A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy (2)

Wczoraj
się zastanawiałam, jak to w ogóle z tą słowiańską fantasy
jest, ale w przykłady było
raczej skąpo. Dlatego trochę rozbudowałam tę część i dzisiaj
będzie trochę o tym, co może być uważane za słowiańską
fantasy (powtarzam
jednak, że to są moje, że tak to ujmę, rozkminy, na podstawie
moich różnych lektur, więc niekoniecznie jakieś superobiektywne,
jeśli to w ogóle możliwe, wyznaczniki). Także odwieszamy
wczorajszy cliffhanger do szafy na następną okazję (która już
niedługo!) i podążamy dalej mroczną ścieżką do
prasłowiańskiego boru.

Pisałam
wczoraj o tym, że może by tak nie szukać tego archetypu, ale
rozważyć możliwość, że sama fantasy

się takim mitem stać może.
Sama zresztą jakoś bardzo tego nie
wymyśliłam, pisało o tym kilka mądrych osób. Ale może by tak
jeszcze dorzucić jedną cegiełkę do tego stosiku i zastanowić się
nad jeszcze jedną rzeczą, czuli jak przenika
się mit i historia
(bo się przenika – przecież co do niektórych wydarzeń w ogóle
nie mamy pewności, czy się wydarzyły, albo na przykład Troja
nieźle ilustruje jak się ma do siebie mit i historia; zanim
Schliemann się nie uparł i jej nie znalazł, myślano, że to
zupełny mit).
Nie bez kozery przecież
autorzy
fantasy
wybierają okresy słabo znane z historii i w związku z tym
brakujące elementy uzupełniają innymi opowieściami (co,
jak wiecie, bardzo zresztą lubię – jeśli jest dobrze zrobione).
Słowiańska fantasy
mogłaby
być
nową
mitologią,
czyli tym archetypem bez archetypu,
a wobec braku dostatecznych źródeł historycznych czy
mitologicznych, również taką
nową tradycją.
Bo
tradycje są, jak wiadomo, tylko na pozór stare i odwieczne, a w
istocie ktoś je kiedyś wymyśla (przynajmniej niektóre – uwiodła
mnie kiedyś książka z esejami o tym, jak się kształtowała
brytyjska kultura monarchiczna i inne takie zjawiska na Wyspach). 
 Perun. Il. Alexey Bakhtiozin. Źródło.


W
przypadku słowiańskiej fantasy

przywoływanie średniowiecza nabiera nieco innego charakteru
– to
znaczy nie
chodzi
wyłącznie o
atrakcyjny
sztafaż, ale
też o to, że – jakby nie patrzeć –
średniowiecze
jest początkiem słowiańskiej historii i
to jest taka historia, która tonie w pomroce mitu (pamiętacie te
bóstwa wymyślane przez Długosza? No właśnie).
Czynności i zachowania jasne w kontekście epoki oderwane od niego
stają się dziwne, tajemnicze. Z czegoś znanego stają się
nieznanym. To przejście od znanego i praktycznego do nieznanego
rzutuje na odbiór wielu zjawisk, kojarzonych z fantasy
– upraszczając:
przędzenie
przy pomocy wrzeciona wydaje
się nam dzisiaj tajemnicze i specyficzne, bo raczej kojarzymy je ze
Śpiącą Królewną, niż z naszą babcią.

No
dobrze, powiecie, ale przecież słowiańska fantasy

nie ogranicza się tylko do średniowiecznych fabuł.
No jasne, że
nie. Sama zapowiadałam, że ona wkroczyła sobie powoli do fabuł z
innych podgatunków (nie przepadam za tym sztywnym dzieleniem na
takie to a takie gatunki, ale trzeba przyznać, że jakoś pozwala to
uporządkować przynajmniej język, którym się posługujemy). Także
możemy mieć słowiańską fantasy osadzoną
w świecie współczesnym, ewentualnie w niedalekiej przyszłości.
Zmienia się wtedy trochę perspektywa, z jakiej możemy rozpatrywać
to, o czym pisałam wczoraj, czyli wykorzystywanie elementów mitów
Słowian.

Nie
jest to już po prostu konstruowanie świata opartego w jakiś sposób
na słowiańskich wierzeniach ani wykorzystywanie ich jako tła
historycznego.
Nad całością, jaką jest – albo
może być – miasto
zostaje tak
jakby nadbudowana
inna warstwa znaczeniowa. W
świecie zmieniającym się szybko,
bądź już takim,
który zmianom uległ (nowe technologie, informatyzacja i tak dalej)
pojawiają się elementy nieprzystające do nowoczesności. W jaki
sposób przebiega adaptacja mitu do warunków nam współczesnych –
to
by było
pytanie stawiane
przez potencjalnego i rzeczywistego
autora
słowiańskiej urban
fantasy
(i
jakie obiecujące mogą być odpowiedzi – bo jednak tu znowu mamy
pewien szok, szybką zmianę, do której trzeba się przystosować!).
Ingerencja postaci mitycznych bądź przejętych z folkloru może
być wtedy albo ingerencją sił zła, albo ingerencją sił
wspomagających bohaterów ludzkich (w jakiś sposób ludzkich) w
przystosowaniu się do zmiany.
Mimo że miasto staje się w urban
fantasy

substytutem całego świata, bo to w nim rozgrywa się cała akcja
opowieści, elementy do niego niepasujące – a za takie z pewnością
możemy uznać postaci bogów słowiańskich i innych istot
nadprzyrodzonych, kojarzonych głównie z kulturą ludową, wiejską
– nie są odczytywane jako coś całkowicie obcego w krajobrazie
opisywanego miasta. Weźmy
na
przykład taką
próbę napisania słowiańskiej urban
fantasy
(nie
najgorszą, ale i nie najlepszą), jaką była
„Herbata z kwiatem paproci” Michała Studniarka. To
tam
większość duchów domowych znanych nam ze słowiańskich wierzeń
(bożęta
i inne takie)
przenosi się do miasta, uciekając przed uprzemysłowieniem wsi i
stara zaadoptować do nowych warunków życia i działania (co
w sumie wyszło w fabule chyba najciekawiej ze wszystkiego, bohater
szlaja się z różnymi takimi personami po spelunach na Powiślu i
odkrywa zupełnie drugie dno miasta).
Albo
na przykład
w
„Cichej
nocy”
Kuby Ćwieka (to jedno z opowiadań o Lokim).
Główny bohater, bóg-oszust Loki, zrządzeniem losu będący
obecnie wysłannikiem do spraw specjalnych archanioła Michała,
porusza się po współczesnej Warszawie bez najmniejszych problemów,
a przyswojenie sobie elementów XX-wiecznej kultury nie stanowi dla
niego żadnego wyzwania (miałabym
tu kilka uwag, bo u Ćwieka wszystko idzie zbyt, na mój gust,
gładko, ale tu nie w tym rzecz, więc może kiedy indziej).
Jego, to
znaczy Lokiego,
nowymi atrybutami stają się różne rodzaje broni palnej, którymi
wprawnie się posługuje. Również jego antagonista w tym
opowiadaniu, Światowid, adaptuje się do nowych warunków i, udając
świętego Mikołaja, stara się przeżyć w miejskiej dżungli – a
nawet zyskiwać nowych wyznawców (bo
bogowie bez wyznawców, jak wiadomo z różnych innych dzieł nie
tylko fantasy
karleją i degenerują się).
Obaj bogowie nie sprawiają wrażenia w najmniejszym stopniu
zagubionych czy wyobcowanych. Myślę,
że można by tu było spróbować zastanowić się też nad cyklem o
Dorze Wilk Anety Jadowskiej, w końcu dziejącym się w Toruniu, ale
przyznam bez bicia, że nie czytałam, więc się nie odniosę, tak
tylko nadmieniam, bardziej „na czuja”.
 Weles. Il. Alexey Bakhtiozin. Źródło.

A
jak już przy „Cichej nocy” jesteśmy,
bo to opowiadanie dziejące się przecież w Wigilię,
to
kolejnym
problemem, do
którego się
słowiańskiej fantasy
jakoś
odnosi, jest
krytyczne odniesienie

się do tradycji religijnej
, związanej z chrystianizacją i rozwojem
chrześcijaństwa na Słowiańszczyźnie
jako takiej (znowu trochę upraszczam, bo jednak z tą
chrystianizacją na Słowiańszczyźnie sprawa jest złożona, bo
przecież mówimy o co najmniej dwóch obrządkach, kwestie liturgii
słowiańskiej w ogóle zostawiam na boku, bo nie w tym rzecz).
I
teraz, jak to wygląda. Powiedziałabym, że
dwojako – albo dochodzi do konfrontacji pogaństwa i
chrześcijaństwa, albo do starcia w obrębie wyznań
chrześcijańskich. Ten pierwszy rodzaj prezentują powieści
Dębskiego i Krzywickiego, które
wspominałam wczoraj
ten drugi zaś trylogia husycka Sapkowskiego na
przykład.
Echa takiego spojrzenia odnajdujemy we współczesnych wyobrażeniach,
zawartych w wymienionych wyżej książkach. Oprócz oporu samych
Słowian wobec chrystianizacji mamy tam także aktywny protest
stworzeń skazanych na zagładę przez nową religię (bo
włączonych w sferę piekielną, nic pomiędzy nie ma) oraz
to,
o czym już też wyżej wspomniałam, czyli
próbę odpowiedzi na pytanie, co staje się z tymi bogami, w których
przestaje się wierzyć.

No,
ale to nie jest problem nowy.
Bo jak Sapkowski w „Pirogu…”
wspomniał, że to chrześcijaństwo wykorzeniło u nas ten jakże
przez niego wznoszony na piedestał archetyp, to Ziemkiewicz w
odpowiedzi (po zostaniu rozjechanym za te nieszczęsne stoliny) w
takim tekście „Archetyp kruchty” odpowiedział, że przecież co
jest złego w archetypie chrześcijańskim (w znaczniu: skoro Tolkien
mógł to co my, gorsi?). Trochę to trąci tym wspominanym przeze
mnie wczoraj Łowmiańskim, to znaczy że po prostu mity Słowian
przegrały w konfrontacji z chrześcijaństwem, bo ono było lepsze
(coś jakby średniowieczny wolny rynek idei religijnych – tak to
wygląda).
 Łada. Alexey Bakhtiozin. Źródło.

No,
ale nie śmiejmy się może tak od razu.
Bo: skoro
najdawniejsze dzieje, często mimo wszystko związane właśnie z
chrystianizacją, są tymi najsilniej obecnymi w wyobraźni, od
nich zaczynają się opowieści o powstaniu państwa i tak dalej,
to może
odwoływanie
się właśnie do nich jest
decyzją słuszną?
Tyle
że
nie możemy zapominać, że pokaźną część najstarszych znanych
nam pisemnych przekazów – głównie kronik – stanowi jednak ta
przeszłość nie stricte
pogańska, ale jednak przedchrześcijańska. Podania o Piaście,
Popielu, Kraku i Wandzie są, mimo wprowadzenia w źródłach pewnych
elementów mających związek z chrześcijaństwem, legendami
pogańskimi (one
trochę zostały schrystianizowane, ale raczej po wierzchu).
Wydaje
mi
się jednak
nadal
ciekawym
problemem do rozważenia
ta
koncepcja,
że korzenie słowiańskiej fantasy
tkwią we wczesnym chrześcijaństwie Słowian, tym
takim raczej jeszcze pogańskim.

No
to w takim razie o co mi chodzi?
Mniej więcej o to, że w fantastyce
mit na nowo pojawia się jako istotny składnik naszego myślenia. I
w tym sensie literatura fantastyczna stara się reaktualizować pewne
mity albo nawet wytwarzać nowe ich wersje w oparciu o dobrze znane
podstawy. Może również pełnić rolę takiego nowego mitu tam,
gdzie dawnych mitów nie ma lub są bardzo słabo znane. Jeszcze raz
może wróćmy do tego wspominanego po tej i poprzedniej notce
Tolkiena, bo znamy ten problem z jego listów. Tolkien ubolewa tam
nad brakiem anglosaskiej mitologii i chce ten brak jakoś wypełnić
swoim wielotomowym dziełem.

Ale
słowiańska fantasy
,
może być nie tylko odpowiedzią na potrzebę wytworzenia na własny
użytek jakiegoś archetypu czy mitu
, ale też,
jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst (wspominałam wczoraj, że te
powieści pojawiają się w największej liczbie od lat 90. do
początku dwutysięcznych)
to
owa fantasy
pokazuje
taką
próbę
nowego ustosunkowania się do zagadnień istotnych w tym okresie. No
bo tak: zajmuje
się redefinicją tradycji religijnej w czasie, kiedy zmienia
się status religii
chrześcijańskiej
w wydaniu katolickim w
Polsce (co jest szerokim tematem, ale wiecie, co mam na myśli).
Staje
się też
próbą odpowiedzi na świat nowoczesny (brzmi
szumnie, ale znowu: wiecie o co chodzi),
współczesny nam, w którym rozwój techniki przybiera zastraszające
tempo.
 Rusałka. Alexey Bakhtiozin. Źródło.
 

No
i zupełnie na koniec powinnam dodać
coś w rodzaju, że to wszystko
udowadnia, że warto na próby pisania słowiańskiej fantasy
patrzeć zupełnie poważnie,
ale tego nie dodam, bo moim zdaniem to się rozumie samo przez się.
To znaczy na fantastykę niekiedy patrzy się u nas niby z
przymrużeniem oka, ale bez przesady. Wierzę, że przecież taka
oficjalna krytyka literacka, o ile istnieje, to jednak albo pomija
fantasy, bo jeszcze
nie zauważyła jej istotności (a nie dlatego, że ważna nie jest –
a to różnica), a dwa, że nie chcę się zakopywać w
martyrologicznym dołku pod tytułem „nie doceniają, nie
dostrzegają, zgroza!”. Serio,
to jest osobny temat, za który się pewnie kiedyś zabiorę, ale
fantasy (czy
słowiańska, czy jaka bądź) nie musi już udowadniać, że
jest „pełnoprawną literaturą”. Także uff, powiedziałam
chyba, co miałam do powiedzenia. Dodam może jeszcze dla porządku, że jako że te rozważania teoretyczne też były teoretycznie słowiańskie, a w gruncie rzeczy – jak już pisałam wczoraj – tyczyły Polski, to i przykłady dobrałam z literatury polskiej. Ale to można spróbować rozszerzyć, bo w końcu jest prężnie się rozwijająca fantasy rosyjska, jest słowacki Červenák, jest też co najmniej kilku czeskich pisarzy do tego nurtu możliwych do włączenia, także wiecie, są widoki.

A
co Wy sądzicie?

____________

Jutro
zaś zejdziemy nieco z tonu i będzie recenzja! Z darów, z darów
będzie recenzja.

16 thoughts on “A co tam, panie, na Słowiańszczyźnie słychać albo o słowiańskiej fantasy (2)

  1. Bardzo mi się podoba, że tak dużo o tej polskiej/słowiańskiej fantastyce ;), mam wrażenie, że jeśli teraz zacznę coś czytać, to będzie to bardziej świadome, bo rozszerza mi się perspektywa.
    I dalej idąc intuicyjnie – jak zwykle z chrystianizacją naszą mnóstwo problemów, jak widać i w fantastyce. Za mocno jest wpisana w naszą mentalność, kulturę (nawet pomijając samą wiarę), żeby można ją było tak sobie obejść. Rozumiem tendencję, żeby tego jakoś nie przezwyciężać, tylko z tego korzystać, ale też szkoda tylko na tym się zatrzymywać… Ja strasznie ciekawa jestem, co by mogło być jeszcze wydobyte z tego okresu sprzed chrystianizacji… Tak mi się zdaje, jako że jestem raczej laikiem w zagadnieniu fantastyki. Przy czym bezapelacyjnie uznaję, że to dobry kawał literatury do eksplorowania i pewna nisza, w którą pisarze z darem fantastycznej kreatywności mogliby się pięknie wpisać.
    Odchodząc jeszcze trochę od tematu, czy pamiętasz może tę książkę z esejami o brytyjskiej kulturze monarchicznej??

    1. Jasne, to są eseje pod redakcją Erica Hobsbawma, a nazywa się to "Tradycja wynaleziona" — i są tam rzeczy w ogóle odnośnie Wysp, też na przykład o odrodzeniu narodowym w Walii. Ale w tym eseju wprowadzającym Hobsbawm pokazuje właśnie to, jak z tradycjami monarchii brytyjskiej było. Bardzo fajny zbiór, tak w ogóle :).

  2. Chrystianizacja chrystianizacją, ale nie sądzę, żeby tylko tu leżały przyczyny traktowania po macoszemu mitologii Słowian. Grecy i Rzymianie schrystianizowali się znacznie wcześniej, a dziś każde polskie dziecko zna z grubsza ich mitologię, która zresztą ciągle jest wykorzystywane choćby popkulturę, filmy czy książki. Zawsze byłam trochę zła na ten stan rzeczy. Historie o królu Popielu i tym podobne zawsze wydawały mi się piekielnie ciekawe, choć nie muszę przecież w nie wierzyć, tak jak i nie wierzę w Zeusa. I tak do końca nie rozumiem dlaczego nasz system edukacji, ani większość twórców filmów czy książek tak nie uważa.

    1. Bo tych mitów słowiańskich znajdzie się na pół strony A4 Timesem 12. Poważnie- wszystko co wiemy to urywki, strzępki zapisane przez chrześcijańskich kronikarzy.
      Grecy i Rzymianie spisali swoje utwory zanim się schrystianizowali. Wikingowie- tuż po nie nie dość szybko by nie uchronić się przed wpływami- Eddy bardzo mieszają w stosunku do starszych wierzeń, widać, że autorzy wzorowali się na łacińskiej literaturze rozdzielając role i dodając elementy (Loki i Hel jako ci źli, Ragnarok jako odrodzenie).

    2. Teoretycznie, skoro tych naszych mitów tak mało, to tym bardziej i tym więcej powinno się o nich mówić, chociażby w szkole. Ale to teoretycznie.
      Historii coraz mniej, to i tu chyba nie ma co się dziwić… – tzn. właśnie jest czemu się dziwić, bo w efekcie nie znamy sami siebie 🙁
      Jak się porządnie zastanowię, to sama niewiele wiem, oprócz rzeczonego Popiela i może Wandy, dalej wielka pustka.

    3. @Magda, myślę, że tu problem leży w tym, czy się te legendy traktuje jako coś z potencjałem, czy nie. Poza tym dochodzi tu jeszcze trochę takie myślenie na zasadzie "to nie jest historia, to są takie tam bajania", czego tam szukać. Ale jest taka fajna książka Banaszkiewicza, nazywa się — jeśli mnie pamięć nie myli — "Historia bajeczna" albo coś w tym rodzaju, i on tam pokazuje, ileż można z tego wycisnąć, także polecam :).

      @Eire, no właśnie, tylko że na przykład wiele celtyckich podań też spisali ci chrześcijańscy mnisi, a u nas jakoś nie. Może to się wiąże właśnie z chrystianizacją (i z jej źródłem), ze sposobem jej przeprowadzania, a i pewnie z tym, co tenże mnich uznał za ciekawe i godne ocalenia, a co nie.

      @sorensd, nie wiem, czy to jest kwestia historii w szkole, raczej większego podejścia na zasadzie "co jest historią", bo jednak my mamy takie dość spetryfikowane podejście, co tą historią jest, a co już tak nie bardzo, jak napisałam wyżej. Może tutaj szukać źródła problemu (o ile w ogóle jest jakieś jedno źródło ;)).

    4. Żeby trochę dalej myśl "domyśleć", to tak – kwestia historii w szkole jest wynikiem szerszej sytuacji. To prawda z tym szczególnym podejściem.

    1. Dzięki za link! Ale muszę powiedzieć, że w gruncie rzeczy bardziej zgadzam się tam z komentatorami, niż z samym autorem. To znaczy jednak jakiś potencjał jest, skoro "Wiedźmin" growy tak się sprzedaje i wszyscy go chcą — i nie sądzę, że polega tylko na przezwaniu stworów "ze słowiańska". Tylko że to już jest szerszy problem, bo sam Sapkowski się odżegnywał od tego, że jakąś słowiańską fantasy tworzy (potem napisał trylogię husycką, także no) i żeby się tam tego nie doszukiwać, ale gdyby zdrapać tę pozłotkę, to tam pod spodem, wpisane w uniwersalne narracje, są właśnie różne rzeczy Słowiańszczyzną — na tyle, na ile jest poznawalna (bo tu autor ma u mnie plus — słabo z tym jest i fajnie, że wypunktował problemy z Biskupinem, który jakoś tak zawładnął masową wyobraźnią, że tak właśnie żyli Słowianie) inspirowane.

      A eseje Kroha są świetne, bardzo fajnie pokazuje to tworzenie góralszczyzny. Teraz wydał coś nowego, ale jeszcze nie miałam okazji czytać. W każdym razie dołączam się do polecania "Sklepu…" :)!

    2. Z Wiedźminem jest jeden konkretny problem: za diabła nie jest słowiański. To poprostu worek, gdzie mamy popkulturowe krasnoludy, elfy nazwane po irlandzku oraz przegląd potworów z różnych narodów.

      Zresztą, Andrzej Sapkowski sam bardzo dosadnie wyraził się na temat zarówno słowiańskiego fantasy jak i słowiańskości Wiedźmina w felietonie "Piróg albo nie ma złota w Górach Szarych":

      http://pl.scribd.com/doc/206058648/Sapkowski-Andrzej-Pirog-albo-nie-ma-z%C5%82ota-w-Szarych-Gorach#scribd

    3. Moim zdaniem z "Wiedźminem" sprawa nie jest wcale taka prosta: raz, że wydaje mi się wciąż podejrzane, że Sapkowski tak bardzo — na fali dyskusji, tej pierwszej (a przynajmniej pierwszej mi znanej, o "Pirogu…" pisałam obszernie w pierwszej części tej notki, którą tu znajdziesz, więc nie będę się powtarzała) — się od tego odżegnywał, dwa, że tam jest wiele tropów, które za "słowiańskie" mogą być uznane (oczywiście zależnie od poziomu tejże "słowiańskości" mogą to być tropy płytsze i głębsze, ale twierdzenie że "za diabła nie jest słowiański" jednak wyklucza sporo tropów, które tam znaleźć można).

  3. Fantasy mało mnie kręci jako gatunek literacki i niewiele mam do dodania w tej dyskusji, ale ilustracje, które wykorzystałaś są piękne!

  4. No i w sumie sama nie wiem, co o tym myśleć. Bo tak: z jednej strony zgadzam się z Sapkowskim, że fantasy archetyp jakiś jest jeśli nie niezbędny, to bardzo potrzebny i wiele ułatwia. Z drugiej, nie widzę przeciwwskazań, żeby fantasy sobie ten archetyp sama stworzyła. Tolkien to zrobił przeca dla fantasy anglosaskiej i choć bazował na archetypach jeszcze starszych, to jednak w gruncie rzeczy tak prostych, że na pewnym poziomie uniwersalnym dla wielu (jeśli nie wszystkich) kultur. Tylko że właśnie – żeby stworzyć taki archetyp, trzeba by nam było kogoś formatu Tolkiena, kto by świadomie korzystał ze słowiańskiego folkloru i do tego był w stanie wymyślić coś, co z jednej strony wyraźnie odcięło by się od fantasy anglosaskiej, a z drugiej byłoby na tyle świetna literaturą, żeby porwać czytelników. Ja nikogo takiego nie znam i chyba nie zapowiada się, żeby miał się pojawić.

    I dlatego chwilowo czegoś takiego jak słowiańska fantasy po prostu nie ma. Przywołana przez Ciebie "Herbata z kwiatem paproci" na przykład nie miała tego czegoś, co pozwala powieści zakorzenić się w sercu czytelnika i przemówić do niego na głębszym poziomie (sądzę, że chodzi właśnie o archetyp). Zresztą, nawet jeśli teraz jakiś autor korzysta ze słowiańskiego sztafażu, to sięga po fabuły sprawdzone już na anglosaskim rynku i głęboko w nim osadzone – trudno w takim wypadku traktować jako zaczątek czegoś słowiańskiego (te wszystkie "polskie Gry o Tron", "polskie Tolkieny" i "polskie Lewisy"…). Ale nie znaczy to, że słowiańska fantasy nie może się narodzić – właściwie na to czekam (aczkolwiek pozostaje otwarte pytanie, czy w takim zalewie i powszechnym nasiąknięciu kultury tzw. "zachodem" ktokolwiek będzie w stanie zdobyć się na coś odmiennego).

    1. O, to właśnie: te archetypy są tak stare, że mogą być uniwersalne. W tym sensie pytanie, czy my aby na pewno potrzebujemy jakiegoś odrębnego — skoro opowieści mityczne mają, niezależnie od kultury, która je stworzyła — pewien podobny wzór, to trudno by było ukuć samą narrację, jakiś schemat, który byłby wyjątkowo słowiański.

      I tak w ogóle, to też mam wrażenie, że na taką "porywającą" słowiańską fantasy czekamy. Przy czym co ciekawe mam wrażenie, że ostatnio więcej się w tej sprawie dzieje wśród pisarzy sięgających po powieść historyczną niż stricte fantasy (jeżeli w ogóle to dzielenie na gatunki ma jeszcze jakiś sens).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *