Miejsce na półkach to sprawa drugorzędna? Albo o kupowaniu książek

Kupowanie
książek to oprócz ich czytania jedna z przyjemniejszych rzeczy,
może nawet w niektórych warunkach przyjemniejsza (i nie trzeba być do tego szalonym bibliomanem, żadną, że tak powiem, razą). Oczywiście
niejest to jedyna droga, jaką książki mogą do naszych domów
przywędrować, ale zasadniczo jedna z głównych. Dlatego dzisiaj
pomyślałam, że może warto się nad samym kupowaniem chwilę
zatrzymać i zastanowić, co nim rządzi?

Z
kupowaniem książek jest tak, że jak człowiek zacznie, to łatwo
się rozpędzić. Dobrze pamiętam, że przez wiele lat moim
największym marzeniem było wejść do księgarni i – uwaga –
wydać na książki całe sto złotych. Dzisiaj brzmi to raczej
zabawnie, bo po pierwsze ceny książek poszły do góry i za tę
stówę nie wyniesie się już z księgarni tak jakoś specjalnie
dużo, a po drugie odkryłam mnóstwo innych sposobów, które
pozwalają stówę zaoszczędzić (a przynajmniej jej część), a w
książki się wzbogacić. Ale do dzisiaj wspominam z sentymentem ten
moment, kiedy te dostałam zupełnie zbytkowne sto złotych – to
znaczy takie, którego wydanie nie powodowało uszczerbku w budżecie
– i mogłam wreszcie do księgarni pójść. I stałam tam dobrą
godzinę, zastanawiając się, co wziąć, bo oczywiście wszystkie
te pożądane książki nagle wyparowały mi z głowy. Ostatecznie,
co jest dla mnie do dzisiaj powodem do zdumienia i do śmiechu
równocześnie, wyszłam z księgarni ze „Stoma dniami Sodomy”
markiza de Sade’a. To znaczy nie tylko, ale rozumiecie problem.
Problem
z wyborem jest przytłaczający. Pewnie w momencie, kiedy się śledzi
nowości książkowe i kupuje na bieżąco, ten problem trochę
odpada. W sytuacji, kiedy się ma ambicję kompletowania księgozbioru
tak, żeby było w nim i trochę nowości, i systematycznie
uzupełniana klasyka, człowiek nie doznaje takiego nagłego
zaćmienia „ale co to ja miałem…?”. Dlatego w sumie to
nie jest takie oczywiste, że z kupowaniem książek wszystko jest
łatwe, miłe i proste.

Kupowanie
powieści.
To jest w sumie
jeden z moich podstawowych problemów. Kupować powieści czy nie –
jeśli chodzi o nowości? Jeśli to powieść mojego lubionego
pisarza albo czekam na nią od dłuższego czasu, zwykle kupuję. Ale
w momencie, kiedy dostęp do nieźle zaopatrzonej biblioteki –
która w dodatku przyjmuje od czytelników zamówienia na nowości
książkowe! – stał się dla mnie chlebem powszednim, nie mam już
takiej palącej potrzeby kupowania powieści. Przede wszystkim, nie
łudźmy się, miejsce na półce też się kiedyś kończy. W
dodatku, jeśli jesteście w sytuacji podobnej do mnie, czyli macie
księgozbiór w więcej niż jednym miejscu, ta opcja, że „kupię
– będę mieć pod ręką” też nie jest wcale taka oczywista.
Jasne, są wydania, które człowiek chce mieć. Są e-booki, które
nie zajmują miejsca. Ale mimo wszystko przed kupnem powieści zawsze
się dwa albo i trzy razy zastanowię. W końcu tylko do niewielkiej
puli potem wrócę. Dlatego zazwyczaj kalkuluję – ile jeszcze
osób, które znam, chciałoby tę powieść przeczytać, czyli ilu
osobom mogę potem pożyczyć egzemplarz i jak bardzo ja sama chcę
tę powieść mieć teraz-zaraz-już.

Kupowanie
książek nowych.
To jest
kolejna kwestia. Jestem ogromną fanką antykwariatów – przy czym
dużo bardziej fascynują mnie książki z tych nieporządnych
stosów, gdzie można znaleźć tanie wydania niż tych
wyeksponowanych na półkach, gdzie stoją białe kruki. W
antykwariatach najczęściej kupuję powieści, lubię kompletować
sobie klasykę właśnie w takich miejscach. Zupełnie mi nie
przeszkadza, jeśli książka zgubiła gdzieś w pomroce dziejów
obwolutę, ma zalany brzeg czy naddartą okładkę. Jest jeden
warunek – musi mieć wszystkie strony. Rozumiem jednak ludzi,
którzy lubią nowe książki i tylko takie kupują. Stare książki
nie zawsze wyglądają dobrze, jeśli zwracamy na to uwagę, nie mamy
też takiego wpływu na to, z jakim tłumaczeniem mamy do czynienia –
bo akurat wyszło nowe, a książka, którą mamy w ręku ma
pięćdziesiąt lat – i pewnie na jeszcze kilka innych czynników
(trzeba wziąć pod uwagę, że w przypadku literatury z naszego
kawałka świata książki starsze często są z wydań cenzurowanych
– oczywiście pewien rodzaj książek – i często później
wychodziły już wydania z odpowiednimi korektami autorskimi, więc
takich wydań trzeba szukać raczej w książkach nowych). Są
jeszcze księgarnie taniej książki, gdzie mamy książki nowe –
czyli nie używane – ale czasami starsze – czyli wydane wcześniej
niż teraz. Nie ukrywam, że te też lubię.

Kupowanie
książek dla zasady.
Kiedyś
starałam się czytać każdą książkę, jaką kupiłam. Wynikało
to z jakiegoś takiego szacunku wobec tej siły nabywczej, jaką
dysponowałam w dość umiarkowanym zakresie i zasadniczo nie
wyobrażałam sobie, że jak już uzbierałam na tę książkę to
mam jej teraz nie przeczytać. W momencie, kiedy w życiu pojawia się
nagle więcej książek – a one ciągle przyrastają – czytanie
ich na bieżąco robi się trudne. W końcu kupione książki to nie
jedyne, które mamy w domu do czytania, są jeszcze pożyczone, z
biblioteki, dostane, znalezione i tak dalej. Problem w tym, że
często kupujemy więcej niż jesteśmy w stanie przeczytać i tak
gromadzimy powoli księgozbiór nieprzeczytajek. Stąd wszystkie te
akcje „czytam z własnej półki”, które są chwalebne i
pomagają trochę się okiełznać. Ale z drugiej strony naprawdę
ciężko się powstrzymać, jak widzi się książkę za pięć
złotych, i to taką przyjemną, no jakże tu nie kupić, kiedy takie tanie? I stos nieprzeczytajek rośnie w najlepsze.

Kupowanie
na wyprzedażach.
Straszna
sprawa. Zdarza się nie raz do roku, ale częściej – jakieś
wielkie wyprzedawanie zapasów, wietrzenie wydawniczych półek,
przeceny o 50, 70 albo 90 procent. Nawet nie trzeba się samemu
dowiadywać, na pewno usłużny znajomy nam powie. Albo przez
przypadek wyczaimy w internecie. I potem te deliberacje: „miałam
tego nie kupować, ale kosztuje niecałe dziewięć złotych…”.
W ten sposób zwykle kończy się z dużo większą liczbą
zakupionych książek, niż się pierwotnie planowało – i
dwoma-trzema, których zakupu się w ogóle nie planowało. Czasami
udaje się oprzeć, jeśli naprawdę wyprzedaż obejmuje tytuły z
rzędu tych, które nawet na półce z darmowymi egzemplarzami nie
przyciągnęłyby naszego wzroku. Ale to jest sytuacja raczej rzadka.

Nie
kupowanie książek.
Od czasu
do czasu ogłaszam wszem i wobec, że teraz to już naprawdę, ale to
naprawdę, nie kupuję nic do następnej wypłaty/następnego
kwartału/wygranej w totolotka. I nawet jak silna wolna pozwala mi na
żelazną konsekwencję w tym postanowieniu, to książki wciąż się
zjawiają. Słyszę wtedy zwykle z ust winowajców „ale przecież
już dawno rozmawialiśmy, że chcemy mieć tę książkę na
własność”, „wiedziałem, że ci się spodoba, więc…”,
„kupiłam ją, bo kiedyś coś o niej wspominałaś”.
Trochę nie ma na to rady – trzeba się cieszyć, w końcu jasne,
miejsca na półkach coraz mniej, ale przecież to miłe, że inni o
nas myślą, prawda?

Także
cóż, nie powiem, że tęsknię za czasami, kiedy zakup książki
był odkładany ze względu na inne potrzebniejsze zakupy. I tak
sobie czasem myślę, że z jednej strony to fajnie, jak ciągle
pojawiają się w domu nowe książki – ale z drugiej czasami mam
wrażenie, że tracę rachubę, jakie, kiedy i o czym. A Wy jakie
macie dylematy związane z kupowaniem książek? Kupujecie, czy z
zasady staracie się przyzywać książki innymi sposobami?
_______________
Jutro
zapraszam jak zawsze w południe (czy raczej: od południa) –
będzie o listach.

54 thoughts on “Miejsce na półkach to sprawa drugorzędna? Albo o kupowaniu książek

  1. Kupuję książki, ale… Robię to bardziej regularnie (i w większych ilościach) od kiedy zaczęłam pracować. Staram się kupować książki moich ulubionych autorów (właściwie jednego) które chcę mieć na półce. Bo nawet jeśli nie wrócę już więcej do którejś z powieści Stephena Kinga – bo o niego chodzi – dobrze jest zgromadzić całą ich kolekcję. Kupuję też powieści/zbiory opowiadań/książki popularnonaukowe lub naukowe, które po prostu z różnych powodów chciałabym mieć, a których nie ma w zbiorach mojej biblioteki. Bo jeśli nie zależy mi zbytnio na danej pozycji, a w dodatku jest ona w bibliotece i mogę ją przeczytać za darmo, zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że za dużo wydaję na książki;)
    Właściwie w moim przypadku wszystko ogranicza się do pieniędzy. Gdybym miała ich więcej, nie musiałabym się martwić, że wydałam je na coś, co nie jest mi koniecznie potrzebne i co z łatwością mogę wypożyczyć w bibliotece;) Nie znaczy to jednak, że nie zdarza mi się zaszaleć na aros.pl, na przykład;)

    1. No właśnie, w gruncie rzeczy jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze (i tak kwestia tego, czy miejsce na półce to sprawa drugorzędna, się wyjaśniło ;-)). No właśnie, ja z ulubionymi autorami mam tak samo – po prostu lubię mieć skompletowany ich dorobek, ale też w sumie dlatego, że bardzo często do niego wracam.

    2. Ja wracałabym chętniej, gdyby na półce nie czekały nowe nabytki – biblioteczne lub zakupy własne;) Ale lubię mieć ich książki, świadomość, że mogę do nich sięgnąć w każdej chwili, jest bardzo uspokajająca;) Poza tym pożyczam je czasem znajomym i ogromnie cieszę się, jeśli wracają po więcej;)

    3. Raz, że dobrze jest móc w rozmowie o jakiejś książce dodać "o, to mogę ci pożyczyć!" (chociaż są książki dla mnie zbyt osobiste, by je pożyczać, ale to inna sprawa), a dwa, że staram się jak mogę wracać do ulubionych – czasami ze szkodą dla tych wszystkich innych, które czekają, ale jak czekają, to jeszcze mogą poczekać, trzeba zachowywać równowagę ;-).

  2. Nie wiem ile bym kupowała, gdybym miała nieograniczony limit pieniędzy i czasu na czytanie wszystkiego, co chcę. Kiedyś kupowałam dużo więcej. Kiedy musiałam się przeprowadzić do innego mieszkania, dotarło do mnie, jak mało z tych książek przeczytałam. Zrobiłam wielką czystkę, książki poszły na allegro i od tej pory kupuję mniej. Zdarzyło mi się, że niektóre z tych książek, które kupiłam i sprzedałam nieczytane, wypożyczyłam 2 czy 3 lata później z biblioteki! Kupowałam je nowe oczywiście po to, żeby nie czekać zanim trafią do biblioteki, tylko żeby być na bieżąco, ale widać, teoria sobie, a praktyka sobie.
    Jeżeli chodzi o literaturę piękną, to kupuję jej baaardzo mało. Nie jestem specjalnie zainteresowana nowościami, jest tyle świetnych starszych rzeczy, że mogłabym się bez nich obejść w ogóle. A i biblioteki w Krakowie ostatnio jakoś całkiem sprawnie je kupują, więc bez tego mogę żyć. Ale "Szum" pani Tulli sobie sprawiłam zaraz po premierze, bo bardzo ją lubię.
    Najwięcej wydaję na non-fiction. Ostatnio wyczekiwałam na nowość Czarnego "Pociski i opium" i kupiłam pierwszego dnia jak wyszły.
    Myślę, że jak kupuje się mniej niż by się chciało, to wtedy przyjemność jest większa. Kiedyś jakiś psycholog napisał, że "Przejedzenie zabija apetyt" i tak chyba jest ze wszystkimi dobrami. Poza tym, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dlatego staram się nie zaglądać zbyt często do księgarń, bo to zwiększa prawdopodobieństwo kupna pod wpływem impulsu. A często bywa tak, że książka, którą wydawało mi się, że muszę mieć, po miesiącu ledwo we mnie wzbudza jakiekolwiek zainteresowanie. Blogi literackie, które podczytuję, też niekoniecznie piszą o nowościach, więc tu nie ma problemu.

    1. Tak, takie wietrzenie regału może nieźle człowiekowi uświadomić, jakie ma proporcje czytam-kupuję. Bardzo podoba mi się ta analogia z jedzeniem i apetytem. Jak jakaś książka jest trudniejsza do zdobycia nawet teraz – bo przecież i tak się zdarza (znalezienie niektórych tomików poetyckich albo jakichś rzeczy wydanych dawno w małym nakładzie) człowiek ma takie poczucie, że znalazł i zabiera się zwykle do czytania. Albo syci oczy i raduje się samą możliwością ;-).

  3. Och, oczywiście, że kupuję książki – odkąd mieszkam daleko od mojej ulubionej biblioteki, nawet częściej. Kiedy jeszcze mieszkałam w mieście, w którym studiowałam, była tam taka jedna księgarnia z tanią ksiązką i zdarzało mi się wychodzić stamtąd z reklamówką książek. I chyba już mi tak zostaje, że kiedy widzę tytułu w cenie poniżej 20 zł, to nie mogę przejść obojętnie. No i są jeszcze książki, które uda mi się wyżebrać do recenzji (staram się, aby maksymalnie uszczuplały moją listę zakupów). Ale ostatnio chyba coraz bardziej przekonuję się do ebooków – w końcu na książkę, do której nie chce wracać, jednak szkoda miejsca na półce. A utratę miejsca na dysku jakoś przeboleję.

    1. Mnie e-booki kuszą zwłaszcza, jak są naprawdę tanie – w porównaniu z kopią papierową. Co do taniej książki – dokładnie tak, kiedyś moją główną księgarnią taniej książki był sklep w Krakowie i wywoziłam stamtąd masę książek, i nie przerażało mnie nawet, że muszę je wieźć pociągiem przez pół Polski :-). Na szczęście tanie książki zrobiły się ostatnio bardziej popularne.

      I masz rację, że coś jest w tej cenie poniżej 20 zł, że człowiekowi zaczynają się świecić oczy, a portfel wydaje się bardziej zasobny, niż jest w rzeczywistości ;-).

  4. Kupuje książki, które koniecznie pragnę mieć w swojej biblioteczce bo lubię wracać do znanych mi już powieści. Inne pozostałe z którymi chcę się zapoznać bliżej pożyczam. Staram się stopować moje zakupowe napady i ostatnio bardzo dobrze mi wychodzi. 🙂

    1. Najlepiej znać kogoś, kto dużo kupuje i chętnie pożycza ;-). Ograniczanie się jest dobre, bez dwóch zdań, ale czasami jest taaakie trudne ;-).

  5. Ja trochę podświadomie dopasowuję mój księgozbiór do zbiorów najbliższej biblioteki i kupuję głównie to, czego w niej nie ma, czyli książki naukowe i nowości ulubionych autorów, które muszę przeczytać teraz-już-w-tej-chwili. Czy chciałabym kupować więcej? Pewnie tak, bo lubię towarzystwo książek, ale z drugiej strony nie chcę robić sobie z nich fetysza. Mam wrażenie, że wielu ludzi kupuje książki po to tylko, żeby "kupić" sobie przynależność do świata wyższej kultury. Potem stawiają je na półce do podziwiania, białe, sztywne i nieczytane. Dlatego podzielam Twoją sympatię do starych książek, bo po nich często widać, że były prawdziwymi towarzyszami swoich czytelników. (Choć rzadko takie stare książki kupuję. Wolę zostawiać własne ślady na nowych.)

    1. Lubię znajdować w tych starych książkach jakieś wycinki, notatki na marginesach, takie ciekawe ślady użytkowania (nie niszczenia) – po swoich własnych książkach zdarza mi się oczywiście też coś dopisywać ołówkiem albo zaznaczać karteczkami, więc rozumiem takie postępowanie ;-).

      I w sumie tak się zastanawiam, bo ten temat się tak w ogóle przewija w różnych rozmowach internetowych i pozainternetowych, że nie znam nikogo, kto by kupował książki dla wystroju. Układał w różnych konfiguracjach i kolorach – tak, ale kupował – nie.

  6. Ja robię coś absolutnie i kompletnie złego – kupuję, czytam i zwracam, a później za zwrócone pieniądze znowu kupuję, czytam i zwracam. Czuję się przez to potwornie, ale pocieszam się tym, że pod koniec roku wszystkie pieniądze, które dostałam ze zwrotów wydaję w Empiku, bo tam właśnie kupuję (jedyny sklep, który jest w miarę blisko mojego domu). Ta metoda jest jeszcze okropna z innego powodu – nabijam sobie punkty PAYBACK za zakup książek. Jestem zła, wiem.

    T.

    1. Wiesz co, nie wiem, co zrobić z tym komentarzem (bo staram się odpowiadać na każdy). Nie prościej jest w takim razie wypożyczać z biblioteki – skoro właściwie nie chcesz mieć tych książek, zależy Ci na czytaniu, a biblioteki coraz częściej mają nowości bardzo szybko (jeśli mowa o nowościach), zwłaszcza, jeśli masz wyrzuty sumienia, że tak robisz.

    2. Moja biblioteka… Jakby to ująć… Wszystko z interesujących mnie rzeczy już tam przeczytałam, nieprzeczytane zostały tylko rzeczy typu Zmierzch, a poza fantastyką i książkami przygodowymi są tam same obyczajówki, książki historyczne i romanse, a to nie moja tematyka. Uroki życia w małym mieście…

      T.

  7. Kupuję… głównie nowe, ale właśnie przed chwilą nabyłam dwa matematyczne starocie na allegro. Miejsce na półkach skończyło się dawno, chociaż przez ostatnie lata zainwestowałam w regały do pokoju dziecka i do salonu, sypialnię mamy obstawioną od początku (bo ja samolub jestem i książek raczej nie pożyczam, więc żeby goście, szczególnie mniej zaprzyjaźnieni, nie grzebali mi w księgozbiorze, trzymam w miejscu, w którym nie bywają). Teraz walczę ze stosikami, które utrudniają mi dojście do łóżka i naprawdę już nie wiem, gdzie je upchnę. A wszystko przez to, że jako wyznawczyni edukacji domowej, dla większości kupowanych książek widzę zastosowanie w nauczaniu dziecka. Teraz lub za kilka lat. Bo to albo dobra literatura, albo popularnonaukowe, albo akademickie, żebym sama wiedzę uzupełniła, albo albumy, albo moje hobby… No i przecież dziecko kiedyś przeczyta, pieniądze dobrze zainwestowane 🙂 Gubią mnie szczególnie promocje w księgarniach internetowych, to są momenty, kiedy stosiki przy łóżku gwałtownie puchną, a moje zaległości czytelnicze rosną. No i jeszcze wszystkie okazje prezentowe, u nas w ogóle prezenty są zwykle książkowe, a że stosunkowo niedawno były święta i jeszcze urodziny miałam… Nie jest dobrze. W tym roku poproszę Mikołaja o regał zamiast książek.

    Swoją drogą byłam kiedyś w domu (w sensie domku jednorodzinnego), dość dużym i starym, i tam cała przestrzeń ścian wypełniona była półkami z książkami. Dookoła drzwi, okien, nawet obrazy były obramowane książkami. Widok niesamowity i mam niejasne wrażenie, że do tego powoli zmierzam. Tylko muszę zacząć od budowy domku 🙂

    1. Tak, ja też lubię inwestować w książki na zasadzie "na pewno ktoś z moich bliskich przeczyta" – ewentualnie "na pewno się przyda!". I czasami się to sprawdza, a jeśli się nie sprawdza to wypieram to z pamięci 😉 (naprawdę nie mogę sobie teraz przypomnieć jakiejś spektakularnej klapy w tym zakresie :-)).

      Och, taki dom to marzenie – także estetyczne, bardzo mi się podobają te ściany całe w regałach (albo przynajmniej jedna ściana cała poświęcona na książki – trochę by to wymagało ode mnie poświęcenia, bo żywię zabobonny strach przed drabinami). Na razie książek na te regały by się uzbierało, tylko właśnie tak jak piszesz – domku jeszcze brak :-).

    2. Ja właśnie w sypialni mam z łóżka widok na ścianę książek, dokładnie na wprost 🙂 Problem drabiny rozwiązałam wstawiając na górę książki rzadko używane albo mężowskie, on sobie sięgnie. W ostateczności przystawiam krzesełko, bo to stabilne, albo wydaję okrzyk biednej niewiasty pt. "Mężu, ja taka mala i nie sięgam!" Jakoś trzeba sobie radzić 😉

      Problem z takimi ścianami książek jest tylko jeden – tony kurzu. Na książkach i półkach, bo przy samych książkach wytrzeć bez zdejmowania się nie da, a zdejmować wszystko co tydzień…

    3. Doskonała strategia :-)! Tylko co zrobić, jak się potrzebuje akurat w danej chwili jakiejś książki, a nikogo w domu nie ma? Ale myśl jest dobra.

      W sumie książki i tak trzeba wietrzyć 1-2 razy do roku, wtedy zaczyna się to całe ściąganie, przekładanie, chaos w domu i w ogóle. Przy czym ja zwykle podważam książki, żeby zetrzeć ten lotny kurz, który się zbiera pod nimi od przodu – a z tyłu sprzątam porządnie przy okazji wietrzenia. Jeśli nie ma się w domu alergika, to zasadniczo wychodzi nieźle, nie lata w powietrzu mnóstwo tych drobinek, a i książki są bardziej zadbane :-).

  8. Z kupowaniem książek mam problem taki, że nie potrafię nie kupić 😀 Miejsce mam, zresztą uwielbiam mieszkania całe zalane książkami. To co się nie sprawdzi, nie spodoba oddaję do biblioteki/antykwariatu. A sposób na okiełznanie naprawdę dużej ilości nieprzeczytanych książek mam jeden: wszystkie one leżą w zebrane w jednym, osobnym miejscu i przypominają o sobie. Co ciekawe od kiedy tak zrobiłam kupuję dużo, dużo mniej 🙂

    1. To jest bardzo fajny pomysł, żeby nieprzeczytane książki trzymać w jednym miejscu! Muszę chyba przeforsować takie ustawienie u siebie w domu – to faktycznie może działać demobilizująco do kupowania kolejnych :-).

  9. Niestety nie mogę się oprzeć wydatkom na książki. Co miesiąc pozwalam sobie choćby na trzy interesujące mnie tytuły… i stosik rośnie. Dostaje jeszcze z wydawnictw i w prezencie od bliskich, którzy znają moje uwielbienie do czytania. Czasami zaopatruję się w antykwariacie, wtedy kupuję książki sentymentalne tzn takie, których od dawna nie ma na półkach księgarskich. Mam swój ulubiony – fenomenalny antykwariat w Poznaniu. Wyszukiwanie tam książek to wielka przygoda 🙂
    W jednym ze swoich postów pisałam:
    "Już nie mam wyrzutów sumienia z nowej zdobyczy, nie gnębi mnie długi spis literackich wyzwań. Im więcej czeka na mnie nowych tytułów, tym bardziej jestem ciekawa świata. A więc: kolejna książka na liście, kolejna nieodkryta historia, kolejny nieznany bohater".
    http://magdallenamagazine.blogspot.com/2014/10/ksiazki-nie-bywaja-w-zym-humorze.html

    1. Tak, to prawda, że z jednej strony przyjemnie jest mieć dużo do czytania przed sobą, ale od czasu do czasu może na człowieka napaść taka melancholia z rodzaju tych "tyle książek, tak mało czasu" i obezwładnić wolę czytania na jakiś czas. Podoba mi się Twoje podejście, jest takie optymistyczne.

  10. Z uwagi na ograniczony budżet i mało miejsca kupuję mało książek, wolę wypożyczać z biblioteki. A te które mam na półkach- chce by były te najbardziej ulubione, do których chętnie powracam.

  11. W moim przypadku mocno ograniczony budżet nie pozwala na nieustanne wzbogacanie swojej biblioteczki tak bardzo, jakbym tego chciała. Ale od czego są koleżanki uwielbiające czytać i posiadające większy budżet (cholera, zachciało mi się zakładać rodzinę zamiast siedzieć na garnuszku u rodziców! ;-)), biblioteki, darmowe e-booki, a od niedawna… praca w księgarni. 🙂

    1. Kiedyś myślałam, że praca w księgarni to jest idealne wyjście dla mola książkowego, ale podejrzewam, że jest to spore wyzwanie i wcale nie wygląda tak różowo, że tylko człowiek siedzi i czyta (no i trzeba być za pan brat z drabiną :-)). Tak, tych źródeł książek niekupowanych, a jednak pojawiających się w domu, jest coraz więcej, noszę się nawet z takim pomysłem na wpis, żeby to sobie poukładać :-).

  12. Temat kupowania książek to temat – rzeka, w sumie chciałoby się mieć pokaźną bibliotekę, ale czy warto kupować wszystko jak leci, skoro mam biblioteki, e-czytniki. Poza tym też mieszkanie nie jest z gumy i się nie powiększy wraz z ilością książek. Ostatnio wyniosłam do biblioteki "w darze" wielką siatę książek, które kilka lat temu kupiłam bo bardzo chciałam je mieć.

    1. Ale to pięknie dla biblioteki, że dostaje dobre, niestare i nieponiszczone książki w darze – no i jak inni czytelnicy się przy okazji cieszą :-).

  13. Przyznam się, że ja po prostu lubię mieć książki, więc kupuję i tutaj ogranicza mnie tylko budżet, bo miejsca u mnie dostatek (a jak półka okazuje się za mała zawsze można ustawiać stosy na podłodze). Jeśli chodzi o nowości, to mogę liczyć tylko na siebie, więc kiedy ukazuje się książka, o której wszyscy mówią i się nią zachwycają, to czasem się skuszę. Ale lubię też kupować stare książki o pożółkłym papierze i widocznych śladach użytkowania – wcale nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że są nieestetyczne. Nieestetyczne to są rzędy identycznych tomów w skóropodobnych oprawach ze złoceniami. I nie lubię się rozstawać z książkami – kiedy się przeprowadzałam do Polski po kilku latach zagranicą, zostawiłam tam mnóstwo ubrań i innych sprzętów, ale taszczyłam ze sobą walizkę pełna książek, które tam zakupiłam – oczywiście sporo zapłaciłam za nadbagaż 😉

    1. Z tą nieestetycznością chodzi mi o to, że jeśli są to książki cienkie i podniszczone, to mogą się źle ustawiać w pionie na półce (mam taki regalik i nie wygląda za dobrze, ale też nie pozbyłabym się tych książek, bo je uwielbiam, w większości to są jakieś antykwaryczne zdobycze "za złotówkę" albo rzeczy z bibliotekowych ubytkowań). I tak, też mam ten problem, że nie przepadam za rozstawaniem się z książkami – zdarzało mi się dźwigać plecaki z książkami zakupionymi w zupełnie innych częściach kraju(ów) i potem z nimi wędrować, bo chociaż były obczytane, to jak to tak – zostawić?

    2. Ach – zapomniałam. Jeśli chodzi o przeprowadzi po Polsce, to już się wycwaniłam, i potem, jeśli nie było szansy na miły samochód, który by mnie z książkami przewiózł, to wysyłałam je na nowy adres pocztą w paczkach. Dużo mniej noszenia, a koszty wychodziły w miarę przyzwoite (nie wiem, czy teraz nie wyszłoby to drożej, chociaż chyba niekoniecznie).

  14. Kupuję mnóstwo, ale rzadko w pełnej cenie – najczęściej albo w antykwariatach, albo poluję na promocje. Lubię mieć ksiażki. Półka z ksiażkami to ważna rzecz, nawet teraz właśnie kończę notkę na ten temat, będzie dziś albo jutro. Gorzej, że kupuję i kupuję, a czytam biblioteczne 😉

    1. O właśnie, właśnie – do tego ma człowiek takie poczucie, że przecież "te są moje, poczekają, no a te muszę oddać, więc…" ;-).

  15. Właściwie od zawsze kupuje zbyt dużo książek. Jest dużo lepiej odkąd bardziej popularne stały się ebooki, tańsze i nie zajmujące miejsca. Ostatnimi czasy kupuję właściwie tylko… przeczytane (=sprawdzone) książki, takie które bym chciała po prostu mieć. Ale nawet wirtualny stosik ebooków ciągle rośnie i czas najwyższy ograniczyć zakupy, z tym jednak jest ciężko:)
    I jeszcze słówko o Twoim blogu, chyba już wcześniej tu kedyś zajrzałam na chwilę, ale dopiero dzisiaj zapoznałam się z nim bliżej. Nie chcę mi się wierzyć, że zaczęłaś tak niedawno! Dużo ciekawych wpisów, myślę że jeszcze doczytam wcześniejsze. Żeby nie było za różowo: zastaniawia mnie "albo" w tytułach Twoich wpisów. Może bardziej rzuciło mi się to w oczy, bo przeczytałam kilka wpisów naraz, ale na widok tego "albo" staje mi przed oczami angielskie "or" i jakoś mi to zgrzyta. Polskie "albo" ma chyba raczej przeciwstawne znaczenie, a nie ma znaczenia "czyli"? Wybrałaś taką formę tytułów z jakiegoś konkretnego powodu? Tak czy inaczej interesujący i starannie prowadzony blog, mam nadzieję, że nie ograniczysz się do jednego roku.
    B.

    1. No właśnie – trzeba w końcu przestać kupować, a zacząć czytać, a to wcale tak łatwo nie idzie :-). Dlatego tak spodobała mi się strategia @Magdaleny wyżej, żeby składać je w jednym miejscu – wtedy od razu widać, ile mamy nieprzeczytanych i to mobilizuje do czytania zamiast do gromadzenia tylko.

      Dziękuję za miłe słowo :-)! Jeśli chodzi o sposób formułowania tytułów to stoi za tym pewien zamysł – jestem fanką tych rozbudowanych barokowych tytułów (nawet jeżeli nie jestem fanką treści, która się za nimi skrywa), a tytuły te były konstruowane właśnie na tej zasadzie: pierwszy człon + albo + doprecyzowanie/rozwinięcie (zazwyczaj bardzo długie, ja jednak się staram trzymać krótszych wersji :-)). Mogły być prostsze, w formie rzeczownik + albo + rzeczownik ("Kanikuła albo psia gwiazda" Morsztyna) lub te długaśne zawijasowate jak np. tutaj: http://polona.pl/item/11715294/4/.

    2. Może wiesz, trzeba by z tym jeszcze pokombinować, np. tak jak z tym, że dziecko nie chce jeść, to mu się ozdabia kanapki, to może trzeba by spróbować jeszcze te książki jakoś kusząco drapować, czy coś ;-).

  16. Czyli jest to "albo" z tradycjami:) Dziękuję za wyjaśnienie, w takiej sytuacji spojrzę na nie przychylniejszym okiem:)
    B.

  17. Nie kupuję. Nie mam miejsca, to nie kupuję. No, chyba że mamie, ale to jej daję i ona się martwi o miejsce.
    P.S. Nie kupuję, ale one same przybywają, od początku roku ponad 20 szt…

    1. Dokładnie! A pomysł z kupowaniem komuś jest niezły (chyba, że się też u tego kogoś składuje część swojego księgozbioru i granica między jego a moim się powoli coraz bardziej rozmywa… ;-)).

  18. Uwielbiam nabywać książki, ale ostatnio powiedziałam sobie, że będę kupować jedynie te, które naprawdę chciałabym mieć w siebie w domu – klasykę i powieści autorów, których sobie cenię. Miejsca mam aż nadto, ale czasem trzeba wybrać priorytety, a w tym roku… marzą mi się wakacje nad naszym polskim morzem 😉

    1. No właśnie, stan idealny byłby wtedy, gdyby i mieć miejsce, i zasobny portfel i nie musieć wybierać, na co przeznaczać wypłatę ;-).

  19. Myślę, że nie mam problemu z kupowaniem książek. Kupuję ich tyle, na ile mnie w danym miesiącu stać (za zwyczaj jest to kilka tytułów). Miejsc na regałach mało, więc ostatnio przerobiłem szafkę na podkoszulki na dwie półki (ha, ha!). Nowości praktycznie nie kupuję, chyba, że wychodzi nowa pozycja autora, którego bardzo lubię (np. Witkowski).

    1. Oj tak, kreatywne zużytkowanie przestrzeni jest cenną umiejętnością, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsce na książki ;-).

  20. Mam z tym problem i powinnam iść do specjalisty. Nawet kiedy mam pilne wydatki i muszę, naprawdę MUSZĘ oszczędzać, książki kupuję namiętnie. Biblioteczka się rozrasta, półek brakuje, narzeczony niedługo mnie z domu wyrzuci, nie mam też czasu, żeby przeczytać wszystkie dotychczas zakupione pozycje. Ale jak odmówić zakupu najnowszej książki ukochanego autora? Albo nowości za 9.99? Cały czas wierzę, że książki to inwestycja – w siebie, w rodzinę i przyjaciół, w wolny czas, w relaks. I mimo że mam świadomość swojego książkoholizmu jakoś szkoda mi wydać pieniądze na lekarza specjalistę. Zamiast tego kupię sobie kilka kolejnych książek. 🙂

    1. Prawda ;-)? Ja też czasem rozpatruję zakup pod względem inwestycji, ale trochę inaczej: zastanawiam się, ilu ludzi oprócz mnie sięgnie po tę zakupioną przeze mnie książkę (okej, ten klucz stosuję głównie do powieści) i jak się to kalkuluje ;-). Chyba, że to ukochany autor – wtedy kalkuluje się samo przez się :-).

  21. Pamiętam jak bardzo frustrujące było dla mnie zawsze, kiedy musiałam się ograniczać w bibliotece do regulaminowych 3 książek. Raz jedyny zdarzyło mi się posunąć do tego, że schowałam książkę za innymi na regale, żeby przypadkiem przed kolejną wizytą ktoś mi jej nie zwinął sprzed nosa. Było to w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej, nie pamiętam już tytułu, jedyny przebłysk ilustrowany album z mitologią grecką, do dziś troszkę mi wstyd, ale do czego zmierzam… od zawsze marzyłam o tym, że kiedyś jak już będę duża to wszystkie te ulubione książki, seriami staną u mnie na półce. No i tak sobie kompletuje powolutku. Zaczęło się na początku liceum i tak wraz z rosnącymi dochodami przybywa, a regały puchną. Książkowy zakupoholizm podsycają darmowe bony z korpo do księgarni – zgroza 😉 Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło zrobić zakupów na kwotę podaną na bonie, zawsze coś jeszcze wpadnie w oko i "za jedną wysyłką" ląduje w koszyku. Niestety, więcej pieniędzy na książki równa się mniej czasu na czytanie i tak stosik książek w kolejce rośnie, wyrzuty sumienia też. Na dodatek ostatnio jakoś nowości kuszą bardziej niż ukochane – przeczytane, do których na pewno wrócę jak tylko przeczytam X, Y i Z etc 🙂

    1. Myślę, że może te trzy regulaminowe książki są taką naszą traumą wspólną, że teraz się po prostu trudniej pohamować, bo już możemy więcej niż trzy znieść do domu ;). Zresztą, w moim przypadku było tak, że jak już się dawałam poznać jako dobry czytelnik, to udawało mi się wypożyczać więcej, zazwyczaj (bo nie zawsze) w granicach rozsądku.

      A darmowe bony – super! 😀

  22. Odkąd mieszkam poza Polską, jedynym wybawieniem dla mnie są ebooki. Na początku próbowałam kupować korespondencyjnie, ale po kilku nietrafionych zakupach i po podliczeniu kosztów przesyłki, stwierdziłam, że nie ma sensu zbieranie pozycji, których potem jak najszybciej będę chciała się pozbyć. Z ebookiem nie ma tego problemu, no i mogę być mniej więcej na bierząco z tym, co się wydaje. Inna sprawa, że rzeczy starsze czy czasem nawet klasyka, często są niedostępne w tej formie. Wtedy ewentualnie allegro. Ogólnie jednak jestem zdania, że lepiej czytać, niż kupować, więc jeśli się ma możliwość czytania nie kupując, to jak najbardziej tą drogą. No i pomyślmy o ekologii, te wszystkie ścięte drzewa… (przypomnina się scena z "Dnia świra";))

    1. Tak, możliwość przeczytania dzięki bibliotece, znajomym i tak dalej to jest zawsze dobra opcja. Chyba, że koniecznie chcemy mieć swój egzemplarz (w końcu kupujemy nie tylko powieści, ale też albumy, zbiory esejów i tak dalej). Nadal co do e-booków mam mieszane uczucia, bo to jeszcze dość drogi interes w porównaniu z książkami papierowymi (co nie oznacza, że ich nie kupuję, ale w porównaniu z książkami papierowymi na pewno mniej). Są zresztą teraz różnego rodzaju akcje abonamentowe, które pozwalają na tańsze zakupy e-booków. A aspekt ekologiczny, o którym wspomniałaś, też jest istotny — chociaż w epoce, kiedy da się uzyskać ładny, biały papier z odzysku, można drzewa oszczędzać :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *