Coś ciasno w tym pociągu albo o „Morderstwie w Orient Expressie” A. Christie

Konstruując sobie wstępną listę książek pod akcję czytelniczą zatrzymałam się na kategorii „książka do przeczytania w jeden dzień”. Przeszukałam pilnie wszystkie moje listy książek do przeczytania i wydedukowałam sobie, że co jak co, ale klasyczny kryminał Agathy Christie na pewno przeczytam w jeden dzień. I jak pomyślałam, tak zrobiłam (pomogła mi duża ilość przejazdów, w czasie których mogłam bezproblemowo oddawać się lekturze). Wybór padł na „Morderstwo w Orient Expressie”. Ale ponieważ to jest książka znana i popularna, to zamiast zwykłych refleksji po lekturze spróbuję podejść temat od innej strony.

Ale nie oprę się i poczynię
najpierw kilka uwag odnośnie konstrukcji.
Może niektórzy z Was
pamiętają, jak przy lekturze trylogii o prokuratorze Szackim
narzekałam, że wyjaśnienia zagadek kryminalnych są z lekka
oszukiwaniem czytelnika, bo autor nie dostarcza nam żadnych poszlak
czy wskazówek, więc trudno mówić o podążaniu za myślą
rozwiązującego sprawę? No to w „Pociągu…” jest dokładnie
odwrotnie: mamy wszystko podane na tacy. To znaczy nie do końca na
tacy, raczej tak, jak w zadaniu matematycznym, czyli dane wyłożone
są od początku do końca i klarownie, ale to wcale nie znaczy, że
na pierwszy rzut oka widać szukane.
O czym jest mowa? Herkules
Poirot, słynny belgijski detektyw, trochę przypadkiem znajduje się
w składzie Orient Expressu ze Stambułu do Calais i tak się składa,
że w pociągu zostaje popełnione morderstwo (to w sumie zdradza Wam
już tytuł i rozliczne odniesienia w kulturze, ale dla porządku).
Żeby nie opóźniać pociągu i nie użerać się z policją
jugosłowiańską – trup padł akurat gdzieś, sądząc z nazw
miejscowych, w dzisiejszej Serbii – prezes spółki, do której
należy pociąg, zleca śledztwo Poirotowi.
No więc teraz ta konstrukcja:
nie dość, że dostajemy plan wagonu, w którym popełniono
przestępstwo z dokładnie zaznaczonym gdzie kto mieszka, to jeszcze
książka podzielona jest na trzy części. We wprowadzeniu dostajemy
kontekst, potem mamy przesłuchania każdego pasażera – i sami
możemy zacząć układać puzzle, a w części trzeciej Poirot nas
instruuje, co ominęliśmy, żebyśmy główkowali dalej, a na koniec
wykłada nam czarno na białym, jak wszystko przebiegło. Pochwalę
się, bo przecież wszyscy lubimy się chwalić, kiedy odgadliśmy
zagadkę – mnie się to udało na stronie 87 i jestem z siebie
bardzo dumna.
Ale no właśnie, obiecałam
nieco inny punkt widzenia.
Otóż w sumie, co tu dużo kryć, to jest
dobry kryminał, kryminał kultowy i po co pisać zwykłą recenzję.
Lepiej, tak sobie myślę, wyszukać coś, co mnie w „Morderstwie…”
zastanowiło. A zastanowiły mnie realia – które po dłuższym
namyśle są naraz fascynujące i odpychające. Zebrałam sobie moje
problemy i przemyślenia w trzech grupach, dla przejrzystości. I
teraz, powiecie, przecież akcja przypada na lata 30., więc czemu ja
się dziwię realiom? Odpowiadam więc, że się nie dziwię, po
prostu zwracam uwagę na poupychane po kątach dodatkowe znaczenia,
które się chcą przepchnąć do wyjścia, że sięgnę po znajome
pekapowskie porównanie.
Jugosłowiańska policja,
czyli barbarzyńcy w mundurach
To pewnie jest coś, na co już
może zwróciliście uwagę wyżej – Poirot ma sprawę rozwiązać,
żeby nie trzeba się było babrać z dochodzeniówką z kraju, w
którym mord popełniono. I teraz: jaki tu widzę problem? Co
najmniej kilka. Po pierwsze, wyraźnie zostaje zaznaczone, że w
Orient Expressie zawsze podróżuje mundurowy, wyjątkiem są jednak
te nieszczęsne Bałkany i jak wysiada policjant turecki, to potem
wsiada dopiero włoski. Pociąg jest więc takim eksterytorialnym
mknieniem Zachodu, co to po tej dziczy słowiańskiej przegalopuje na
Zachód. Abstrahując od tego, czy policja jugosłowiańska była
skuteczna, czy nie – bo o tym w tekście nie ma mowy – warto
zauważyć, jak to jest przedstawione. Dokładnie tak:
jugosłowiańskich policjantów lepiej do tego nie mieszać, bo nie
dość, że zagadki na pewno nie rozwiążą, to jeszcze pociąg
utknie na długie tygodnie, w trakcie których mundurowi będą
bezskutecznie główkować. To jest zresztą jeszcze pochodna innego
problemu: zwróćcie uwagę, że podróż odbywa się z Turcji przez
Bałkany na Zachód. A kto podróżuje? W wagonie, który nam
pokazuje autorka, nie ma żadnych tubylców, są tylko ludzie, którzy
sobie ten świat oswoili, czyli przedstawiciele Zachodu właśnie:
Anglicy, Amerykanie, Włoch, Szwedka, Niemka i nasz Belg. Trafia się
jedna rosyjska księżna, ale ona też już właściwie przynależy
do tego „Zachodu”, a przynajmniej tak jest przedstawiana: bo tam
się schroniła po rewolucji, zresztą jest bardzo silnie
pokoligacona z arystokracją niemiecką. 
Włoch zawsze morduje
sztyletem, czyli o użyteczności stereotypów
W trakcie śledztwa prezes spółki
kilkukrotnie, o czym dość ironicznie informuje nas narrator,
wykrzykuje, że na pewno mordu dokonał Włoch, bo Włosi zawsze
używają sztyletów! I chociaż to akurat
stwierdzenie doczekuje się tego
ironicznego komentarza od narratora, można odnieść wrażenie, że
zasadniczo inne postacie traktują całkiem serio stwierdzenie o
gorącym temperamencie i mordowaniu akurat nożem za uzasadniony
związek logiczny. Mamy tutaj więc dwa
poziomy: pierwszy, gdzie narrator wystawia nam jak na tacy
uprzedzenia etniczno-narodowościowe i czyni z nich warstwę
komediową, i drugi, mniej uświadomiony (to ci jugosłowiańscy
policjanci). Ten pierwszy jest dość zrozumiałą strategią, bo
główny bohater jest przecież nie dość, że reprezentantem małego
narodu, to jeszcze jest w ogóle opisywany jako „mały śmieszny
człowieczek”. Christie bawi się, spuszczając uprzedzenia żywione
przez Anglików wobec Amerykanów i odwrotnie: jedni są do drugich
irracjonalnie dość uprzedzeni, bo ci pierwsi są „sztywni”, a
ci drudzy żują gumę. Natomiast jeśli chodzi o ten poziom drugi,
to mamy tam stereotypy jakoś porządkujące świat: Poirot
ironicznie puentuje zapędy prezesa, który we Włochu widzi zabójcę,
ale poza tym nie zauważa tego, czego człowiek jego epoki po prostu
nie zauważał. Czyli czego?
Imperium, nad którym nie
zachodzi słońce, czyli na jednym bilecie przejedziesz pół świata
Ano tego, że to jest pociąg, w
którym dobra klasa odcina się od klas niższych – są co prawda
przedziały pierwszej i drugiej klasy, ale możemy sądzić, że w
innych wagonach, odciętych dla ułatwienia śledztwa, siedzą ludzie
w klasie trzeciej, czwartej, piątej i tak dalej (ba, swego czasu
istniały dla nich nawet osobne poczekalnie na dworcach). Także te
podziały idą tutaj i horyzontalnie, i wertykalnie, i w klasach, i w
narodowościach. Co mnie zafrapowało już na początku lektury: to
jest opowieść o ludziach jadących z Bliskiego Wschodu jednak. Ale
ten Bliski Wschód jest naprawdę bliski: bilet na pociąg da się
kupić z jakimś godzinnym zapasem, wszystko ci przeniosą,
przeładują, zjadasz kolację i jedziesz. Bardzo tutaj widać coś,
o czym w sumie mówimy dzisiaj, to znaczy że żyjemy w „globalnej
wiosce” albo że „świat jest mały”. A w gruncie rzeczy to był
dopiero mały świat: pół znajdowało się w granicach
gigantycznego imperium kolonialnego! Wyobrażacie sobie dzisiaj tak
gładko przejechać z Bagdadu do Londynu? Nie wspominając już o
tym, że bohaterowie od czasu do czasu wygłaszają, zostawiane bez
komentarza, uwagi o tym, jak to niosą kaganek oświaty na wschód –
czy to zakładając szkoły, czy szpitale. A kultura bliskowschodnia
pojawia się w jednym momencie: kiedy mowa o tanich imitacjach
ozdobnych sztyletów, których „mnóstwo da się dostać na
bazarach w Konstantynopolu”.
Jestem jak najbardziej za
czytaniem książek, które takie rzeczy przedstawiają. Mam jednak
wrażenie, że w momencie, kiedy się tych realiów nie poczepiamy,
możemy skręcić na dwie niebezpieczne drogi: albo na gloryfikację
przeszłości, która wcale aż taka znowu godna idealizacji nie
jest, albo na przyjmowanie wszystkiego tak, jak było, no bo przecież
tak było. Tylko że jak się zdrapie tę powłoczkę „o, tak
było”, to tam spod spodu przeziera trochę inne „tak było”,
mniej wesołe, mniej – że sięgnę znowu po to słowo –
kanoniczne, mniej takie, do którego byśmy się przenieśli, jakby
na naszym podwórku wylądowała Tardis (więc nie chodzi o
anachroniczne nakładanie naszych kategorii tego, co jest społecznie
okej, a co nie, na literaturę dawniejszą). I, powiecie, że czepiam
się tych kwestii nie przy jakiejś ultrapoważnej lekturze, ale przy
kryminale. No ale, właściwie, dlaczego nie? Kiedy to tak dobrze
widać właśnie tutaj: bo bawimy się przednio, usiłując rozwiązać
zagadkę morderstwa w Orient Expressie, i ta cała reszta może nam
łatwo umknąć. A szkoda by przecież było!

_______________
Jutro przedostatni dzień
miesiąca, więc będzie karnawał blogowy, do którego sumiennie
zbierałam artykuły przez cały miesiąc, a było co czytać!

11 thoughts on “Coś ciasno w tym pociągu albo o „Morderstwie w Orient Expressie” A. Christie

  1. Bardzo mi się podobał niniejszy post. O ile sam nie czytałem A. Christie, to nie mogę powiedzieć, by była mi obca jako autor. Zgadzam się ze spostrzeżeniami, które w tekście zawarłaś: tę wszechmoc stereotypów narodowościowych w stalowej pigułce, która mknie przez bałkańskie Ziemie Jałowe (pod względem oceny ich rozwoju cywilizacyjnego dokonanego przez autora), ten imperialny punkt widzenia, który kazał widzieć Bliski Wschód jako taką upalną wersję Szkocji i szukanie między wierszami treści, które są tam zasiane czasem w zupełnie niezamierzony sposób, a finalnie opowiadają nam "drugą historię", opowieść o postrzeganiu rzeczywistości w świecie, którego już nie ma. To ostatnie było swego czasu dziedziną U. Eco, który rozbierał kryminały i powieści sensacyjne "na części", ukazując mechanizmy i podskórne prądy narracyjne, których nawet nie podejrzewalibyśmy u Chandlera czy Hammetta.

    Dodatkowo trzeba zaznaczyć, że na początku zwróciłaś uwagę na cechę dobrego kryminału: wręczenie czytelnikowi kompletu puzzli. jeśli Miłoszewski zataja informacje i stosuje deus ex machina, to kiepsko. Christie i Rowling (przynajmniej w pierwszych tomach przygód młodocianego czarodzieja) dają komplet informacji, a czy zdążymy poskładać puzzle przed końcem lektury, to już nasza – jako czytelników – broszka.

    1. Z kolei ja żadnego póki co Chandlera ani Hammetta nie czytałam (chociaż się czaję – a teraz, skoro i tam się takie rzeczy kryją, czaję się jeszcze bardziej). Może właśnie na takiej literaturze to lepiej widać, bo jednak na pierwszym planie czytelnika zaprząta na zagadka, więc reszta może niepostrzeżenie umknąć. A sformułowanie o Szkocji – prima sort!

  2. Raczej nie zwróciłam uwagi na to, co tak ładnie wymieniłaś tutaj w punktach. O ile pamiętam (a "Morderstwo…" czytałam już dość dawno) skupiłam się raczej na samej zagadce kryminalnej. Powinnam uważniej czytać książki;)

    1. No właśnie, bo chyba chodzi o to, że człowiek się tak skupia na zagadce, żeby odgadnąć przed Poirotem, że w sumie można to wszystko przeoczyć :-).

  3. Teraz ponoć nie jest w modzie wydawać z siebie okrzyki z radości, jako że to świadczy o niepoważnym stosunku do popkultury, ale pozwolę sobie pokwiczeć ze szczęścia niczym prosię w błocie. Bo ja Agatę Christie kocham. Dokładnie pamiętam ten moment, gdy miałam dziesięć lat i dostałam od koleżanki „Pani McGinty nie żyje”. A potem to już poszło jak orkan po Jamajce – kocham i wielką czwórkę odwracającą na nice intrygę kryminalną, i klasyczne opowieści o trupie w rezydencji, i sensacyjne idiot ploty z następcami tronu, i obyczajówki z samobójstwami, morderstwami i rosyjskimi arystokratkami, które zamierzają wstąpić do klasztoru.
    A „Morderstwo w Orient Expressie”to z jednej strony kryminał-AGD, w którym – jak pisał Chandler – detektyw składa całość do kupy, jakby skręcał mikser (choć twoja metafora z puzzlami podoba mi się bardziej, zwłaszcza że sama Christie kazał kiedyś Poirotowi porównywać rozwiązywanie zagadek do dopasowywania fragmentów łamigłówki – bo tak trudno czasem zauważyć, że to nie ogon kota, ale fragment futrzanego dywanika :)). Z drugiej strony, jak piszesz, sama książka to trochę zagadka – co autor powiedział wprost, a co powiedział, choć sam tego nie zauważył. W ogóle – tu pozwolę sobie zajechać górnolotnie – podoba mi się idea, że Duch Dziejów nie przegląda się w arcydziełach, ale w literaturze wagonowej, w tych wszystkich whodonitach, harlequinach, przygodówkach, w gazetowych opowieściach o tajemnicach Paryża i Woroneża, w kryminałach milicyjnych i propagandowych opowiastkach dla ludu, w historycznych romansidłach i romansowych sensacyjniakach, w setnej i tysięcznej opowieści o Dzikim Zachodzie. I, jasne, czasem to jest godziwa rozrywka, czasem zwyczajne barachło, a czasem coś wyjdzie przed szereg i zostanie wepchnięte we wdzianko klasyki gatunku albo wręcz epopei narodowej. Ale i tak człowiek potem się zastanawia, dlaczego kiedyś lokaj w czający się w mroku z szalikiem na głowie był podejrzany, a kilkadziesiąt lat później takie zachowanie z góry stawiało w kręgu osób wykluczonych z podejrzeń ? Dlaczego kiedyś romans zaczynał się od tego, że studentka wpadała do wykopu, a zza rogu wyskakiwał archeolog i opierniczał ją za brak profesjonalizmu, a dziś do wykopu wpada milioner i to archeolożka objeżdża go za zaburzenie stratygrafii? Dlaczego dziś, jeśli gdzieś jakiemuś hrabiemu wybija godzina zemsty, to tylko u wymyślonego pisarza Jaromira Hladika? I czy to tylko schemat się zmienia, czy coś jeszcze?
    Ale zdaje się, że popłynęłam, bo Duch Dziejów – Duchem Dziejów, a miałam o Agacie Christie. No więc, bardzo jestem wdzięczna za notkę o Christie. I za rozwiązanie zagadki „Morderstwa w Orient Expressie” również od strony tego drugiego końca i drugiego dna.

    1. Cieszę się bardzo :-). Tak, myślę, że to jest dobra intuicja z tym duchem dziejów, co to w sumie kędy chce, tchnie, a tchnie często właśnie nie w literaturze, która się z rzadka wkrada do łask kanonów i krytyk. Przy czym to się dzieje, tak sobie myślę, trochę też dlatego, że tam jest po prostu dużo opisów – albo takich, które się mogły "sprzedać" (stąd te wszystkie hrabiny; ale w ogóle przecież tych opisów jest zwykle po prostu dużo), albo takich, które miały podbudowywać fabułę, więc scenografia jest wypełniona detalami.

      No i myślę sobie jeszcze, że schemat się zmienia wraz z ewolucją odbiorcy – a odbiorca z kontekstem społeczno-polityczno-kulturowym. Dlatego się da takie rzeczy dostrzegać, kiedy się pochodzi z innego kontekstu i tak samo to chyba też wygląda od strony pisania czegoś takiego. Bo kontekst "nasz" jest dla nas zazwyczaj przezroczysty; jednak musimy się zdystansować, żeby pewne rzeczy zauważyć.

    2. Zgadzam się w 100%. To zresztą mój ulubiony sposób pisania o literaturze. Takie podejrzliwe zaglądanie pod podszewkę, czytanie "pod włos" i niezgodnie z intencją autora, który chciał napisać "tylko" kryminał, a naprawdę spisał świadectwo epoki. Zabawne, że o ile Wielka Literatura stawia nam pytania, o tyle literatura popularna często dostarcza (gorzkich) odpowiedzi. Szczególnie na fundamentalnie pytanie o to, jacy jesteśmy – albo jak nas widzą inni. Choć czasem, jak w wypadku "Morderstwa w Orient Expressie", może wolelibyśmy tego nie wiedzieć.

    3. Tak mnie natchnęło poniewczasie, co do tych Bałkanów i postawy typu dzicz na południu Europy. Jest opowiadanie Christie, w którym autorka nabija się z takiego właśnie podejścia. Rzecz o młodym Angliku-dyplomacie, co wyjeżdża na wakacje (w oryginale to była chyba Herzoslovakia, ten standardowy neverland Agaty Christie; w polskim tłumaczeniu to ukonkretnili, bodajże na Słowenię). No i ten Anglik właśnie przejeżdża się na swoich poglądach – że policja na dzikim południu niesprawna, skorumpowana i niechlujna, że wszystko da się zatuszować, że nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony ichniego państwa, bo cóż to za państwo. Do tego Christie ogrywa motyw szlachetnego, brytyjskiego dżentelmena, co zawsze rzuci się z pomocą. Opowiadanie kończy się morałem, że trza się uczyć języków obcych. Bardzo dydaktyczne, a w tle występują dwie złowieszcze siostry o polskim rodowodzie. Z drugiej strony, w innej książce ta nieszczęsna Herzoslovakia staje się workiem, do którego Christie wrzuca wszystkie obiegowe opinie o Bałkanach i Słowianach, od nazwisk nie do wymówienia, do dyżurnego zarzewia wojen i rewolucji (a do tego bohater wygłasza przemowę, jak to ludzkość nie dorosła do demokracji – i co symptomatyczne,chociaż do tych wniosków dochodzi w czasie pobytu w Anglii, to jednak odnosi je właśnie do Herzoslovakii). No ale tak to jest z tym kontekstem – tylko "nasz" jest przezroczysty, u innych się widzi opaskę na oczach. Strach pomyśleć, jak nas rozszyfrują przyszłe pokolenia.

    4. @Alicja, no tak, z tym że czytanie "wielkiej literatury" na przekór autorskim intencjom też może dostarczyć ciekawych odkryć. Bo przecież nie jest tak, że autor literatury, jak to się mówi, gatunkowej jest mniej wysmakowany albo mniej elegancki, albo mniej – czy ja wiem? – oczytany; więc różne interesujące rzeczy z tła wygrzebać można i w arcydziele albo przynajmniej w czymś "kanonicznym", tak myślę.

      @Ann-wlkp, a to ciekawe, strzelałabym, że pewnie wszystko zależy od czasu powstania dzieła, bo jednak podejście do Bałkanów też bywało różne w zależności od tego, co się akurat działo. Ale to odwrócenie ról na linii "bałkańska policja" – "angielski dżentelmen" wydaje mi się szalenie ciekawe (nie pamiętasz może tytułu opowiadania?), w sensie: czy to służy tylko zmyleniu tropów, czy tam da się wyciągnąć coś jeszcze.

    5. To były "Ptaki stymfalijskie" z zbiorku "Dwanaście prac Herkulesa". Choć zagadkę i tak rozwiązuje, po Bożemu, Herkules Poirot. A obywatele owej Herzoslovakii intensywnie pałętają się po scenie w "Tajemnicy rezydencji Chimneys". Dat nie pamiętam, niestety, ale łatwo da się sprawdzić. To ja czekam na drugie dno.
      W kwestii zmiany podejścia pamiętam, jak w pierwszym kryminale Christie jeden niemiecki Żyd okazuje się szpiegiem (bo to I WŚ w tle). W polskim tłumaczeniu owo zdanie o "kropli krwi żydowskiej" poleciało i została tylko "krew cudzoziemska".

    6. Dziękuję za typ (myślałam ostatnio, na co by się jeszcze z Christie skusić i myślałam właśnie o "Dwunastu pracach…" – bo do tej pory z Poirotem czytałam tylko "Morderstwo…" właśnie, a tak poza tym to tylko pannę Marple i "I nie było już nikogo"). Najbardziej mnie kusi ta Herzoslovakia (poza tym dostrzegam w tym taki niezamierzony żarcik – jest taki słowacki/czeski reżyser, Juraj Herz, który zresztą nakręcił przezabawną etiudę, jak to mu jego miasto rodzinne wręcza tytuł honorowego obywatela, no iście "Herzoslovakia" ;-)), żeby zobaczyć, coś się pod nią kryje. Na pewno jak przeczytam, to pomyślę, co by tu o tym napisać :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *