Kiedy przymiotniki przestają wystarczać albo jaka właściwie była ta książka?

Macie tak czasem, że przeczytacie
książkę i nie umiecie odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka ona tak
po prawdzie była? To znaczy czy była dobra, czy była zła, czy się
Wam podobała, czy nie? Mnie się to zdarza rzadko, najczęściej
umiem stwierdzić, na przykład, że to była słabo napisana
książka, ale czytało się ją przyjemnie lub że to całkiem
niezła książka, chociaż ma pewne wady. Ale zdarzają się takie
przypadki, z którymi nie umiem sobie dać rady.

Zapytacie pewnie: a musisz? No, nie
muszę. To znaczy nie chodzi o jakieś obiektywne kryteria – w te
do końca nie wierzę, oprócz takich oczywiście czysto
warsztatowych. Po prostu lubię wiedzieć, co myślę o danej
książce, a bywają takie lektury, które zostawiają mnie
skonfundowaną i to wcale nie dlatego, że są napisane w sposób
wydumany albo z poczuciem, że nie rozumiem, co właśnie
przeczytałam. Czasami takie zastanowienie przychodzi od razu, kiedy
indziej w chwili, kiedy wspomina się lekturę po latach albo
odkrywa, że ktoś, kogo zdanie sobie cenimy – albo często
mamypodobne do niego – ma zupełnie inne mniemanie o danej książce.
Także dzisiaj kilka słów o tych wszystkich książkach. Wybór
oczywiście czysto subiektywny.
Może jeszcze mały, jak się to mówi,
disclaimer. Zasadniczo nie
dzielę książek na „dobre” i „złe”. Przeciwnie
– raczej staram się być krytyczna w granicach rozsądku. Także
nie chodzi mi o takiej podporządkowanie książki pod jedną albo
drugą kategorię. Raczej o włożenie jej w takie dość szerokie
spodnie możliwości (że sobie strawestuję Pratchettowską
metaforę).
„Klub Dantego” Matthew
Pearla
To był swego
czasu niesamowicie modny i chodliwy kryminał, więc złapawszy go w
bibliotece czułam się niemal wybranką losu. Przeczytałam go w
jedno popołudnie, byłam zaintrygowana, bardzo mi się podobało
nawiązanie do Dantego i uczynienie z klasycznych amerykańskich
poetów detektywów. Ale im dłużej myślę o tej książce, tym
bardziej nie wiem, czy to właściwie jest książka faktycznie taka
dobra (dlatego bezczelnie nagabuję innych, żeby ją przeczytali – i się ucieszyłam, jak zobaczyłam, że Królowa Matka ma ją w planach). Myślę, że to kwestia nadmiernego eksploatowania motywu
zbrodniarza wykorzystującego „Piekło” Dantego jako źródło
natchnienia (które apogeum osiągnęło chyba w absolutnie okropnej
„Otchłani zła” Chattama, której przeczytanie zawdzięczam
tylko temu, że było jedyną dostępną mi książką w bardzo
określonej sytuacji zupełnie bez czytelniczego wyjścia), co
przyszło potem, ale też i tego, że często jest tak, że książka
reklamowana i promowana mocno w jednym momencie potem zupełnie
przygasa i sięgając do niej pamięcią nie jesteśmy już pewni,
czy była aby na pewno taka dobra. W sumie pamiętam z niej głównie
upiorny motyw much (który też potem się przedostał do innych
dzieł) i nie wiem, czy to powinno świadczyć na jej korzyść, czy
niekorzyść.

 Zdjęcia okładek do wpisu pochodzą albo ze strony wydawnictw
albo księgarni internetowych.
„Morfina” Szczepana
Twardocha
Do teraz myślę,
że gdyby z pierwszego rozdziału zrobić opowiadanie, byłoby to
opowiadanie godne wszelkich nagród. Tego, co przychodzi potem –
może poza sceną z partyzantami, która jest perełką – już bym
tak chętnie nie nagradzała. Drażni mnie przeintelektualizowanie
wyzierające z tej książki, denerwuje kobiecy narrator, który
pojawia się ni stąd, ni zowąd i nie bardzo do końca wiadomo, jaką
i czyją rolę ma spełniać, no i zakończenie wydaje mi się
stanowczo za łatwe. Sęk w tym, że jak już sobie przyklepałam
„Morfinę” jako zdecydowanie przereklamowaną książkę z
ciekawymi rozwiązaniami w niektórych partiach tekstu, miałam
możliwość porozmawiać o niej niedawno z innym czytelnikiem – i
tak od słowa do słowa nagle znalazłam się po tej stronie
barykady, która wymieniała na jednym oddechu same niemal zalety
powieści. Bo i zabieg ze złudzeniem tego, kto kim jest, bardzo mi
się podobał, i gra z tożsamościami… No i teraz jestem w kropce,
bo zaraz po przeczytaniu byłam rozczarowana, a im dalej od
zakończenia lektury, tym chyba „Morfina” podoba mi się
bardziej.

„Kraina Chichów”
Jonathana Carrolla
Czy w ogóle
twórczość Carrolla. Bo tak: przeczytałam właściwie wszystkie
jego książki z mojej licealnej biblioteki, ale muszę powiedzieć,
że chyba głównie dlatego, że wokoło wszyscy strasznie je
chwalili. Dla mnie powieści te mają zazwyczaj jeden-dwa ciekawe
wątki, ale obudowane taką masą dziwnie grafomańskich rozwiązań,
że zupełnie nie widzę ani przełomowości, ani intryg, a już
bohaterowie w większości doprowadzają mnie do wściekłości
(dlaczego każdy mężczyzna z próz Carrolla zachowuje się jak
niewyżyty). Najbardziej jeszcze – aż do zakończenia – broni
się korzystające z wątków grimmowskich „Śpiąc w
płomieniu”. Dlatego z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że
Carroll funkcjonuje teraz jako taki stateczny klasyk. Może coś
przeoczyłam?

„Tarot paryski”/”Kabaret
metafizyczny” Manueli Gretkowskiej
Opinia o tym, że
pisanie Gretkowskiej to taka artystowska grafomania, jest chyba dość
powszechne. Ja doszłam do jej próz na okrętkę przez wydane
dzienniki – „Polkę” i „Europejkę” – a potem
przeczytałam wszystko inne (do „Kobiety i mężczyzn”)
i… I nie wiem w sumie, co z tymi książkami zrobić. Jest tam
sporo sugestywnych obrazów i trafnych obserwacji, i równie wiele
koszmarków literackich, które są symboliczne tak, jakby trzaskały
czytelnika po twarzy „zobacz-jakie-to-znaczące”. Plus u
Gretkowskiej znajdują się jedne z najgorszych opisów współżycia
seksualnego, jakie istnieją – i można by tu powiedzieć, że
autorka próbuje znaleźć nowe środki wyrazu. Okej. Ale dlaczego
ciągle je powtarza?

„Niedobre miejsce”
Williama Whartona
Przeczytałam tę
jedną książkę Whartona, bo została mi gorąco zarekomendowana, a
to były czasy, kiedy Whartona naookoło czytali wszyscy. I z jednej
strony realizacja tematu była interesująca – z drugiej narracja w
stylu „wstał lewą nogą, naciągnął skarpetki, umył zęby
różową szczoteczką, nakładając na nią pastę, potem wyszedł z
domu, przekręcając klucz w zamku i schodząc po schodach”
sprawiała, że siwiałam w oczach. To znaczy ta ilość szczegółu,
który czytelnik w zasadzie albo się domyśla, że tam jest, albo
wcale nie potrzebuje o nim wiedzieć, bo nie ma to znaczenia żadnego,
ale to absolutnie żadnego – jest przytłaczająca. I nie wiem, czy
w momencie, kiedy taki opis jest sobie a muzom, czy to jest
realizacja nerwicy natręctw, kreacja własnego szczególnego stylu,
czy z lekka grafomański zabieg.

„Życie Pi” Yanna Martela
Chwali się tę
książkę, nagradza, umieszcza w kanonach, a ja nie wiem nadal, czy
aby nie jest to taka intelektualna wydmuszka. Bo dobrze – pomysł,
zwłaszcza w kontekście tego, co dzieje się na końcu – jest
przedni. Ale realizacja taka sobie. Ta otoczka newage’u, taka
nachalna patchworkowość, która ma być zwyczajna i naturalna, a
zdaje się być wydumana i sztuczna, do mnie nie przemówiła. Czułam
się podczas lektury regularnie oszukiwana przez autora, który
chciał, żebym widziała jedno, ale pisał drugie. W sumie gdyby nie
sam koncept, pewnie bym o książce zapomniała, a tak pamiętam i
zastanawiam się ciągle, jak ją ugryźć.

„Marley i ja” Johna
Groghana
To jest ta
książka, po której pani bibliotekarka z biblioteki miejskiej
stwierdziła, że jestem niewrażliwym człowiekiem. Historia oparta
na doświadczeniu autora – o jego i jego żony życiu z nadaktywnym
labradorem – podobno z każdego wyciskała strumienie łez, a mnie
jakoś los Marleya (rzeczonego psa) nie wzruszał; więcej nawet –
denerwowało mnie to, że właściciele łatwo zrezygnowali z prób
wychowania psiaka i postanowili, mimo że stwarzał on często sam
dla siebie niebezpieczeństwo, nic z tym nie robić. Momentami ich
postępowanie wobec zwierzaka wydawało mi się wręcz nieetyczne.
Ale że do dzisiaj zdarza mi się przeczytać albo usłyszeć, że to
taka piękna książka, zastanawiam się, czy to ja jestem bez serca,
czy może jednak to naprawdę jest taka sobie książka. I nie wiem.

„Przepiórki w płatkach róży”
Laury Esquivel
Niedawne odkrycie
– autorka w przedmowie powołuje się na Kantora i Grotowskiego,
wszyscy się nią zachwycają, realizm magiczny wylewa się
hektolitrami… Tylko wszystko pięknie, ale to jest ilustracja
jednego z najbardziej toksycznych związków męsko-damskich, o
jakich czytałam, podana w sosie „och, jak romantycznie!”.
Pamiętam, że przeczytałam ją zarywając noc, ale wcale nie
dlatego, że byłam zachwycona, ale że nie mogłam uwierzyć w to,
co czytam i cały czas czekałam na jakiś twist fabularny, który
obnaży postępowanie bohaterów, a tu nic! I nadal nie rozumiem,
skąd się biorą zachwyty nad tą prozą, i czemu się ją określa
mianem „pięknej i romantycznej”. W dodatku mam wrażenie,
że wszystkie zabiegi formalne to w tym przypadku tylko próba
ukrycia tego, że historia jest, delikatnie mówiąc, nie najlepiej
przemyślana.

I wiecie, ciągle powtarza się tutaj, że jakaś książka jest powszechnie chwalona, a ja mam z nią problem. Oczywiście, że nie wszystko, co zyskuje aplauz – czy to czytelników, czy krytyki – jest z automatu znakomite. W tych przypadkach chodziło mi jednak o taki mój osobisty rozdźwięk między tym, co słyszę o książce, a tym co w niej jest – czasem znakomitego, czasem takiego sobie o. I że nie są to książki – może poza „Przepiórkami…” zupełnie koszmarne. I że to moje zdanie na ich temat podlega takim ciągłym zmianom z jakiegoś powodu.

Macie podobnie z
jakimiś książkami? A może ktoś z Was czytał jakąś z
powyższych i ma na ich temat wyrobione określone zdanie? Albo macie
z nimi podobny problem, co ja?
________________
Jutro – o pewnym
szczególnym typie literackich bohaterek.

30 Replies to “Kiedy przymiotniki przestają wystarczać albo jaka właściwie była ta książka?”

  1. Z Whartona i Carrolla już niewiele pamiętam, czytywałam ich sporo w czasach licealnych – a są to dawne czasy, w których ci autorzy byli bardzo modni ;). Nigdy później już do tych książek nie wróciłam, więc nie wiem, jak wypadłaby moja ocena teraz. Wydaje mi się jednak, że wtedy, tzn. w latach 90. wytworzył się wokół tych autorów taki specyficzny klimat (w naszym kraju, bo ich popularność gdzie indziej chyba nie sięgnęła tak wysokiego poziomu), że czytelnicy od razu zakładali, że ich książki są dobre, a skoro są dobre, to muszą im się podobać. Rodzaj samospełniającej się przepowiedni, napędzającej tę popularność.

    W ogóle coraz częściej się zastanawiam, czy warto czytać książki czytane przez wszystkich. Bo wtedy naprawdę trudno jest o własną, całkowicie autonomiczną ocenę. Siłą rzeczy ustawiamy się albo po stronie ogólnie przyjętej opinii, albo w kontrze do niej i czasem ta potrzeba, żeby myśleć to, co wszyscy, albo przeciwnie – żeby się wyróżniać, może działać na nas silniej niż sama książka.

    1. Dokładnie tak – był na nich obu straszny szał i wszyscy naprawdę dookoła ich czytali. Faktycznie analogia z samospełniającą się przepowiednią jest trafna. Chociaż muszę powiedzieć, że zakwalifikowałam ich sobie jakiś czas temu do tej grupy "modnych" jakiś czas temu pisarzy, co miało mi jakoś ich fenomen wytłumaczyć, po czym odkryłam, że – nie wiem, jak z Whartonem, może podobnie – o Carrollu mówi się teraz trochę jak o takim szanowanym klasyku; a ja przyznam, że ni w ząb tego nie rozumiem – to, co zapamiętałam z jego książek (a że był hurtowo obecny w bibliotece mojego liceum, to przeczytałam chyba wszystko do "Białych jabłek") jest raczej słabe (z wyjątkiem tego wspomnianego "Śpiąc w płomieniu"). Może mam taką złośliwą cechę, że zapamiętuję słabsze fragmenty – nie wiem.

      Ale jeśli chodzi o nowości? Bo w sumie np. starsze książki, te owiane nimbem tego i owego też są czytane przez wszystkich i chyba nie trzeba się aż w takim stopniu wobec nich określać? Bo jeśli chodzi o nowości, to zasadniczo się zgadzam – zresztą, może trochę za łatwo mi to przychodzi, bo dostęp do nowości mam głównie przez biblioteki, a tam zwykle trochę czasu trwa, zanim się pojawią (i je przyfiluję). I chyba dużo zależy też od naszego podejścia – chociaż masz rację z tym, że często zajmujemy jakąś stronę.

    2. Tak, mam na myśli nowości. Książki, o których wszyscy mówią TERAZ. ("Wszyscy" to oczywiście pojęcie względne, biorąc pod uwagę odsetek czytających w Polsce ;)). Właściwie przeczytanie "Ptaśka" teraz – trzymajmy się już tych przykładów – będzie już zupełnie indywidualnym przeżyciem i książka albo do nas trafi, albo nie, ale np. na "Morfinę" jest jeszcze za wcześnie. Klasyka to jeszcze inny przypadek.

      Wpis o teściowych też świetny 😉

    3. Nie mogę się nie zgodzić – ale mnie się zdarza, że jakoś zupełnie umiem przegapić dyskusję o jakiejś bardzo chodliwej i dyskutowanej książce (czasami specjalnie, czasami przypadkiem) i teraz widzę, że to jest jednak cenna umiejętność :-).

      A dziękuję ;-).

    4. Mnie podoba się pomysł dyskutowania nowości, spierania się o nie, wymieniania się opiniami. To może być eskcytujące. Rzadko jednak w tym uczestniczę, bo podobnie jak Ty polegam raczej na bibliotece i nowa literatura niekoniecznie mnie kręci. Jest tyle fantastycznych rzeczy napisanych lata temu dostępnych za darmo, że można się bez nowości obejść, a kasę wolę wydać na nowe non-fiction, które częściej mnie ciekawi.
      Ale fajne może być takie poczucie wspólnoty, widzę w tym coś atrakcyjnego. No i to dobrze jak książki, czy też dyskusje wokół nich, wzbudzają emocje.

    5. Nie, no jasne – ale chyba chodziło nam tu o to, że w momencie kiedy wszyscy piszą i mówią o nowościach, pojawia się taki przesyt informacyjny. Bo oczywiście, że o książkach – czy nowych, czy starych – warto dyskutować. Dobrze jest móc porównać opinie, może się do czegoś przekonać (albo przekonać kogoś), rozjaśnić sobie jakieś niezrozumiałe fragmenty i tak dalej. To w sumie bez znaczenia w takim przypadku, czy dyskutujemy o książce nowej (chociaż w tym wypadku pewnie łatwiej znaleźć dyskutantów) niż starej (czy też względnie starej, oczywiście).

  2. Co do "Klubu Dantego" o osobie Dantego usłyszałam czytając Książkę Dana Browna "Inferno". Chętnie przeczytam jeszcze coś z tą osobą, ponieważ jest bardzo ciekawym osobnikiem XD
    Zapraszam do mnie: http://chcecosznaczyc.blogspot.com/

    1. Tak podejrzewałam, widząc okładkę "Inferna", że i tam motyw z dantejskim mordercą powędrował. Osobiście nie przepadam za Brownem (nie dziwi mnie właściwie, że wziął na warsztat ten akurat motyw – tak jak pisałam, zrobił się on szalenie popularny, a po dwóch przeczytanych powieściach Browna widzę, że lubi on takie "chodliwe" tematy). No i oczywiście samą "Boską Komedię" Dantego polecam, skoro postać Dantego Cię zainteresowała – w końcu on sam też tam występuje, w dodatku biega po zaświatach w towarzystwie Wergiliusza ;-).

  3. Wiesz co, ja to Cię podlinkuję, bo Ty takie fajne rzeczy piszesz.

    Twarocha mam w planach, ale niekoniecznie najbliższych, Co do Carrolla, to właśnie też "Śpiąc w płomieniu" podobało mi się najbardziej, reszta rozmywała się w serii identycznych wątków, postaci i motywów. Pamietam te zachwyty i może jeszcze w liceum "Kraina chichów" mi się podobała, a reszta znudziła z czasem, to teraz jednak uważam Carrolla za nieporozumienie, podobnie jak Ty.

    O Gretkowskiej dużo słyszałam, ale jeszcze nie było mi dane się zapoznać i przekonać na własnej skórze…;>

    Wharton czeka na mojej półce – tak dokładniej "Ptasiek". Jak wszyscy się nim zachwycali czytałam Carrolla:)

    Nie zgodzę się co do "Życia Pi". Dla mnie to była wartościowa lektura, nad którą musiałam sie mocniej zastanowić, żeby odkryć to i owo. Odwołuję do wpisu: http://rozkminyhadyny.blogspot.com/2014/02/ty-tez-jestes-pi.html

    1. Staram się, miło mi :-).

      No właśnie, te powtórzenia miały chyba uspójniać świat przedstawiony, ale zrobiły się w pewnym momencie nużące (wszędzie te same psy, wszędzie!). Nie wiem, czy Carroll to nieporozumienie, raczej mam wrażenie, że miał pomysł, ale go podzielił między wiele książek – no i jego bohaterowie są straszliwie denerwujący (mnie przynajmniej).

      Co do "Życia Pi" – podoba mi się Twoja uwaga odnośnie tego, że faktycznie książka napisana jest tak, że można dowolnie wybrać tę wersję historii, w którą się samemu uwierzy; też miałam takie wrażenie. I ja nie mówię, że to jest książka zła – mówię, że Martell wybrał kilka rozwiązań bardzo trącących dla mnie niezbyt dobrą literaturą – np. naturalizm z gatunku "przekonam cię, że tak naprawdę było, za pomocą drastycznych opisów". Nie lubię takich rozwiązań, bo zawsze mam wrażenie, że ocierają się o emocjonalny kicz – a w przypadku tej książki było to zupełnie niepotrzebne.

  4. "Kraina Chichów" Jonathana Carrolla: "Może coś przeoczyłam?". Tak, psze Pani. Trzy ostatnie zdania. W chwili gdy J. Carroll pisał swoją powieść (tę konkretną), nikt nie spodziewał się poruszania takiego tematu w taki sposób. I takiej wolty na końcu. Faktem jest, że potem stał się samopowielajacym producentem kolejnych powieści i po "Muzeum psów" musiałem ze smutkiem skonstatować, że lektura jego kolejnych powieści sprawia mi niekłamaną przykrość. I to rzuciłem.
    Ale "Kraina Chichów" była pierwsza i zostanie klasykiem. Zapytam inaczej: a ile utworów Cervantesa jest w tej chwili znanych komukolwiek spoza grona badaczy literatury iberyjskiej? Niechby Carroll został w świadomoścji jako autor tej jednej powieści, a nie jako wytwórca przynudnawych utworów.

    Co do Whartona, tego drugiego "europejskiego Amerykanina", to podobnie do J. Carrolla, wydaje mi się, że niewolno go przedawkować. Przeczytałem "Ptaśka" – był fajny. Przeczytałem "W księżycową jasną noc", była rewelacyjna. Boję się czytać więcej.

    "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel – mam nadzieję, że nie wzięłaś tej powieści jako klasyki iberoamerykańskiej, choć tłumaczyłoby to Twoją wobec niej rezerwę… Tak. Dla tych przepiórek lepiej by było, żeby uciekły… 😉

    1. Ej, zupełnie nie pamiętam trzech ostatnich zdań (i nie wiem, czy to, że ich nie pamiętam świadczy o tym, że mnie ta wolta jednak nie ruszyła, czy że za młoda byłam – czas iść do biblioteki). Co do Whartona – to na pewno go nie przedawkowałam, bo mimo że kuszono mnie "Ptaśkiem" po "Niedobrym miejscu" nie miałam już siły na lekturę. Może się skuszę w takim razie na coś jeszcze. Kiedyś ;-). A co do "Przepiórek…" to chyba na fali zainteresowania tym typem literatury (w sensie iberoamerykańską) przywędrowało to do nas, a faktycznie lepiej by było, jakby jednak uciekło :-).

    2. I tak sobie jeszcze myślę o tym Carrollu i chyba już wiem: może dlatego ta "Kraina Chichów" nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, bo to była jedna z jego ostatnich książek, jakie przeczytałam? I dlatego wydała mi się wobec innych dość wtórna. To znaczy jasne, oceniając ją jako pierwszą, widzi się to inaczej, ale jednak tej czytelniczej osobistej chronologii i związanych z nią wrażeń trudno się pozbyć.

    3. No i wszystko jasne. Jeśli nie przeczytało się "Krainy Chichów" jako pierwszej, tak jak ją zresztą napisał (była to pierwsza jego wydana powieść), to odbiór musiał być zakłócony. Widzę teraz jakie szczęście miałem czytając "Krainę Chichów" w jej pierwszym w Polsce wydaniu, czyli w odcinkach drukowanych w "Fantastyce". Były jeszcze lata osiemdziesiąte i nikt nie spodziewał nawet następnej jego powieści, a już "moda na Carrolla" była nie do wyobrażenia.

  5. Z wymienionych książek czytałam "Klub Dantego" i widziałam ekranizację "Marley i ja". "Klub" wspominam bardzo średnio. To znaczy, wiele rzeczy mi się w nim podobało (nawiązania do Dantego, postać kobieca, detektywi), ale całość nie wywołała zachwytu i słabo książkę pamiętam. I tak, muchy były upiorne.
    Ekranizację Marleya widziałam pięć razy, puszczano ją w autobusach dalekobieżnych, którymi jeżdżę do rodziców. I nie martw się, nie jesteś sama w byciu bez serca. Bo poza scenami, kiedy pies był już stary (yep, jestem sentymentalna i wzruszają mnie stare zwierzęta), film mnie irytował okropnie. Większość przygód nie wydawała mi się śmieszna, ale straszno-głupia, a pies narażony na niebezpieczeństwa, których dałoby się uniknąć.

    1. O to, to! Zupełnie nie wiem, czemu przedstawia się tę książkę (filmu nie widziałam – jakoś się nie złożyło; może kiedyś natrafię na niego, to obejrzę) jako zapis wielkiej miłości człowieka do psa. Bo że pies kochał, to jasne, ale właściciele podchodzili do niego dość swobodnie. I to w takim niespecjalnie pozytywnym znaczeniu tego słowa.

  6. Wiem, o czym piszesz! Ta chwiejność opinii, znam to, wiele razy mi się zdarzało, że przeczytałam coś, pomyślałam sobie „świetna książka”, a potem, wracając do niej myślami, miałam jakiś niesmak; i na odwrót – niektóre na świeżo nie zachwycały, ale zostawało po nich jednak jakieś ciepłe wspomnienie, i po latach dochodziło się do wniosku, że jednak nie były takie złe. Wiem, znam!
    Co do „Krainy Chichów” – ja jestem dowodem na to, że czytanie tej książki jako pierwszej jednak niewiele daje. Kupił mi ją mój M., bo to była ulubiona powieść jego przyjaciela, więc z ciekawości przeczytałam (choć nigdy mnie jakoś do Carrolla nie ciągnęło – mam chyba jakiś czytelniczy radar, który mi mówi, co mi się nie spodoba mimo cudzych ochów i achów), ale zupełnie do mnie nie trafiła. Jakieś takie to było suche, bez smaku, papierowe… A główny bohater doprowadzał mnie do szału! Więc cóż, może się nie znamy obydwie, ale w kupie zawsze raźniej 😉
    A Whartona czytałam tylko „Spóźnionych kochanków”, i też mam mieszane uczucia. Bo niby to ładne, ale jednak… obrzydliwe. (I nie chodzi o to, że „starzy ludzie”, bo co za różnica, czy starzy czy młodzi, jak opis jest niesmaczny i tyle?).

    1. Idealnie opisałaś to odczucie :-)!

      Właśnie chyba z warstwami opisowymi mam problem i w przypadku Carrolla, i Whartona, dobrze wiedzieć, że się nie jest samemu :-). To znaczy na przykład u Whartona sam koncept bardzo mi się podobał, ale wykonanie – ta detaliczność, opisywanie wszystkiego wszystkim – już nie. W przypadku Carrolla, oprócz bohaterów i powtarzalności motywów, denerwowała mnie taka udawana realistyczność opisu (jeśli opisze się coś surowym językiem nie oznacza to z automatu, że opis będzie taki znowu bardzo prawdziwy). Mimo to wydaje mi się, że – jako że to "Śpiąc w płomieniu" zasadniczo złe nie było – może jednak gdybym przeczytała "KCh" jako pierwszą, zrozumiałabym fenomen, przynajmniej tyle :-).

    2. Ja przeczytałam "Kraine Chichów" w podstawówce, jako jedną z pierwszych książek Carrolla (oprócz "Kości księżyca", które wydają mi się jednak trochę inne od pozostałych, nie ma tam np. bullterierów ;-)) i bardzo mi się podobała, ale potem okazało się że facet pisze cały czas tę samą książkę i przestałam, i do tej pory do książek nie wróciłam. Aczkolwiek było to jedno z pierwszych moich zetknięć z fantastyką i realizmem magicznym i zamiłowanie do tych gatunków mi zostało.

      A co do Whartona, to te erotyczne opisy w "Kochankach" nie były może obrzydliwe, ale… nie wiem czy to tłumacz się popisał, ale fragment z "bałem się, że mój ptak za chwilę dziobnie ją w oko" spowodował u mnie kwik i paroksyzmy śmiechu 😉 Nie jestem w stanie czytać tego na poważnie.

      Myślę że ten sam los co Whartona i Carrolla czeka za chwilę Murakamiego. Powtarzalność motywów, bohaterów i ta otoczka "wielkiej i modnej literatury" sprawia, że coraz więcej osób przestanie do tego pisarza wracać i sięgać po kolejne książki.

    3. Teraz widzę, ile tracę nie sięgając po "Kochanków…" :-). Ale na poważnie: myślę, że ta analogia do Murakamiego jest trafna. On też pisze nieustająco w gruncie rzeczy tę samą książkę, przy czym im więcej go czytam, tym bardziej się zastanawiam, czy te otwarte, tajemnicze zakończenia nie są aby objawem kłopotów z kompozycją (ale o Murakamim w ogóle pisałam, więc nie będę znowu się na niego żalić, żeby nie wyszło, że jakoś wyjątkowo się go czepiam ;-)). Myślę, że to co może różnić Murakamiego od Carrolla czy Whartona (tym, co łączy, może też być to, że to są twórcy spoza Europy odbierani bardzo "europejsko", jak to ładnie wyżej ujął Altti) to ten prestiż "poważnych" nagród (te spekulacje o Noblu na stronę, ale nagroda kafkowska na przykład).

      Na marginiesie – jakoś nigdy nie odbierałam Carrolla jako pisarza fantastycznego, a tu się okazuje, że jak najbardziej się tam łapie, ha.

  7. A miewasz czasem na odwrót, że jakaś powszechnie krytykowana (może nie w sensie oczywistych gniotów, ale bardziej w stronę np. książki niezłego pisarza, uznanej za rozczarowującą i najsłabszą w jego dorobku) pozycja podoba Ci się ponadprzeciętnie?

    1. Hm, dobre pytanie – nic mi teraz nie przychodzi na myśl. Raczej często mam tak, że podoba mi się jakaś książka, która przemknęła zupełnie albo prawie zupełnie nie zauważona. Ale pomyślę, bo to fajny pomysł na wpis byłby :-), a na pewno coś znajdę (o, "Nad Niemnem" na przykład bardzo mi się podobało, mimo że nie uważa się jej za najlepszą książkę Orzeszkowej).

  8. Nie czytałam żadnej z powyższych książek. Ale… "Miłość w czasach zarazy"! Językowo oczywiście na plus, w końcu autor pisać umiał. Pomysł też ciekawy: ktoś na tyle wierny, że czeka na miłość swojego życia… całe życie właśnie. Ale rozwinięcie tego pomysłu było (według mnie) koszmarne. Bohater miał chyba po prostu obsesję na punkcie Ferminy. Niby ją kochał, ale nie przeszkadzało mu to romansować z innymi kobietami. A wszystko to było podane w taki sposób, że… po prostu nie jestem w stanie uwierzyć, że to naprawdę jest taka piękna historia o miłości, jak określają ją niektórzy. Chyba mówimy o zupełnie innych książkach;)

    1. Strasznie się na "Miłości…" wymęczyłam, więc tu mamy podobne zdanie, ale miałam wrażenie, że to nie tyle kwestia książki jako takiej – napisanej przecież świetnie – tylko mojego podejścia do bohaterów (główny bohater jest koszmarny, zgadzam się w stu procentach). Cieszę się, że w moim zniechęceniu w tym przypadku też nie jestem sama – bo jak dotąd spotykałam samych urzeczonych czytelników :-).

    2. Bratnia duszo… 😉

    3. To ja też dołączę do klubu. Książkę skończyłam, bo strasznie lubię Sto lat i myślałam, że jak ktoś napisał takie dzieło, to może w Miłości … wydarzy się coś, co zachwyci. Ale jednak nie. Kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy uwarzają to za piękną opowieść miłosną.

    4. Rośniemy w siłę! 😉 Tak się zastanawiam: może gdyby spróbować ją rozpatrywać nie jako powieść o miłości, ale o czymś innym, zyskałaby na tym? To znaczy wg mnie mogłaby, chociaż główny bohater, jak tylko sobie o nim przypomnę, wywołuje u mnie zgrzytanie zębów, niemal mimowolne (z postaci Marqueza przebija go chyba tylko główny bohater "Rzeczy o mych smutnych dziwkach" – z drugiej strony, bardzo zresztą podobny).

  9. Dobrze wiedzieć, że mamy ten sam stosunek do Gretkowskiej i Carrolla:D
    Tego drugiego wpychano mi siłą wszelkimi sposobami. Jak dla mnie nie da się tego czytać.

    1. W sumie z Gretkowskiej bardzo podobały mi się "Polka" i "Europejka", ale to w sumie są dzienniki, nie powieści. No i jest coś w tym jej pisarstwie, co z człowiekiem zostaje, a z drugiej strony większość motywów jest taka, bo ja wiem, przefajnowana? przekoncypowana? No, taka jakaś ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.