Adresat znany tylko w połowie albo o „Wiadomości” T. Jansson

Na początku wyjaśnię:
wielbię Tove Jansson. Uważam, że cykl powieściowy o Muminkach to
jest dzieło doskonałe, poza Muminkami jest na przykład „Lato”, które przenosi czytelnika
na samotną wysepkę, gdzie żyje sobie zwyczajna dziewczynka i jej
babcia, obrazy Jansson – choć nie wszystkie – są intrygujące,
a jej wyczucie kreski bardzo mi bliskie. Ale mam jednak pewne
zastrzeżenie co do wydanego niedawno przez Marginesy tomiku
opowiadań fińskiej autorki. Po prostu wcale nie jest to tak dobra
publikacja, jak nas usilnie zapewniają z ostatniej strony okładki
rozliczne autorytety.

Może jeszcze jedno
wyjaśnienie: strasznie się wycierpiałam przy lekturze biografii
Jansson pióra Boel Westin, też wydanej przez Marginesy.
Uważam tę
biografię za pięknie wydaną fatalną książkę ze zmarnowanym
potencjałem i zgrzytam zębami na samą myśl o tym, jak autorka
zmarnowała materiał – wciskając gdzie się da przełożenia z
życia Jansson do jej twórczości w skali jeden do jednego,
przemilczając kłopotliwe fragmenty, powtarzając się i nawet bez
tego sympatycznego poczucia, że tak lubi swoją bohaterkę, że nie
chce jej zaszkodzić. W dodatku Westin dostała dostęp do wszystkich
(wszystkich!) materiałów Jansson, miała okazję rozmawiać z
najbliższymi i generalnie zapowiadało się to wszystko świetnie.
No, ale nie wyszło. I powiem szczerze, że mój odbiór „Wiadomości”
trochę został spaskudzony przez tę biografię. Czemu?
Ano przede wszystkim
dlatego, że znalazło się tam sporo opowiadań z dużym rysem
autobiograficznym i nie mogłam tych interpretacji Westin wyrzucić z
głowy.
Czy się z nimi zgadzam? Nie. Dlaczego? Dlatego, że to nie
jest dziennik Jansson, ale jej twórczość – i chciałabym to
rozgraniczyć; bo nawet jeśli autorka korzysta obficie ze swojego
życia, to jednak mamy do czynienia z jego artystycznym
przetworzeniem. Oceniam więc nie jej życie jako takie, ale właśnie
tę artystyczną kreację. A nawet okładka ma nam sugerować, że
chodzi nie tyle o twórczość, co o autora (na okładce, skądinąd
bardzo przyjemnej dla oka, mamy zdjęcie Jansson na jej ukochanej
wyspie).
 O tę książkę się dzisiaj rozchodzi. Źródło.
„Wiadomość”
jest ostatnim, ułożonym przez autorkę i wydanym, zbiorem
opowiadań.
Wszystko pięknie, ale szkoda, że wydawcy nie pokusi się
o opatrzenie poszczególnych opowiadań datą ich powstania – bo
wiemy, że to są w sumie rzeczy z całego życia Jansson, pytanie
tylko, jak prześledzić tu jakąkolwiek ewolucję. Bo czy to jest
zbiór spójny? Nie, nie jest. Pod żadnym względem – ani
tematycznym, ani formalnym. Nie do końca umiem powiedzieć coś o
jego kompozycji, bo nie do końca ją widzę. Może oprócz tego, że
pierwsza połowa jest widocznie słabsza.
Z czym autorka ma
problem?
Z zakończeniami. Duża część opowiadań urywa się w
pewnym miejscu, przy czym ma to chyba stwarzać efekt niedomówienia,
ale nie gra w przynajmniej części umieszczonych w zbiorze
opowiadań. Jest tam sporo rzeczy opartych na przeżyciach Jansson,
kilka utworów grających – mniej lub bardziej udanie – z
konwencją opowiadania epistolarnego (jest w ogóle taka konwencja?
Ale wiecie, o co mi chodzi), jest też wreszcie najlepsza moim
zdaniem grupa, czyli opowiadania nieoczywiste, z nutką grozy, takiej
słabo uchwytnej, pod spodem – często dotyczące procesu tworzenia
i bycia artystą w ogóle. Żeby nie być gołosłowną – trudno
zresztą pisać o tomie opowiadań takim jak ten jako o całości –
przybliżę może opowiadania, które mnie najbardziej ujęły.
Wyzłośliwiać się nie będę, bo nie mam powodu – wszystkie
opowiadania umieszczone w zbiorku są bardzo solidne (no jest
niekiedy widoczna jakaś skaza na kompozycji, ale myślę, że to
może być celowe), po prostu nie we wszystkich jest jakaś iskra. To
chyba zresztą specyfika takiego ostatniego zbioru z całości, dla
czytelnika. Dlatego zresztą podtrzymuję swój pogląd na temat
tego, że daty by mogły w usystematyzowaniu sobie odbioru pomóc.
 Tove Jansson w obiektywie Dana Hanssona. Źródło.
„Czarno-białe”
Miniatura dotycząca
ilustratora, mieszkającego w wielkim, jasnym domu. Bohater w pewnym
momencie podejmuje się wyzwania stworzenia ilustracji do książki,
ale tym razem jest inaczej niż zwykle. Nie umie określić, co mu
przeszkadza w pracy, w końcu dochodzi do wniosku, że coś jest nie
tak z domem, że nie widzi tego, co by chciał i nie umie tego
przenieść do swoich prac. Rzecz dzieje się niby w świecie
rzeczywistym, ale bardziej w głowie bohatera. Nieoczywiste
zakończenie jest jak taki dźwięk urwany w połowie, ale po którym
jednak mamy pewność, że oto utwór się skończył, nie ma co
czekać na więcej.
„Mały letnik”
Potwierdza się moje
wrażenie, że Jansson bardzo dobrze umiała pisać o dzieciach,
także tych odbiegających od dziecięcych standardów. Historia o
Elisie, któego rodzice lokują na wakacje u obcej rodziny, jest z
jednej strony prześmieszną czarną komedią, a z drugiej strony
krąży wokół tematów takich jak strach przed jutrem, dorastaniem
w takim świecie, jaki mamy, tego, co jest „dziecięce” a
co „dorosłe”, a przy tym pozwala przeżyć przygodę. No i
znalazło się tu kilka chwytów znanych z „Tatusia Muminka i
morza” (samotna wysepka, która sprawia wrażenie, że to może
tylko mucha narobiła na mapę, pusta latarnia morska, nieznane
zagrożenie, które czai się bardziej w wyobraźni niż w
rzeczywistości), ale w sumie poczytuję to opowiadaniu in plus.
„Dom dla lalek”
We
wstępie – z którym też mam problem, bo nie bardzo wiem, czemu on
ma służyć – jego autor, Philip Teir, określił to opowiadanie
tak: Gęsty emocjonalnie „Dom dla lalek” to wkład w
literaturę gejowską w Finlandii, pierwsze tego typu opowiadanie
[s.
7]. Ja z kolei powiem tak: przez ten brak datacji trudno mi się do
tego odnieść, ale mam wrażenie, że płeć bohaterów „Domu…”
jest dla samej akcji bez większego znaczenia. Rzecz rozgrywa się
bowiem znowu na pograniczu tego, co jest i tego, co się wydaje, co
jest prawdziwe, a co jest tylko kopią, czego się uchwycić, żeby
nie zwariować. Gęsty emocjonalnie to „Dom…” jest
natomiast z całą pewnością. Mocna rzecz, ale nie aż tak mocna,
jak chociażby „Wiewiórka” z tego samego tomu.
„Podróż z
małym bagażem”
Jedno
z opowiadań z tomu, w którym Jansson gra z bohaterem, co to porzuca
swoje życie, żeby być wreszcie tym, kim chciał, po czym okazuje
się, że niekoniecznie chciał być kimś innym. Bardzo dobra,
doprawiona komediową nutą, miniatura o ludzkiej naturze i o tym, że
los potrafi płatać figle, które nie są jakoś bardzo
nieprzyjemne, ale sprowadzają nas do parteru z wyżyn patosu, na
jakie umiemy się samodzielnie wznieść. Plus bardzo dobry,
wieloznaczny i wzbogacający treść tytuł.
„Wielka podróż”
No
właśnie, dla mnie to jest bardziej interesujący przykład
literatury gejowskiej, jakby
chciał pan Teir, ale przez brak dat trudno mi powiedzieć, jaki
dystans dzieli „Wielką podróż” i „Dom dla lalek”.
Historia dwóch związanych ze sobą kobiet i matki jednej z nich.
Ale Jansson rozgrywa to nie na oczywistościach i uprzedzeniach, ale
właśnie tak lawiruje narracją, żebyśmy od takiego pierwszego
wrażenia poszli dalej i zobaczyli, że zostaliśmy wpuszczeni w
maliny. Poza tym jak świetnie ona tam operuje emocjami: napięcie aż
do kulminacji i potem łagodny spadek w dół. Jedno z najlepszych
opowiadań w całym zbiorze: i jaki rysunek postaci – prosty,
zamaszysty, sugestywny. Czytać w ciemno, jeśli się uważa, że
Jansson nie umiała wyjść poza Muminki.
„Sztuka w
naturze”
Chociaż to „Historię
miłosną” zachwala nam się jako komediową sztuczkę o sztuce,
to uważam, że bije ją na głowę „Sztuka w naturze”,
historia o stróżu na wystawie rzeźby w plenerze. I jakby ktoś się
zastanawiał, tak jak stróż, o co to wielkie halo z ambalażami, to
tutaj znajdzie podaną w przystępny sposób niby-odpowiedź na to
pytanie. Czemu niby? Bo znowu, tak jak w „Wielkiej podróży”
Jansson gra z oczekiwaniami czytelnika i wychodzi jej to znakomicie.
Balansuje na granicy satyry i rzeczywistego portretu sztuki
współczesnej – utrzymując się w pionie, żeby nie przechylić
się za bardzo w żadną ze stron. Poza tym słychać w tej historii
dalekie echa Stróża z „Lata Muminków” – przyjemnie
zobaczyć, na ile stron autorka umie obrócić jeden, zdawałoby się
dość szybko wyczerpujący się, motyw.
„Wiewiórka”
O,
to jest mocne uderzenie. Pozornie nic się w tym opowiadaniu nie
dzieje i niczego się nie dowiadujemy. Ot, na wyspie mieszka sobie
kobieta i na wyspę tę przypływa na kawałku kory wiewiórka.
Wiewiórka chodzi po wyspie, je okruchy i chowa się w sągu drewna,
kobieta obserwuje, jak wiewiórka chodzi, je i chowa się. A potem to
spisuje. I tak przez kolejne strony. Aż przychodzi zakończenie –
gdyby bazować tylko na nim, to można by powiedzieć o Jansson, że
pisała doskonałe zakończenia. Takie jest dobre. Poza tym mam
słabość do takiego wywracania sensów jednym ruchem.
„Władysław”
Do
artystki z Finlandii przyjeżdża starutki, ekscentryczny artysta z
Polski – właściwie tyle, jeśli chodzi o streszczenie. Ale jak to
jest napisane – Jansson portretuje tytułowego Władysława tak, że
nie mamy wątpliwości, kiedy dzieje się akcja, skąd pochodzi
Władysław i najważniejsze: mimo że kontekst jest jasny (Muminki,
a jakże) to nie bije to po oczach, to znaczy można czytać to
opowiadanie w kontekście albo poza nim i niewiele ono na tym straci.
„Wilk”
„Wilk”
jest dla mnie trochę problematyczny, bo uważam, że jest to pisane
na bardzo cienkiej granicy między wielką sztuką a pretensjonalnym
kiczem. Ujęła mnie za to postać bohaterki, starszej artystki,
która chce wyświadczyć zagranicznemu koledze po fachu przysługę
– i w gruncie rzeczy nie wiadomo, czy nie wyświadcza jej tak
bardziej sobie, niż jemu. Przy czym, no właśnie, są tam takie
momenty, że nie do końca wiem, czy to jeszcze jest piękny manifest
o tym, czym jest dzieło i jego esencja, czy już jednak taki z lekka
newageowy kiczyk.
„Moja
przyjaciółka Karin”
Kolejne
autobiograficzne opowiadanie – podoba mi się jego prostota; nie
wiemy na pewno, o co chodzi, ale narratorka każe się nam domyślać.
Mowa o jej kuzynce, uduchowionej córce pastora z Niemiec, która z
jednej strony jest bardzo religijna, z drugiej – specyficzna jest
to religijność. Plus puenta jest lekka, zabawna i tragiczna naraz.
„Kobieta, która
pożyczała wspomnienia”
Moim
zdaniem najlepsze opowiadanie w całym zbiorze. Malarka po latach
wraca do kamienicy, gdzie mieszkała. Spotyka konsjerżkę,
wspominają chwilę, po czym bohaterka idzie na górę, do
mieszkania, które jak wtedy, tak i teraz, zajmuje księgowa z
pretensjami do bycia członkinią bohemy. I wspominają sobie stare,
dobre czasy – tyle że każde słowo z tego, co napisałam, może
oprócz spójnika, można zakwestionować, bo ani tak do końca nie
wspominają, ani sobie, ani stare, ani dobre, ani, hm, no tak, ani
czasy. Bardzo mocna proza wywołująca ciarki, jednocześnie
przywołująca na pamięć opowiadania Topora, a trochę twórczość
Witkacego. Myślę, że doskonale prezentowałoby się to na scenie,
bo opowiadanie jest cudownie teatralne. W dodatku budzi w czytelniku
emocje – i pytanie, co będzie dalej i jak się to wszystko
skończy.
Jeśli
do tej pory nie znacie Jansson spoza Muminków – warto poczytać.
Jeśli lubicie opowiadania – także. Ale jeśli szukacie Wielkiego
Dzieła, to odeślę do Muminków. Jest tu sporo dobrych pomysłów,
ale miałam przez cały czas wrażenie, że jeszcze autorka szuka tu
formy, że nie wszystko się tak do końca wyklarowało – albo
odwrotnie, że to są takie fragmenty fotografii, ciągłe
poszukiwania właściwych słów. Myślę, że ponownie: więcej by
ten tomik zyskał bez tych wszystkcih zapewnień o wielkości na
okładce.

A „Wiadomość” odhaczam w kategorii zbiór opowiadań. Miała tam być kolejna w moim czytelniczym dorobku Alice Munro, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

_________________
Jutro
będzie o moich ulubionych reprezentantach pewnego gatunku.

6 Replies to “Adresat znany tylko w połowie albo o „Wiadomości” T. Jansson”

  1. Z jednej strony, jestem zaintrygowana. Z drugiej, Twoja recenzja sprawia, że mogę dodać książkę do listy "do przeczytania", ale nie szukać jej z obłędem w oczach :).

    1. Nie, spokojnie można przeczytać, jak się trafi. Naprawdę lubię Jansson i "Wiadomość" dostałam w prezencie, więc zabrałam się za nią z entuzjazmem, a to jest lektura solidna, ale nie zawsze porywająca. Ale przeczytać i wyrobić sobie opinię – warto jak najbardziej :-).

  2. Część tych opowiadań ("Wiewiórka", "Mały Letnik", "Władysław", "Podróż z małym bagażem") była już wydana wcześniej, w tomie "Podróż z małym bagażem". Marzy mi się wydanie wszystkich opowiadań (przynajmniej tych przetłumaczonych na polski) w jednym tomie.

    1. Tak, te które tłumaczyła Chłapowska już u nas wcześniej wyszły, domyślałam się – zresztą miałam jakieś takie wrażenie, że lepiej mi się w ogóle czytało Jansson w jej przekładzie (chociaż niczego nie ujmuję przekładowi Czechowskiej i nie umiem tego uzasadnić inaczej niż odczuciem). O, byłoby przyjemnie, gdyby było takie jedno zbiorcze wydanie. Z drugiej strony, mimo tego, że się mówi ogółem o tym, że u nas Jansson to wciąż jest "Mama Muminków", to – jak na takie stwierdzenie – sporo mieliśmy jej innych próz przetłumaczonych już wcześniej.

  3. "Czarno-białe" i "Mały letnik" bardzo mi się podobały, "Władysław" zdecydowanie mniej. Podobały mi się też wszystkie te podróże, wyspy i matki (a raczej: relacja matki z córką). Nie znam się na tym i nie wiem, czy jest tu jakiś problem z zakończeniami, niczego takiego nie odczułam, tj. nie zawsze akcent pada na końcówkę, ale nigdy mi to nie przeszkadza. Może to wynika z mojego niedoświadczenia, czasami wystarczy tylko kilka tygodni i/lub jedna dyskusja, żebym odrobinę zmieniła upodobania/zdanie. 😉

    Bardzo fajny blog, właśnie przesiedziałam dwie godziny w łóżku, czytając twoje wpisy. 🙂

    1. Tak, nawet jak matka jest w tle ("Łódka i ja"), to ta relacja jest bardzo ładnie wydobywana w takich półsłówkach na wierzch. Z tymi zakończeniami to nawet nie chodzi o to, na co jest położony nacisk, ale o urwanie wątku, czasami bez puenty albo z taką puentą dość wymuszoną. Ale to jest też podbudowane moją opinią, więc nie musi przeszkadzać każdemu (a jak nie przeszkadza, to też dobrze :-)).

      Bardzo mi miło! 🙂 (Mam nadzieję, że nie będę zbyt dużą przyczyną niewyspania ;-)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.