W wehikule czasu z dinozaurem albo o „Na szczęście mleko” N. Gaimana

Otóż,
chociaż zdecydowanie za rzadko, zdarza mi się dostawać w prezencie
książki. Dwa tygodnie temu dostałam taki prezent przywieziony z
Litwy. Ale ponieważ ani ja, ani mój darczyńca nie znamy
litewskiego, dostała mi się książka po angielsku. I to właściwie
nie przez wzgląd nawet na język, ale na ilustracje i w ogóle
oprawę graficzną – podejrzewam, że dostałabym ją pewnie nawet
wtedy, gdyby jedyne wydanie w tamtej księgarni było po litewsku.

O
czym jest cała HISTORIA? Właściwie punkt wyjścia jest banalny:
matka wyjeżdża w sprawach służbowych, wcześniej wypełniając
lodówkę po brzegi, żeby mąż i dwójka dzieci nie pomarli z
głodu, zanim nie wróci. Jedynym elementem, którego tam brakuje,
jest mleko. Nikomu pewnie nie chciałoby się wyściubić nosa z domu
po rzeczony produkt, gdyby nie to, że dzieci chcą płatki, a ojciec
nie pija herbaty bez mleka (cóż, Brytyjczyk, trzeba go zrozumieć).
I wiecie, nadal nic się nie dzieje. Ojciec idzie po mleko, nie ma go
czas dłuższy, ale syn – który jest narratorem opowieści –
godzi się z tym, bo ojciec lubi sobie porozmawiać ze znajomymi na
ulicy. Kiedy ojciec w końcu wraca, zamiast przystać na pobłażliwą
uwagę syna o pogawędkach, obrusza się i opowiada historię o
narażaniu życia w celu przyniesienia mleka głodującemu potomstwu.
Przez czas i przestrzeń, zupełnie dosłownie.

Gaiman
czerpie inspirację z bardzo prostych rzeczy, żeby ulepić z nich
zabawną i lekką historię, dobrą dla dzieci i dla dorosłych. W
dodatku dla narratora jest jasne, że ojciec zlepia ze sobą to, co
akurat ma przed oczami, żeby zabawić dzieci ciekawą i zajmującą
historią z wieloma zwrotami akcji. Kiedy zerka na zabawkowe
dinozaury syna, w narrację wkracza podróżujący w wehikule czasu
profesor Stegozaurus. Kiedy córka płaczliwym głosikiem domaga się
jakichś kucyków w całej historii, przed oczyma wyobraźni dzieci
za sprawą opowieści ojca przebiegają, rzecz jasna, śliczne kuce.
Nawet wampir Edward, literacki ukochany córki, znajdzie swoje
miejsce w historii i skończy adekwatnie do tego, jakie zdanie o
upodobaniach czytelniczych swojej latorośli ma ojciec (w końcu
władca narracji).
Do
tego oczywiście Gaiman dorzuca wszystkie swoje ulubione MOTYWY,
traktując je tu jednak z przymrużeniem oka. Widać w nim w tej
historii przede wszystkim fantastycznego scenarzystę „Doctora Who”
– kosmici, usiłujący przejąć Ziemię, by zamienić ją w farmę
bardzo złego gustu, podróże w czasie dziwnym obiektem latającym,
dinosaurs in a spaceship,
sami wiecie. Dla fanów „Doctora…” dodatkowy plusik za
przeczytaniem tego właściwie opowiadania, do schrupania za jednym
posiedzeniem.
Ale
jeśli to wszystko jakoś do Was nie przemawia – ma w końcu prawo
– to skuście się chociaż na obejrzenie ILUSTRACJI. Właściwie
od tego powinnam zacząć, bo ta książka bez wspaniałych
ilustracji Chrisa Riddella straciłaby właściwie większą
część uroku. Riddell nie tylko dokłada do wszystkiego cegiełkę
wizualną, ale także uzupełnia niektóre aspekty tekstu (na
przykład kiedy ojca długo nie ma, syn stwierdza, że „czekali”,
Riddell dostarcza nam natomiast komiksowej ilustracji czego
wszystkiego może dokonać para nastolatków, kiedy ich rodziców nie
ma w domu). Ilustracje Riddella są dowcipne i narysowane z polotem,
troszkę komiksowe, troszkę groteskowe, ale jednocześnie nie sposób
bać się tych wszystkich stworów z opowieści Gaimana, które
kreska rysownika ożywia. A w dodatku ojciec ma rysy Gaimana,
oczywiście (nie wiem, jak z dziećmi).
Nie
umiem powiedzieć, jak jest z tłumaczeniem polskiej wersji – na
pewno musiała być to ciężka robota, bo historia jest pełna
gierek słownych i specyficznych dialektów, którymi posługują się
różni napotykani w batalii o dostarczenie mleka bohaterowie. Ale
nie aż tak, żeby lektura sprawiała po angielsku duże problemy,
więc niezależnie, jaką wersję językową macie pod ręką –
sprawdźcie, przynajmniej ilustracje. Warto poświęcić tę chwilkę.
A przy okazji można się uśmiechnąć.
______________
Ponieważ
do soboty będę miała ograniczone możliwości odpowiadania na
Wasze ewentualne komentarze – nie obraźcie się, odpowiem na
pewno, tylko że z lekkim poślizgiem! A jutro, jak już
zapowiadałam, o nie takich znowu dobrych książkach, nad którymi
strawiłam kilka miesięcy. I pewnie nie tylko ja.

2 thoughts on “W wehikule czasu z dinozaurem albo o „Na szczęście mleko” N. Gaimana

  1. No to chyba mnie właśnie zachęciłaś i jutro wypożyczę sobie tę książkę, a jeśli polskie tłumaczenie okaże się znośne 😉 to potem będę wszystkim wtykać 😀

    1. Polskie tłumaczenie robił, jeśli się nie mylę, Piotr W. Cholewa, więc jeśli tak jest, to raczej nie ma się co martwić i trzeba wciskać ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *