5 najbardziej wstrząsających książek o roślinach, jakie kiedykolwiek czytałeś! Albo zielono mi (i strasznie)

Po wpisie poważnym pora na coś lżejszego. Historia pomysłu, żeby napisać taki wpis, jest
dość prosta. Siedziałam sobie któregoś wieczoru przy komputerze,
psując oczy i nadwerężając nadgarstki, żeby zanotować sobie
pomysły na notki marcowe, i w pewnym momencie rzuciłam w przestrzeń
pytanie, czy jest taki temat, o którym moi domownicy może chcieliby
poczytać. I wtedy z głębin domu, dokąd moje pytanie dotarło,
rozległ się głos: „ja bym chciał poczytać o książkach o
krwiożerczych roślinach doniczkowych!”. Jak sami zapewne
rozumiecie, takiej podpowiedzi przegapić nie mogłam. Notka, rzecz jasna, do potraktowania z przymrużeniem oka.

Okazało się jednak szybko, że wcale nie dysponuję
aż tyloma przykładami, a i te, którymi dysponuję, nie do końca
dotyczą roślin doniczkowych. Zaczęło się więc przekopywanie
pamięci w poszukiwaniu jakichś morderczych roślin bądź nasion,
przy okazji odrzucając mordercze drzewa (których, jak się okazuje,
literatura stworzyła bardzo dużo). W końcu udało mi się
skompletować pięć przykładów na to, że roślina może być
straszna albo że może do czegoś strasznego prowadzić. Także oto
ten zapowiadany złowrogi wpis (czyli uprawiam kreatywny marketing)!
Fasola Jasia („Jaś i
czarodziejska fasola”)
Jak wszyscy wiemy,
nie powinno się przyjmować prezentów od nieznajomych ani prowadzić
pokątnego z nimi handlu. Tylko że w jednej z opowieści, które
poznajemy w dzieciństwie, jest dokładnie odwrotnie: Jaś wyrusza z
domu z krową, żeby ją sprzedać i mieć pieniądze na wyżywienie
siebie i matki. Ostatecznie sprzedaje zwierzaka za kilka nasion
fasoli. My wiemy, rzecz jasna, dzięki usłużnemu narratorowi, że
spotkany na drodze mężczyzna jest w porządku (bo jest czarodziejem
– co w sumie wcale jedno z drugiego tak prosto nie wynika), ale
zasadniczo Jaś nie ma żadnych podstaw, by mu ufać. Nic dziwnego,
że matka jest zagniewana i wyrzuca nasiona przez okno (swoją drogą,
gniewa się nie na handel z dziwnym nieznajomym, ale na jego wynik –
wniosek: nie tyle nie ufaj nieznajomym, co umiej się z nimi dobrze
targować!). Oczywiście za oknem wyrasta sięgająca chmur fasola,
która okaże się drabiną do innego świata. Który wcale taki
przyjazny nie jest, bo zaludniają go olbrzymy-ludojady z talentem
śpiewaczym. U kogoś jeszcze piosenka „Fiku-miku-tyka, czuję
krew chłopczyka!” wywoływała dreszcze? A przecież byłam
zaprawiona na Grimmach. Tyle tylko, że wszystko działo się w
zamkniętym pomieszczeniu, Jaś był sam w obcym miejscu, a
przeciwnik był mało znany i przerażający. Takie są skutki
zaufania roślinie!
 Ilustracje według klucza „przerażające rośliny na fotografiach”. Źródło.
Dżungla w Muminkach („W
Dolinie Muminków”)
Znowu w sprawę
zaplątany jest czarodziej – ale pośrednio, bo winowajcą jest
jego zagubiony kapelusz. To wrzucone tam śmieci eksplodują
nadmierną zielonością, oplatając dom Muminków ze wszystkich
stron i stając się więzieniem dla znajdujących się w środku
rodziców. Na szczęście w końcu ferajna
muminkowo-paszczakowo-migotkowa wraca z nadzwyczaj udanej wyprawy na
ryby (ach, nie zna życia, kto nie łowił mameluka!) i wyrąbuje
sobie drogę przez gąszcz do wyjątkowo ukwieconego salonu Muminków.
Po czym zaczyna się przednia zabawa w Tarzana, objadanie
pomarańczami i bujanie na lianach. Przyznam szczerze, że uwielbiam
tę scenę za wszystko: za doskonałe dialogi, prześmieszną
ilustrację Muminka z zębami ze skórki pomarańczowej, za biednego
Paszczaka zostawionego na dworze, by pilnował ryby… I za biednego
Migotka, który tak chciał zważyć mameluka, a został w końcu z
nieco cięższym Paszczakiem na werandzie. 
Mroczna schnąca dzika róża stąd.
Brzoskwinia olbrzymka („Jakubek
i brzoskwinia olbrzymka”)
To chyba
najbardziej przerażająca dla mnie roślina w tym zestawieniu i
powiem otwarcie, przyznając się do tego po latach: jako dziecko nie
byłam w stanie skończyć tej książki. Nie powiem, żeby była ona
sama w sobie bardzo straszna – nie bardziej chyba niż pozostałe
książki Dahla – ale w bibliotece mojej szkoły podstawowej
znajdowało się wydanie z absolutnie przerażającymi ilustracjami,
przywodzącymi na myśl wszystkie te horrory o nagle ożywających
lalkach. Dlatego umieszczam tę brzoskwinię w zestawieniu, mimo że
do dnia dzisiejszego nie wiem, o czym tak do końca była ta książka.
Ot, taka trauma – dlatego to był w sumie mój pierwszy pomysł,
jaką roślinę w tym wpisie umieścić na pewno.
 Róża, która zdecydowała się uschnąć w makabrycznym wyrazie płatków znaleziona tu..
Diabelskie sidła („Harry
Potter i kamień filozoficzny”)
Rzecz jasna nie
możemy się obyć bez rośliny czarodziejskiej, najlepiej hodowanej
w beztroskich cieplarnianych – dosłownie i w przenośni –
warunkach pracowni pani Sprout. Wyrosło tam wiele dziwnych i
podejrzanych roślin, które nauczycielka dość niefrasobliwie
oddawała pod opiekę uczniom, umacniając mnie tylko w przekonaniu,
że magiczny świat z powieści Rowling wcale nie jest takim
przyjemnym miejscem, a do chodzenia do Hogwartu trzeba mieć jednak
żelazne nerwy (też kiedy jest się rodzicem z pociechą w tej
szkole). Na szczęście niedoskonałości pokojowego współżycia z
rośliną, której głównym hobby jest duszenie dbających o nią
nastolatków, można opanować za pomocą prostych zaklęć. Albo
latarki.
 Budzący grozę uśmiech orchidei również stąd.
Pole maków („Czarnoksiężnik
z krainy Oz”)
Tu z kolei rośliny
wolno żyjące w dużej liczbie – i które choć piękne na
pierwszy rzut oka (to nasza tajna broń roślinna, chciałoby się
zanucić), to mogą okazać się niebywale groźne. Zwłaszcza, że
blokują naszych bohaterów na ostatnim etapie trudnej wędrówki,
kiedy są już tuż-tuż, ba, ostateczny cel widać na horyzoncie. I
w sumie nie wiadomo, co gorsze: spotkać takie na początku czy
właśnie u kresu, kiedy już się wydaje, że cel jest na
wyciągnięcie ręki, właściwie zrealizowany. Mroczne kwiaty, które
wyglądają pięknie, pojawiają się też w „Królowej śniegu”
Andersena, gdzie starają się odciągnąć Gerdę od dalszej
wędrówki w celu uratowania Kaia. Chociaż w obu wypadkach nie do
końca wiadomo, czy rośliny robią to z samej swojej demonicznej
natury, czy pozostają na usługach innych sił. W każdym razie:
uwaga na rozmawiające, rozmyślające i rosnące nieopodal ostatnich
stron książek kwiaty!
 Nie mogło się obejść bez znalezionych tutaj najstraszniejszych kwiatów świata!
Uf, mam nadzieję,
że wszyscy przetrwaliśmy tę ścinającą krew w żyłach
botaniczną wędrówkę! Zostawiam Was tutaj, zerkając z
niepewnością na stojące tuż obok laptopa tulipany. Całe
szczęście, że literatura dostarcza nam też przykładów roślin
miłych i pomocnych, prawda?
________________
Jutro dziesiąty dzień miesiąca, więc spodziewajcie
się baśni. Jak zwykle w samo południe.

14 thoughts on “5 najbardziej wstrząsających książek o roślinach, jakie kiedykolwiek czytałeś! Albo zielono mi (i strasznie)

    1. Trzeba sobie stawiać wyzwania ;-). Muszę chyba teraz pomyśleć o sympatycznych roślinach, żeby moje domowe nie poczuły się dotknięte :-).

  1. Mnie kilka przykładów przyszło na myśl czytając te Twoje (nawiasem mówiąc, niektóre wcale mi nieznane!) roślinki. Ale na przód wysuwają się przede wszystkim Czardrzewa z powieści G.R.R. Martina, które może zazwyczaj takie strasznie groźne nie są, ale jednak potrafią brutalnie zrosnąć się z człowiekiem oraz straszliwe ziarna baobabu z "Małego Księcia".
    Brr, aż mnie ciarki przesły 😉

    1. No właśnie, tych drapieżnych drzew jest jakoś w literaturze mnóstwo! Jest przecież też las w Shire w "Drużynie pierścienia" albo Bijąca Wierzba z "Harry'ego Pottera". Widać straszne drzewa jakoś mocniej działają na wyobraźnię ;-).

    2. Hm, brzmi prawdopodobnie – wspomnimy to pewnie, jak powieść o strasznych roślinach doniczkowych wespnie się na szczyty list bestsellerów i tylko pokiwamy ze zrozumieniem głowami ;-).

  2. Skojarzyły mi się "Ruiny" autorstwa Scotta Smith'a – zdaje się, że w tym horrorze rośliny odegrały decydującą rolę (nie były to jednak kwiatki doniczkowe;)

    1. Od razu rzuciłam się sprawdzać, co to – i opis brzmi bardzo intrygująco, tylko że ja się lubię bać w taki umiarkowany sposób, co zresztą widać po moich wyborach opowieści z dreszczykiem (czyli baśnie i książki dla dzieci :-)). A już rekomendacja, że podobne do "Milczenia owiec" mnie trochę zmroziła, bo mam niski próg "obrzydliwości" i wszelkie wątki kanibalistyczne odpadają zdecydowanie w przedbiegach.

    2. Sama nie przeczytałam całości, ale nie ze strachu, tylko dlatego, że (o ile dobrze pamiętam) sposób pisania autora i ujęcie tematu bardzo mi się nie spodobały. Nigdy w życiu nie porównałabym tej książki do "Milczenia owiec", to nie ten poziom;)
      Myślę, że ten horror Ci się nie spodoba, właśnie przez tę "obrzydliwość".

  3. O, jak mi się przyjemnie i z uśmiechem czytało Twoje słowa, Pyzo (:
    Na początku przemknęło mi przez myśl, że może to będzie coś o "Uprawie roślin południowych metodą Miczurina", bo w końcu tytułowy Iwan Miczurin znany był ze swoich eksperymentów i krzyżówek, a tu taka niespodzianka

    1. Dziękuję, bardzo mi miło :-).
      "Uprawy…" jeszcze nie miałam okazji czytać – Miczurin kojarzy mi się głównie, jeśli chodzi o dzieła kultury, z filmem "Szabla od komendanta" J. J. Kolskiego. Syn jednego z bohaterów hoduje tam metodą miczurinowską przerażająco wielkie owoce w sadzie ;-).

    1. Tak, pojawiła się taka sugestia odnośnie tego wpisu w komentarzach na google+ (których niestety nie da się tutaj przenieść, nie tracąc normalnych – chyba, że tego nie ogarnęłam). Muszę się zapoznać z tym Wyndhamem. Tak sobie jeszcze w ten deseń myślę, że te kłącza z "Jeźdźców smoków" też by dawały radę ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *