Z Zachodu na Wschód i odwrotnie albo o „Dwunastu stacjach” T. Różyckiego

Gdzie
się czas podziewa, czas, którego zawsze było dużo?
„Dwanaście stacji”, s. 55
Utwory
Tomasza Różyckiego należą w naszym domu do tej rzadkiej
kategorii, że stoją sobie na półce zupełnie, ale to zupełnie
kompletne. Nie jest to niestety moja zasługa. Od dłuższego czasu
zerkam jednak na nie, a one zerkają na mnie – z wyrzutem – że
mimo iż powinnam czytać je pasjami, bo i temat mi odpowiada, i
fraza, i w ogóle jakoś tak widzenie świata przez autora, to ja tak
jakoś je omijam. To uszczknę jakąś powieść z prawa, to inną
książkę z lewa, i tak leci. No to tym razem (zmotywowana dodatkowo
przez akcję) pomyślałam: dobra, zabieram się za Was, nie myślcie
sobie! I na dobry początek poszło „Dwanaście stacji”, poemat
utytułowany, nagradzany, ba – fragment, jak sobie mgliście
przypominam – był chyba nawet na maturze z polskiego w moim
roczniku.

Dla
jasności: pisałam wtedy o Brunonie Schulzu. Ale to jest zupełnie
inna historia, poza tym matury wyglądają teraz znowu inaczej, może
coś napiszę o maturze i czytaniu w okresie okołomaturalnym. Na
razie: Różycki, „Dwanaście stacji”. Recenzja na stacji sześć,
ale nie mogłam się oprzeć, samo się prosiło.
Dzisiejsze ilustracje to pochodzące ze strony, na której miłośnicy pociągów mogą dodawać
ich stare zdjęcia, fotografie starych pociągów. Głównie z innego kontynentu, ale utrzymane w klimacie „Dwunastu stacji”. Źródło.
Stacja
pierwsza: historia.
Rzecz cała toczy się wokół głównego
bohatera, Wnuka, któremu zostaje zlecona tajna misja. Ma przekonać
rozproszonych po okolicy członków rodziny, przesiedleńców zza
Buga, by wrócili do rodzinnej wsi, żeby wspomóc materialnie
renowację tamtejszego kościoła. Familia jest liczna, narady
rodzinne gęsto zakrapiane, a do tego straszliwe opowieści o
wysiedleniu z terenów Ukrainy urastają do rangi tej podstawowej,
mitycznej opowieści, z której wyrastają wszystkie inne i które
ona całkowicie tłumaczy. Bolszewicy mieszają się w takiej
narracji z Niemcami, Finami, Samojedami i Mongołami, klęski
spadające na rodzinę są niemal biblijne. Wnuk podróżuje zatem po
krewnych straszliwym pekaesem, zaznając wszystkich – świetnie
opisanych! – rozkoszy takiej podróży:
Będąc
więc osobą przekraczającą o pięćdziesiąt ustalony limit
centrymetrów
w długości nogi od tego, co przewidują w tej materii
normy
pekaesu, Wnuk musiał zadbać o umieszczenie nóg gdziekolwiek,
byleby
mógł w ich towarzystwie kontynuować podróż,
co
zajęło mu jakieś piętnaście minut (…).
[Cytuję
z wydania Znaku z 2009 roku, s. 69]
Stacja
druga: miejsce. Otóż rzecz dzieje
się w Opolu. W Opolu zupełnie nierzeczywistym, a jednocześnie
rzeczywistym aż do drgawek z przesytu. Jak Różycki to osiąga?
Łącząc elementy dobrze znane z krajobrazu takiego sobie nie za
wielkiego miasta pierwszych lat XXI wieku z fantastycznymi
wyobrażeniami z dziecięcej wyobraźni, rodzinnych opowieści i
miejskich legend. Historia wyobrażona – czerpana głównie z
opowiadań dziadków – zmienia się nagle w historię rzeczywistą.
Nie ma żadnej sprzeczności między armią w zardzewiałych hełmach
stojącą na dnie Odry w miejscu, w którym przepływa ona przez
miasto, a opisem babcinego ogródka i nadzwyczajnego urodzaju jabłek.
Nie wspominając już o tym, że ducha poniemieckich wsi uchwycił
Różycki w punkt: trochę tej historii wyzierającej przez szwy w
podostawianych gankach, dobudowanych szopkach i biegających tu i tam
ostatkach dawniej sporych stad zwierząt gospodarczych.
Stacja
trzecia: styl. Nie jest to proza, jest to poemat,
ale właściwie nie zrozumiałam aż do samego końca, czemu to jest
pisane w taki, a nie inny sposób. Rozumiem nawiązanie do „Pana
Tadeusza”, jest ono nie tylko zgrabne, ale w wielu miejscach
prześmieszne (nękany alergią główny bohater przedzierający się
przez strych z pamiątkami swego dzieciństwa albo dokładny opis
lepienia klasycznych pierogów z pewnym twistem), więc na początku
myślałam, że to trzynastozgłoskowiec. Ale nie. Ani wersy, ani
jakieś większe jednostki znaczeniowe czy jakby to zgrabnie nazwać,
zdania, części zdania i tak dalej) nie są pisane w ten sposób.
Najbardziej przypomina to prozę rozbitą na wersy. Czy to jakoś
przeszkadza w czytaniu? Niespecjalnie. Może nawet pomóc, jeśli
ktoś jest zrażony do poezji. Trochę to dla mnie nadal zagwozdka,
ale z pewnością znajdę odpowiedź w internecie (jeśli ją znacie
– dajcie znać, naprawdę chciałabym się dowiedzieć!).
Stacja
czwarta:
bohaterowie. Członkowie
opisywanego rodu są zgrają barwną i chyba taką, gdzie każdy
znajdzie kogoś, kto mu przypomina jakąś osobę z jego własnej
rodziny (tak sądzę, mogę się mylić). Jest więc Babcia lepiąca
be ustanku pierogi i pielęgnująca pamięć po dziadku, jest
mieszkający z nią Wujek, który ciągle kręci jakieś lewe
interesy i psioczy na za dużą ilość pamiątek w mieszkaniu. Jest
Sąsiad pędzący dziwne napoje piętro wyżej i notujący tajemne
formuły w zeszycie w kratkę. Są Kuzyni, którzy bez odpowiedniej
ilości napojów nie siadają nawet do stołu, a po okolicy poruszają
się polonezem z drzwiami montowanymi osobno. Są
rozliczne Ciotki, jedna starsza od drugiej, każda z doskonałym,
oczywiście, przepisem na pierogi i milionem opowieści, jak to
drzewiej bywało. No i jest
Wnuk, główny bohater, trochę
zapętlony i zagubiony w gąszczu opowieści, za to zaprawiony w
walkach z polską rzeczywistością.
Stacja
piąta: kontekst.
To jest,
wbrew pozorom, zupełnie poważna opowieść o poszukiwaniu domu,
którego zostało się pozbawionym. I o tym, że ten dom może być
zupełnie gdzie indziej, niż się człowiek spodziewa. I że od
pewnych decyzji nie ma odwrotu, a wspomnienia zwykle nie odpowiadają
rzeczywistości, a snute od dawien dawna historie w gruncie rzeczy
dotyczą zupełnie czego innego. Naprawdę mało kto tak umiał
opisać kwestie przesiedleń i osadnictwa na „Ziemiach
Odzyskanych”, a uwierzcie mi, niejeden próbował.
Stacja
szósta: humor.
Dawno się,
muszę przyznać, tak nie uśmiałam na książce. Obserwacje
Różyckiego są niesamowicie trafne, a ubrane w absurdalny humor
sprawiają, że aż chce się czytać więcej i więcej. Opis
nurkowania w kałuży, walki
mrówek opisane jak początki „Ogniem i mieczem”, ucieczka
Wnuka przed rojem pszczół i jego nieustające wysiłki w celu
zrozumienia zapisków z zeszytu sąsiada – o, te będę czytała na
pewno jeszcze nie raz. Do
tego bardzo mi się podoba, jak Różycki konstruuje wyliczenia – w
takim ciągu znajdują się rzeczy realne i zupełnie bez sensu. Na
przykład kiedy mówi o tym, kto
(i co)
zamieszkuje Odrę w Opolu albo grzyby rosnące w pobliskich lasach:
„opieńki, kurki, kozaki, maślaki, prawdziwki, smardze,
pierdziawki, sromotniki bardzo przydatne w produkcji bigosu”.
Trochę jakby się bawił w „znajdź element, który tu nie
pasuje”. Pewnie nie wszystkim taki humor odpowiada, ja bawiłam się
przednio.
Także
jeśli jesteście równie spóźnieni, jak ja, z czytaniem tego, co
chwalone i nagradzane, nie wahajcie się sięgnąć po „Dwanaście
stacji”. Nawet, jeśli dylematy kolejnego pokolenia przesiedleńców
mało Was interesują, to gwarantuję, że ubawicie się przednio, a
przy okazji złapiecie, o co chodzi z tymi wszystkimi kresowiakami (a książkę odznaczam w prozaicznej kategorii „książka z liczbą w tytule”; a mimo to – całe szczęście, że taka się znalazła i wreszcie przeczytałam „Dwanaście stacji”!).
___________
Jutro
na wszystkich blogach będzie huczało od Oscarów, no to i tutaj coś
się pojawi, ale po pierwsze będzie o książkach, bo to blog o
książkach jednak, a po drugie mam nadzieję trochę mniej
aktualnie, a trochę bardziej uniwersalnie.

2 Replies to “Z Zachodu na Wschód i odwrotnie albo o „Dwunastu stacjach” T. Różyckiego”

  1. Ten fragment o PKS to mistrzostwo świata.

    1. Prawda? A to tylko krótki fragment, tam jest tego więcej :-)!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.