Słowo o słowie albo czar starych słowników

Chociaż
we wpisie o raporcie o stanie czytelnictwa w Polsce napisałam, że
nie pomyślałabym o tym, żeby określić słownik jako książkę,
którą czytam, to jednak po namyśle stwierdzam, że są takie
słowniki, które czytuję od czasu do czasu z lubością. Otóż nie
wiem, czy znacie Federację Bibliotek Cyfrowych? To wspaniały
portal, zapewniający dostęp do tysięcy zdigitalizowanych starych
książek. A wśród nich do starych słowników języka polskiego –
których lektura może być przeżyciem dostarczającym wielu
radości. Serio.

Być
może po tym wstępie popukacie się znacząco w czoło
, bo mój
entuzjazm nakierowany na słowniki z początku XX wieku może wydawać
się niepokojący. Tylko że wiecie, naprawdę słownik słownikowi
nierówny. Kiedy sięgamy po taki rodzaj książki? Kiedy nie znamy
jakiegoś słowa i chcemy się przekonać, co znaczy. A co w
momencie, kiedy zerkamy do takiego słownika i nie dość, że
okazuje się, że jakieś słowo znaczyło kiedyś coś zupełnie
innego niż dzisiaj, to jeszcze więcej niż połowa słów na
stronie absolutnie nic nam nie mówi! I tak człowiek nie może się
opanować i zaczyna śledzić te nieznajome słowa, i w końcu
przyłapuje się na czytaniu słownika.
Ale
wcale nie jest tak
, że moja ulubiona obecnie lektura tego typu –
„Słownik języka polskiego”, zredagowany przez Jana
Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego –
wpadła mi w ręce przypadkiem. Wyciągnął ją z głębin internetu
mój domowy mól książkowy, kiedy akurat uparł się, że do
zrozumienia jakiejś powieści z końca XIX wieku przydałoby się
zerknąć po to i owo słowo do jakiegoś starszego słownika. I tak
odkrył Karłowicza, po czym rzucił się w odmęty lektury.
Przyznam,
trochę się zaniepokoiłam
, bo czytanie słowników jak dotąd było
dla mnie czynnością anegdotyczną. O, jak naiwna byłam! Nie
wiedziałam wtedy, że jak się już zacznie, to przepadło. Ale
widocznie coś przeczuwałam, więc oparłam się pokusie i tylko z
drugiego pokoju nasłuchiwałam radosnych i zdumionych okrzyków
wydawanych przez rzeczonego znalazcę nad słownikiem. Aż w końcu
dopadło i mnie – znalazca bowiem wziął się na sposób i każdego
ranka wysyłał mi mail ze „słowem dnia”, czyli co lepszym
językowym wykopaliskiem. I tak już nie było dla mnie ratunku,
zostałam czytelniczką słownika. Za to jak się człowiekowi
poszerza zasób podejrzanych słów, ho, ho!
Także
pomyślałam
sobie – a może też się podzielę znaleziskami? Może
warto szerzyć ideę zapoznawania się z językowymi przodkami
naszych dzisiejszych słów? Także jeśli macie ochotę, to teraz
będzie krótki przegląd. Ale uważajcie, bo ani się spostrzeżecie,
a już będziecie sobie co jakiś czas ucinać sesję z trzema panami
bez psa i bez łódki, za to z ośmioma tomami pełnymi dziwnie
brzmiących słówek.

 Dzisiaj w ramach ilustracji – stare pocztówki. W końcu te
słowa to trochę właśnie jak takie pocztówki z przeszłości.
Wszystkie ilustracje z niezawodnej Polony.
zamkochwyt
Słowo,
które udowadnia, że kiedyś istniał rzeczownik na wszystko. Otóż
kto to jest zamkochwyt? Ano ktoś, kto „chwyta cudze zamki,
miasta, grody”. Jak można to porównać z wieloznacznym
„zdobywcą”, którego należy za każdym razem
doprecyzowywać, żeby powiedzieć, co ktoś taki zdobył? No nie
można. Ten zmysł językowy naszych przodków mnie fascynuje, bo
udowadnia, że dało się złożyć słowo tak, żeby było jedno, a
mówiło wiele. I jeszcze cytat z klasyka, żeby zamkochwyta pokazać
w użyciu: „Nie wiecie, zamkochwytowie, kto król prawy w
mądrych słowie?” (za klasyka robi w tym przypadku Jan
Rybiński, poeta szesnastowieczny, o którym wcześniej nie
słyszałam, a który był podobno wielkim admiratorem polszczyzny;
cóż, po zamkochwycie da się to wywnioskować).

osobca
To
z kolei przykład na to, jak słowo ulega transformacjom i jak bogaty
w synonimy bywał język polski. Osobca to nikt inny, tylko
„samotnik, odludek, domator”, jak również „człowiek
pokątny”, czyli – jak mniemam – w jakiś sposób podejrzany
(bo wyalienowany z rozentuzjazmowanego tłumu, mniemam sobie dalej).
Podejrzaność osobcy może wynikać z tego, że para się czynnością
brzmiącą w bezokoliczniku „osobić”, czyli ni mniej, ni
więcej „przywłaszczyć coś sobie, zabrać”. Osobca ma
też dość blisko do praktyk religijnych uważanych kiedyś za
podejrzane. Jak piszePiotr Skarga, tłumacząc słowo „osobnik”:
„Osobnicy, co Chrystusa dzielą, chcąc osobno Ciało, a
osobno Krew Jego pożywać”. Tak przynajmniej twierdzą twórcy
słownika.

podjadek
To
pięknie brzmiące słówko może oznaczać zarówno „posiłek,
przekąskę, zakąskę”, jak informują nas autorzy słownika,
podając jakże wiele mówiący przykład: „będziesz miał z
gogola podjadek niemały”; to właśnie taki moment, w którym
łapiemy się na tym, że musimy czytać dalej, no bo jakże to tak
zostać z takim cliffhangerem jak ten, czym, do licha, jest ten
gogol. Otóż nie gogol, dowiemy się z dalszej lektury, ale gogół
– „gąsior wielki żelezistego a białego pióra”
(jakkolwiek trudno mi jest sobie to wyobrazić, chociaż zdecydowanie
widziałam w życiu wiele gęsi jako człowiek na wskroś wiejski).
„Podjadek” to jednak także – co ciekawe – „pochlebca”,
ale i, jak się okazuje w bogatej polszczyźnie, „mały
niedźwiedź”. Stąd według autorów na turkucia podjadka
mówiło się inaczej „niedźwiadek”. Wspaniałe, prawda?
Zwłaszcza na przykład w zdaniu „kapustę w moim ogródku
zjadły niedźwiadki”.
huniek
Słowo,
na które zwróciłam uwagę, bo brzmiało podobnie do „Homek”,
jak nazywa się jeden z bohaterów „Doliny Muminków w
listopadzie”, ale nic bardziej mylnego. Z Homka, innymi słowy,
nie był huniek. Słowo to oznaczało „prostaka, gbura”,
przy czym przykład dostarczony przez autorów świadczy, że chodzi
tu o prostaka w znaczeniu chłopa, na co moje rodowe pochodzenie się
zżyma. „Z onych wzgardzonych huńków, koziarzów, rolników
namnożyło się wodzów, strzelców, pułkowników” (to z
Zimorowica Bartłomieja, burmistrza lwowa i poety barokowego,
gdybyście byli ciekawi).

dojutrek
Trochę
oszukuję, bo słówko to znałam wcześniej, jeśli się nie mylę z
jakiejś powieści o ostatnich Jagiellonach – tak mówiono bowiem
na Zygmunta Augusta. Dojutrek ma swoje znaczenie smutne: „człowiek
tylko do jutra żyć mający”, ale i nieco mniej smutne, a jakie
przydatne, czyli „odwłóczyciel”. Innymi słowy: ktoś,
kto odkłada wszystko w czasie, do jutra. Taki prokrastynator, tylko
że bardziej z polska. Miło wiedzieć, że istnieje takie słowo,
kiedy człowiek oddaje się prokrastynacji, czyli dojutrkowaniu.
kumać
To
przykład tego, jak może się zmienić znaczenie słowa i rejestr, w
jakim go używamy. Kumać oznaczało rzecz jasna „nazywać kogoś
kumem” (czyli chrzestnym swojego dziecka), przenośnie także
„wchodzić z kimś w bliskie stosunki, bratać się, wdawać
się”. Nic ciekawego, powiecie? No, ale jakie wspaniałe
przykłady znajdziemy w naszym słowniku! „Mojżesz z obcemi
narody kumać się Żydom zakazuje” (to Stanisław Orzechowski)
oraz „Jednorożec na ów czas tylko swojszczeje, gdy się z
samicą swoją kuma” (to Fabian Birkowski – dominikanin i
królewski kaznodzieja, jak stwierdził wynalazłszy to słowo
sprawca całego zamieszania ze słownikiem: „nie wiem kiedy miał
okazję mówić o swojszczejących jednorożcach”). 

jaić
się
Wspaniały
czasownik, który w naszym klimacie powinien się przyjąć i
utrzymać. Oznacza bowiem „marudzić”. A wzięło się to
oczywiście od dosłownego znaczenia, czyli „kręcić się jak
kura z jajem, sadowić się jak kura na jajach”. Jeśli
przerzucimy stronę w słowniku, poszukując rzeczownika, znajdziemy
jajaka, który ma kilka znaczeń, od wyboru do koloru –
„złodziejski ksiądz”, „rękojeść albo w ogóle to,
co się w ręku nosi”, „mała książeczka”, „szabla
z krótką rękojeścią”, być może też „przezwisko
wołu”, aletu autorzy nie są pewni (wcale się im nie dziwię).
Także nie jajmy się, szkoda czasu.
I
jeszcze suplement, pozostając w zwierzęcych klimatach:
iks
puga!
Jest
to, jak zapewne się spodziewaliśmy wszyscy, okrzyk służący do
odpędzania owiec. Do zapamiętania w razie napotkania w czasie
wędrówki wyjątkowo namolnych owiec.
Takie
rzeczy można znaleźć u Karłowicza. Chyba nie dziwicie się już,
że lubię od czasu do czasu zerknąć do tego słownika?
________________
Zapewne
spodziewacie się jutro wpisu nawiązującego do 8 marca? No, nie
powiem, będzie nawiązywał.

21 thoughts on “Słowo o słowie albo czar starych słowników

    1. Prawda :D? Próbuję wprowadzić do użycia zamiast podwieczorku, który w sumie zazwyczaj wcale nie jest jadany u nas pod wieczór (nie wspominając o tym, że istnieje cała skomplikowana dyskusja, kiedy właściwie wieczór się zaczyna ;-)).

    1. O, cieszę się, że zachęciłam :-). Kumanie funkcjonuje jak najbardziej, ale raczej chyba tak bardziej w języku potocznym, sama często mówię, że coś "kumam", ale tutaj olśniewają mnie najbardziej przykłady ;-).

    2. A tak, faktycznie – tylko teraz kumanie się z kimś ma chyba też taki oddźwięk czegoś podejrzanego, jakiejś czynności, na którą powinien rzucić okiem stróż prawa i w ogóle. W sumie ten przykład z Orzechowskiego wskazuje, że kiedyś też nie każde kumanie się było pochwalane.

    1. Pamiętam z dzieciństwa wielkie debaty na temat tego, jak ten turkuć właściwie wygląda, bo się tak sympatycznie nazywa. A teraz już wiadomo, że jak niedźwiadek ;-).

  1. Bardzom kontent z tego posta (czy się za Jagiellonów inaczej te blogowe sekcyje zwało?). Na pewno zapamiętam sobie "X-puga!", które będę wołać na rozmaitych huńków, którzy mi do biura będą przybywać, by się tam jaić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *