w żadnym wypadku), ile po prostu przystosowani na swój
sposób do otaczającej ich rzeczywistości (ostatnia scena jest
niesamowita! I w dodatku tak pięknie przeinterpretowywuje całą treść książki).
Poza tym co kilka rozdziałów
mamy pisany strumieniem świadomości rozdział z punktu widzenia
kogoś z tego świata wykorzystywaczy – na przykład bezwzględnego
handlarza starymi samochodami. Te eksperymentalne rozdziały są
świetne, tempo jest szybkie, rytm urywany, sposób myślenia
odtworzony po mistrzowsku, zresztą pokazanie w ten sposób jak
działa człowiek, dla którego zarobek stał się myślą przewodnią
i mottem życiowym, to jest rozwiązanie interesujące też dlatego,
że nie dostajemy kontekstu tak, jak on to widzi, ale jego wewnętrzne
rozważania, wykrzykiwane słowa, ciągłe powtórzenia, westchnienia
za jeszcze kolejnymi możliwościami zarobku. Natomiast rozdziały, w
których autor wypróbowuje narrację niemal biblijną, opisujące
los mas, które przybyły do Kalifornii za pracą, są, z braku
lepszego słowa, takie sobie. Napisane dość nużąco mają przede
wszystkim działać na emocje czytelnika, ale są przez większą
część czasu bardzo czarno-białe, znika gdzieś ten pazur przy
pokazywaniu nieidealnych przecież bohaterów także z drugiej strony
barykady (czyli robotników) i wszystko rozmywa się w takim „a
było źle, bo banki były złe i uciskały lud, a lud płakał”.
Cieszę się, że zapoznałam się
wreszcie z „Gronami gniewu” i z chęcią do Steinbecka jeszcze
wrócę, ale nie powiem, żebym była bezkrytycznie zachwycona. Muszę
zresztą sobie o „Gronach…” i ich recepcji jeszcze poczytać,
bo ciekawa jestem, jak odbierano tę książkę kiedyś, a jak teraz,
i co się z niej wyciąga. Dlatego to, co powyżej, to są wyłącznie
moje swobodne przemyślenia po lekturze.

____________________
Jutro zaś będzie od dawna
zapowiadany wpis polecankowy.

17 thoughts on “Biblijna katastrofa ekonomiczna albo o „Gronach gniewu” J. Steinbecka

  1. Ja jestem bezkrytycznie zachwycona Steinbeckiem, a w "Gronach gniewu" nie dostrzegam ani jednej wady. Ten pisarz musi się jakoś wpisywać w moje oczekiwania wobec powieści, o których sama nie maiłam pojęcia.

    1. Ja nie mówię nie, z chęcią dalej będę Steinbecka czytać, ale też nie zachwyciłam się tak, jak myślałam. Czy możesz mi w takim razie podpowiedzieć, co czytać dalej?

    2. Sama niewiele czytałam, niedawno dopiero go odkryłam. Czytałam do tej pory tylko "Grona gniewu" właśnie oraz "Myszy i ludzie". To drugie jest króciutkie, ale też mnie zachwyciło, choć było bardzo smutne.

    3. Tak, po "Myszy i ludzi" zamierzam sięgnąć. Spodziewałam się, że najweselej nie będzie, ale jeśli zachwyca – warto :).

  2. "Natomiast rozdziały, w których autor wypróbowuje narrację niemal biblijną, opisujące los mas, które przybyły do Kalifornii za pracą, są, z braku lepszego słowa, takie sobie" – O też tak maiłam. Umysł mi grzęznął na tych fragmentach, uwaga z lekka odpływała i czułam się jak ci bohaterowie pozostawieni sami sobie i na głodnego.

    I tak z lekka zbocznikuję – a jakie powieści socrealistyczne polecasz? Bo ja, przyznam na marginesie, zawsze lubiłam kino socrealistyczne. I nabrałam ochoty na to samo, ale w innym medium. Chciałam zacząć od "Węgla" Ścibora-Rylskiego, ale jako początkujący chętnie posłucham rekomendacji. Mam tylko nadzieję, że takie rzeczy nie wyleciały do reszty z bibliotek, bo teraz w osiedlowych regularnie robią porządki,a "biblioteki zapomniane" w rożnych dziwnych miejscach (zakładowe, w ośrodkach wypoczynkowych i domach pracy, na statkach itd.) powoli są likwidowane. A na ebooka trudno tu liczyć.:)

    1. O, to się cieszę, że nie jestem osamotniona w tych wrażeniach. Niecierpliwie czytałam dalej, żeby przebrnąć z powrotem do bohaterów (poza tym te rozdziały dodatkową mówią, co będzie dalej – taki autospojler trochę na wyższym poziomie ogólności ;)).

      Jeśli hardkor, to tylko "Traktory zdobędą wiosnę"! Ale tak naprawdę to przyznam się, że najlepiej się znam na czeskich powieściach soc- i okołosocrealistycznych. Tu rekomenduję – przetłumaczony na polski! – "Powrót" Wacława Rzezacza. Osobiście zaglądam też do Żukrowskiego – najbardziej do tej pory podobali mi się chyba "Skąpani w ogniu". A co do tych wszystkich bibliotek – to święta prawda, bardzo się dziwię tym czystkom, bo to są jednak fragmenty kultury, których się z różnych powodów nie powinno zapominać. No i nie wszystkie powieści soc- były aż takimi znowu produkcyjniakami; poza tym podejrzewam, że dla niektórych to są lektury młodości – a jak mają do nich wracać, gdyby chcieli, jeśli się je wszystkie powyrzuca? Faktem jednak jest, że zbiory tych przeróżnych bibliotek trafiają często gęsto do antykwariatów, więc da się od czasu do czasu wyłowić jakąś książkę z dedykacją za wzorowe spełnianie planu pięcioletniego na przykład ;).

  3. Jej, też się w końcu muszę zapoznać z tymi gniewami. Mam bardzo podobnie. Dwóch pisarzy za mną łazi (dodam, że to ci sami prześladowcy co u Ciebie), wiecznie tylko smęcą, żeby ich poczytać… i właściwie to sama nie wiem czemu jeszcze mam takie braki. Naprawdę, nawet sobie nie potrafię odpowiedzieć. Z tym, że Steinbecka poznałam tylko "Myszy i ludzie", bardzo mi się spodobał, bardzo dobre wrażenie wywarł… i… no właśnie i?

    1. Nie przejmuj się, sama sobie często obiecuję: "o, teraz już się z tym a tym zapoznałam, więc niedługo wezmę się za kolejną jego książkę!" i tak jakoś czas mija, a ja nadal z jedną na koncie. Po prostu bardzo dużo jest do czytania :). Ale Faulknera mam w bliskich planach – a do Steinbecka z chęcią wrócę za czas jakiś :).

  4. Jeśli chodzi o Steinbecka to ja się nie mogłam do "Gron gniewu" przekonać, ale może to dlatego, że zaczęłam je czytać jak byłam jeszcze młodą nastolatką i po prostu niewiele rozumiałam. Za to z czystym sumieniem polecam "Myszy i ludzi" i "Tortilla flat". Do tego stopnia polecam, że nie potrafię powiedzieć, którą bardziej 🙂

    1. Notuję sobie obie i na pewno wypróbuję, dzięki :)! Natomiast mogę uwierzyć, że "Grona…" muszą być trudne do strawienia, kiedy czytelnik jest w wieku lat nastu. Chociaż nie tylko; nie mam wrażenia, że to jest książka aż tak uniwersalna (nie, jeśli chodzi o temat – ale jeśli chodzi o odbiorcę, już tak).

  5. "Myszy i ludzie" to taka ksiażka, po której jest Ci smutno i źle, ale z drugiej strony wiesz że przeczytałaś coś dobrego. Polecam. Ale "Tortilla flat" jest lżejsze, w sam raz na urlop.

  6. Już chciałam napisać, że czytałam i to całkiem niedawno, po czym zerknęłam do siebie na bloga i ha – rzeczywiście niedawno – dwa lata temu 😉
    Piękna książka, po pewnym czasie te rozdziały "biblijne", czy te "eksperymentalne" zlewają się w pamięci w spójną całość. U mnie to pożeglowało w kierunku "powieści drogi" w klimatach pełnych smutku, gniewu i beznadziei.

    Teraz na półce leżakuje kolejne wielkie tomisko Steinbecka "Na wschód od Edenu", zabiorę się, no pewnie, że się zabiorę, jak tylko przełamię lekki wewnętrzny opór przed sięganiem po takie grube książki.

    1. Podoba mi się to ujęcie, to znaczy traktowanie "Gron…" jako powieści drogi. Właściwie można by to chyba tak spokojnie rozpatrywać, brzmi kusząco jako perspektywa :). Teraz w ogóle było chyba wznowienie, bo ostatnio będąc w księgarni przyuważyłam właśnie leżące w jednym rzędzie Steinbecki wydane w tej samej szacie graficznej. Przyjemna odmiana, bo mój egzemplarz biblioteczny był sterany życiem — nawet się przeraziłam, że nie ma ostatniej strony, ale uf, miał, wetkniętą za folię, w którą książka była obłożona ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *