O zwiastunach książek albo o problemach z językiem

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o trailerze do książki, zdziwiłam się. Pomyślałam sobie, że sam pomysł, by reklamować książkę w taki sposób, zły nie jest – ba, może z tego wyjść coś fajnego – tylko że wtedy jeszcze nie do końca widziałam potrzebę podobnych działań. Ale wiadomo, człowiek uczy się całe życie, więc po kilku latach – i obejrzanych zwiastunach książek – później stwierdzam, że trailery książek złe nie są. Zazwyczaj.

Bo,
jak wiadomo, idee często są szczytne, ale wykonanie takie sobie.
Dlatego też trailery książek jako sam pomysł brzmią całkiem
ciekawie (wiadomo, zobaczyć jakąś scenę z książki albo
ruszających się bohaterów – nie tylko w naszej wyobraźni –
fajna sprawa), ale już wykonanie często pozostawia wiele do
życzenia. Żeby nie być zupełnie gołosłowną i nie wejść w
czysto teoretyczne dywagacje, pomyślałam, że najłatwiej jest
pokazać, co z tymi zwiastunami gra, a co nie, na przykładach. No
więc podzieliłam sobie roboczo książkotrailery na kilka grup.
Jeszcze uprzedzając: starałam się przykłady dobierać
nietendencyjnie, ale okazało się, że niektórzy autorzy po prostu
mają jakąś taką szczególną predylekcję – czy jakby to nazwać
– do zwiastunów, więc uprzedzam, że niektórzy będą się
powtarzać (ale nie częściej, na szczęście, niż dwukrotnie).
Trailer
„taki ze mnie prawdziwy zwiastun, ho, ho”
Przepis:
mroczny, poważny głos
lektora, szybki montaż przelatujących przed naszymi oczyma
stron/okładek/ilustracji i na końcu wbijający w fotel (z
odpowiednim dźwiękiem) napis: „w księgarniach” (ewentualnie:
„w księgarniach od…” albo „w dobrych księgarniach” – bo
jak wiadomo te złe mają bana na zakup reklamowanej pozycji).
To
jest chyba coś, co moglibyśmy nazwać „klasycznym zwiastunem”,
czyli taka metoda robienia książkowego trailera, która w
początkach zaistnienia tej formy reklamy była najczęstsza. Ale
wcale niekoniecznie – dzisiaj też ma się całkiem nieźle. Nie do
końca wydaje mi się, że jest to forma mająca doprowadzić do
sprzedaży książki – raczej pewnego wyobrażenia o niej, i to
wyobrażenia zbliżonego bardzo do filmu.
Przykłady:
Trailer
„chcecie? No to macie”
Przepis:
wiadomo, czytelnik zawsze
oczyma wyobraźni widzi już gotowy film na przykładzie książki –
no to zróbmy mu taki film; nie bardzo mamy na to nakłady finansowe,
więc skrzyknijmy paru chłopa, umieśćmy ich w lesie i dajmy kilka
linijek dialogu; no i mroczna muzyka, jakiś średniowieczny chór
się nada.
Zazwyczaj
mamy tu do czynienia z przełożeniem jednej sceny z książki,
najlepiej sceny mogącej wywołać w widzu emocje, na krótki filmik.
Celowo piszę „przełożenie”, a nie „zekranizowanie”, bo
najczęściej wyraźnie widać, że twórcy nieco są jednak oddaleni
od medium, jakim jest film. Co to znaczy? Ano to, że próbują słowo
po słowie przenieść na ekran to, co jest w książce – co
skutkuje nadzwyczaj niezdecydowanym, powolnym montażem i długimi
ujęciami twarzy. O ile głównego bohatera czasami gra ktoś znany
(długie ujęcie na twarz, głos znanego kogoś recytujący fragment
rzeczonej książki tak, żeby było jasne, że czyta/deklamuje, a
nie gra), o tyle jako statyści występują najczęściej fani,
członkowie bractw rycerskich, grup rekonstrukcyjnych, i tak dalej.
Drugim rodzajem podobnego podejścia jest zwiastun, w którym
narrator ma nas przekonać o tym, że jest także narratorem książki
– który wyszedł z niej po to, żeby nam przybliżyć, o co w niej
chodzi, przysiąść się, poklepać po plecach i wczuwając się w
rolę zachęcić do kupna/czytania.
Przykłady:
„Ja, inkwizytor” J. Piekary (Przepraszam, ale nie mogłam się
powstrzymać – naprawdę nikomu kończące zwiastun hasło „Cykl
książek o inkwizytorze w księgarniach” nie wydało się dość
dwuznaczne? Co robi ten inkwizytor w księgarniach – uzupełnia
indeks?)
Miałam w planach wstawienie tutaj dla ułatwienia
wszystkich przykładowych zwiastunów, ale blogspot
stwierdził, że to niemożliwe. Dlatego tylko kilka –
resztę obejrzycie, klikając w linki.
Trailer
„przeczytam ci okładkę”
Przepis:
wystarczy okładka, trochę
grafiki komputerowej i coś na kształt prezentacji w PowerPoincie.
Nawet lektora nie potrzebujemy – przeklejamy hasła, którymi
reklamujemy książkę, niech się ruszają, przeplatane różnymi
ujęciami przedmiotów dla książki mniej lub bardziej kluczowych, i
voila!
Chyba
najboleśniejszy przykład zwiastuna. Taki, w którym co prawda coś
się dzieje, migają jakieś obrazy – najczęściej nie postaci,
ale rekwizyty – ale tym, co ma nas zachęcić jest dokładnie to,
co ma nas zachęcić, kiedy zobaczymy okładkę. To znaczny grafika
na niej się znajdująca i hasła oblepiające ją tu i ówdzie.
Dobrze to widać tam, gdzie wydawnictwo chce z tych haseł stworzyć
taki znak rozpoznawczy książki – niekoniecznie nawet tam, gdzie
te hasła są w samej treści czy fabule. Wariacją na ten temat jest
zwiastun, w którym zamiast takich haseł pojawiają się te znane
nam doskonale z okładek („Ulubiona książka Baracka Obamy!”,
„Bestseller w 150 krajach!”, „Ekranizacja w reżyserii
Orsona Wellesa jeszcze w tym roku!”, i tak dalej).
Trailer
„reklamuję książkę, ale chciałbym film”
Przepis:
tak naprawdę nie chodzi nam o
książkę, my już robimy taką małą nibyekranizację, więc nic
nas nie powstrzymuje – hajda, aktorzy, statyści i wylewające się
z ekranu ilości efektów komputerowych! Wszystko w Waszych rękach!
To
z kolei taki bolesny przykład tego, że zwiastun książki może być
nie tyle bytem samoistnym, co przedłużeniem marzenia o ekranizacji
(natychmiastowej, najlepiej). W takim wypadku w ogóle się z
trailera nie dowiemy, czego się spodziewać po książce ani co nam
ona konkretnie obiecuje. Zamiast tego nasza wyobraźnia może pójść
uciąć sobie drzemkę, a my w tym czasie zobaczymy, jak ktoś inny
wyobraża sobie to, co jest w książce. Przy czym na takich
zwiastunach doskonale widać pewne niezrozumienie tego, że jednak
książka to książka, a film to film i nie istnieje żadne
bezpośrednie przełożenie jednego na drugie i obie to wypadkowe
zupełnie odmiennych procesów twórczych. Dlatego w takim zwiastunie
dostaniemy najczęściej kilka tajemniczych elementów, jakieś
mistyczne zwierze biegające sobie po ekranie (i właściwie nie
dowiemy się, po co), sunących majestatycznie aktorów i
często-gęsto także mój ulubiony element, czyli mrocznego lektora.
I w sumie tyle. O fabule, świecie przedstawionym, bohaterach –
właściwie nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic.
 
Trailer
„po co wiedza, o czym jest książka, lepiej posłuchaj, jakie
przymiotniki do niej pasują!”
Przepis:
jeden sugestywny obraz, kilka
nic nie mówiących przymiotników, obowiązkowo mroczny lektor;
koniecznie prezentujemy okładkę, można nawiązać do ekranizacji
(„zobaczyłeś film – chcesz wiedzieć, co dalej? Tu oto w
tejże książce tegoż autora o tytule powtórzonym trzykrotnie
znajdziesz odpowiedź!”).
To
ten rodzaj zwiastunów, które zaczynają się dobrze, a potem im
dalej oglądacie, tym mniej macie wrażenie, że wiecie, jaki był
cel twórców. No bo na poważnie: taki trailer nie mówi o niczym
konkretnym – ale że na przykład bohater biega po lesie, ktoś
pali dużo papierosów w jednym pomieszczeniu albo że akcja ma coś
wspólnego z II wojną światową. Czasami pojawi się jakaś
minimalna informacja o fabule („bohater Iksiński tropi zbrodnię
sprzed lat!”, „po rozwodzie Maja układa sobie życie na
wsi!”), ale częściej w formie dość, hm, poetyckiej. Chyba
największym kłopotem, jaki mam z takimi trailerami jest to, że one
nie są produkowane dla jakiegoś konkretnego odbiorcy, ale usiłują
złapać wszystkich – a w rezultacie są straszliwie rozmyte: bo
dobrze by było zainteresować tych, co nigdy o książce nie
słyszeli, tych, którzy coś słyszeli o niej albo chociaż o
autorze, tych, co widzieli film, tych, co czytali inne książki
autora/poprzednie części i tak dalej.
Trailer
„zachęcę cię, ale nie będę udawał – jestem zwiastunem
książki i mam ograniczony budżet”
Przepis:
opowiadamy o książce, więc
spróbujmy powiedzieć coś o książce – o czym jest? Może od
czego się zaczyna? Zamiast mrocznego lektora – dajmy coś do
powiedzenia postaciom, niekoniecznie nawet z książki, może
potencjalnemu czytelnikowi? A do tego przynajmniej spróbujmy
odtworzyć jakiś element świata przedstawionego.
To
chyba mój ulubiony rodzaj zwiastunów książkowych – niestety
bardzo rzadki. Oczywiście to nie są zupełne cudeńka
minikinematografii, ale jest w nich pomysł i przede wszystki:
pracują z tym, co mają dane, czyli np. z ilustracjami do książki,
innymi elementami oprawy graficznej etc. Są o tyle lepsze od
zwiastunów w rodzaju „chcecie? No to macie”, że też nie
są robione „na bogato”, ale z dużo lepszym podejściem do
materiału wyjściowego i z dużo ciekawszym pomysłem na to, w jaki
sposób język książki przełożyć na materiał, było nie było,
ale jednak czysto wizualny. W związku z tym nie tyle epatują
napisami, co obrazami, zmontowanymi tak, żeby odsłonić rąbek
tajemnicy, ale nie za duży, i nakłonić tego czytelnika do
zajrzenia do książki.
Trailer
„w końcu chodzi o ruchome obrazki, nie?”
Przepis:
ważne, żeby się ruszało; co
ma się ruszać – właściwie wszystko jedno, chodzi o to, żeby
się ruszało.
To
są zwiastuny, które próbują być zwiastunami takimi jak trailery
filmowe, ale wychodzi im tak średnio na jeża. Na czym polega
problem? Myślę, że najbardziej na tym, że o ile pomysł wyjściowy
może być niezły, o tyle realizacja pozostawia sporo do życzenia:
i nie chodzi o zwykłe niechlujstwo, chodzi raczej o to, że
najczęściej zdradzają całe mnóstwo informacji z fabuły i
wykorzystują bezwstydnie wszelkiego rodzaju klisze wizualne czy
filmowe, jakie istnieją.
Przykład:
„Nadzieja” K. Michalak (zwróćcie na przykład uwagę, że jak
jest mowa o ćmie przyciąganej do płomienia świecy, to dostajemy
motyla, a to tylko jeden z kwiatków w tym zwiastunie)
Jezusz Judenfeldu” J. Grzegorczyka (naprawdę długie ujęcia przemów
Hitlera niekoniecznie są takie potrzebne, a zaczyna się całkiem
pomysłowo i gdyby nie to, że twórcy zwiastuna nie umieli pociąć
stworzonego materiału, byłoby nieźle)
Trailer
„w końcu książka to inne medium”
Przepis:
chodzi o to, żeby przełożyć
zapowiedź książki, czysto tekstową, na krótki film, ale
niekoniecznie trzeba do tego korzystać z klisz
To
jest przykład udanego zaadaptowania pomysłów stojących za
trailerami typu „w końcu chodzi o ruchome obrazki, nie?”.
To znaczy nie tyle usiłujemy zrobić z nieruchomych obrazków
koniecznie wrażenie wielkiej filmowej przygody (albo małej, do
wyboru), ale uruchamiamy nie same obrazki, ale jakieś elementy
graficzne. Trochę to przypomina lyrics
video
(czy
to ma polską nazwę?)
– czyli idziemy ze słowami przez przesuwające się przed naszymi
oczami grafiki. Odpowiednio dawkowane informacje o książce w
ciekawej formie też nie bolą.
 
Trailer
„trochę jestem zwiastunem, trochę jestem recenzją”
Przepis:
widza ma zainteresować nie
tyle fabuła, co świadomość, że będzie obcował z książką
docenioną; powiedźmy mu zatem – więcej niż raz – że to jest
doskonała książka. Książka świetna. Arcydzieło wręcz. Bardzo
dobra książka. Można powtórzyć nazwisko autora tak ze dwa razy.
I dodać, że to znakomita książka, oczywiście.
To
są zwiastuny, które cierpią na rozdwojenie jaźni. Bo z jednej
strony nie są to trailery złe – czasami są nawet bardzo ładnie
dla oka zrobione – ale z drugiej strony ich treść koncentruje się
nie tyle na dziele, co na jego odbiorze. Pojawiają się więc
wycinki recenzji, czasami nawet w opisie książki („autor
stosuje tu zabieg taki i taki, przez co…”). W rezultacie
jednak bywa, że nie jesteśmy po takim zwiastunie w stanie
powiedzieć, o czym właściwie dana książka opowiada, co może
zasiać w odbiorcy pewne ziarno niepewności. Chociaż, oczywiście,
nie musi. Przy czym taka strategia nie wynika wcale z tego, że
wydawnictwo obawia się, że książka dobra nie jest – przeciwnie,
często mamy do czynienia z ciekawą prozą, tyle tylko, że
reklamowaną w często ostatnio spotykany sposób, czyli wciskaniem
czytelnikowi od początku, że obcuje z czymś niesamowitym. „Wielkim
poetą…” i tak dalej.
 
Jakie
wnioski mogą się nasuwać po przeglądzie zwiastunów książek?
Chyba przede wszystkim takie, że to sposób na reklamę książek,
który wciąż nie doczekał się wypracowania własnego języka,
którym można by mówić o zapowiadanej książce. Są pewne próby
robienia zapowiedzi-teledysków do książek albo wypuszczania
fragmentów nagrań, na których autor – albo inni sławni ludzie –
czytają kawałki danej prozy. Ciekawe, że właściwie nie istnieje
też jednolity „język” trailerów książek w zależności
od wydawnictwa, które je zamawia, ale eksperymentuje się tam po
trosze ze wszystkim. Wszystko to ma za zadanie służyć takiemu
umedialnieniu książki, które choć ciekawe samo w sobie, to jak na
razie przynosi jeszcze różne pod względem estetyki, skuteczności
i odbioru skutki.
A
jakie jest Wasze zdanie na temat zwiastunów książek? Może macie
jakieś swoje ulubione? Albo dodalibyście jeszcze jakiś typ
trailowy do powyższych?
_________________
A
jutro będą trochę bardziej abstrakcyjne rozważania i powiew
egzotyki.

8 thoughts on “O zwiastunach książek albo o problemach z językiem

  1. Och matko, numer trzeci, ni cierpię takich zwiastunów. Właściwie przez natknięcie się na kilka takich pod rząd straciłam serce do tej formy reklamy. No bo takieto nudne, takie wtórne, takie bez sensu, że aż boli zmarnowany potencjał…

    Też najbardziej lubię ten typ, który lubisz Ty. Choć akurat moim faworytem jest filmik promujący "Lewiatana" Westerfelda – jedna z anglojęzycznych wersji, której oczywiście teraz nie mogę znaleźć. Anyway, książka miała świetne ilustracje, które delikatnie animowana na potrzeby trailera i to był świetny pomysł. (a samą trylogię też polecam, co prawda młodzieżówka, ale bardzo sympatyczna).:)

    1. Muszę poszukać tego zwiastuna, bo w ogóle steampunkowe klimaty zazwyczaj wychodzą bardzo fajnie – ale moje podejście do samej książki uważam za nieudane. Porzuciłam ją jakoś w połowie, bo denerwowała mnie ilość błędów i nieumiejętnych przetworzeń historii (chociaż w ogóle nie mam nic do zmieniania historii pod swoją wizję fabuły – ale w tym wypadku koncept z synem arcyksięcia był tak zrealizowany, że aż mnie trzęsło – i chociaż próbowałam, nie dałam rady). No i nie wiem, czy próbować jeszcze raz – bo połączenie historii i steampunku zazwyczaj lubię?

    2. Ja tam bym spróbowała.^^ Z drugiej strony ja jestem niesamowicie odporna na przeinaczenia historyczne, więc w tej kwestii nic nie jest w stanie mi zaszkodzić. Może spróbować to przeczytać jak zwykłą przygodówkę? Szczerze mówiąc, pochodzenie bohatera nie jest jakoś szczególnie ważne dla fabuły (mniej więcej od momentu, kiedy oboje główni bohaterowie się spotykają. Chyba tylko do tego było potrzebne, nawiasem mówiąc…).

    3. Do tego właśnie momentu dotrwałam! OK, może jak mi znowu wpadnie w ręce, przeskoczę do tego i zobaczymy, jak będzie dalej :-). Dzięki!

    1. Tylko że ja wierzę, że i do okropnej książki da się zrobić dobry trailer. Ale w tym wypadku zwiastun nic nie mówi o fabule (koń biega, moneta się kręci – to by jeszcze uszło, ale po co tyle razy to powtarzać? – bohaterka biega, nagłe gołe klaty), tylko daje ogólne wrażenie dość dużego chaosu. Jakby to… No, widać było wielkie zamiary, a wyszło, hm, specyficznie.

  2. Czytam ten post i czytam i tak sobie myślę, że ten powinien nosić inny tytuł 😉 Przykłady, które wybrałaś są rzeczywiście złe i nie wiem czy to kwestia tego, że są wyprodukowane w Polsce, co jak podejrzewam może się wiązać np. z ograniczonym budżetem na tego typu przedsięwzięcie. Bo dobry klip, trailer (zwał jak zwał) wymaga dużego nakładu pracy i zapewne sporo pieniędzy. Kilka miesięcy pisałam o trailerach na blogu: https://zamaloksiazek.wordpress.com/2014/08/31/7-najlepszych-trailerow-ksiazek-jakie-widzialam/ (nie chce tu robić reklamy, ale może ktoś będzie zaintersowany :)) i można tam znaleźć zdecydowanie lepsze przykłady 🙂 Zgadzam się jednak, że jest to kwestia wypracowania języka, którym mówimy o książkach. To jest dla mnie temat na szerszą dyskusję, bo widzę ten problem w ogóle w sposobie promocji czytelnictwa w naszym kraju. Pozdrawiam 🙂

    1. O, z chęcią przeczytam Twój post – może po prostu trafiam na kiepskie trailery zazwyczaj albo mam nierealne wymagania :). Ale sprawa jest taka, że zwiastun książkowy to forma promocji na tyle młoda, że jeszcze nie ma swojego języka – i w sumie w związku z tym nie bardzo wiadomo, jak powinien wyglądać, żeby nie wpadać w te wszystkie klisze i koleiny, o których wspominam we wpisie. Myślę, że da się zrobić dobry za niewielkie pieniądze (np. ten w formie lyrics video), tylko trzeba mieć pomysł. I zgadzam się, że to w sumie przyczynek do szerszego problemu mówienia o książkach w ogóle. No i również pozdrawiam :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *