Saga o nie zadającym pytań Peterze Grancie albo o „Foxglove Summer” B. Aaronovitcha (z przyległościami) (mniej więcej)

Dzisiejsza
notka by nie powstała, gdyby nie Milvanna i Grendella z bloga
„Książki mojej siostry”. A konkretnie ten ich wpis – i
dyskusja pod nim. Dziewczyny były tak miłe, że pożyczyły mi
piąty tom cyklu o Peterze Grancie. Dlatego jeszcze raz – tym razem
publicznie – im dziękuję, a Was zapraszam do lektury. Będzie
troszkę o „Foxglove Summer”, trochę o samej serii jako takiej i
może gdzieniegdzie wymsknie mi się jakiś spojler, ale będę się
jednak starała powstrzymać. Dlatego jeśli jeszcze o
policjancie-czarodzieju z Londynu nie słyszeliście – dajcie się
zaprosić!

O
co chodzi? Ano o to, że Peter Grant, aktualnie szlifujący bruki
Londynu razem ze swoją koleżanką, także świeżo upieczoną
policjantką, spotyka ducha. Od ducha wszystko się zaczyna i ziarnko
do ziarnka okazuje się, że Peter zostaje pierwszym od dekad adeptem
sztuki czarodziejskiej. Bowiem brytyjska policja ma swój magiczny
oddział, aktualnie składający się z dość małomównego i
niechętnie zerkającego na nowe wynalazki weterana II wojny
światowej, który wygląda na jakieś czterdzieści lat, Thomasa
Nightingale’a, dziwnie małomównej gospodyni z upodobaniem do
podrobów, psa wyczuwającego magię i od wydarzenia z duchem –
także Petera. Co stało się z resztą czarodziejów? Kim tak
naprawdę jest gospodyni na czarodziejskim posterunku? No i o co
chodzi z duchem?
Tak
mniej więcej wygląda zawiązanie się akcji w pierwszym tomie
przygód policjanta-czarodzieja, czyli w „Rzekach Londynu”.
O tej książce sporo słyszałam i w pewnym momencie pomyślałam,
że może warto sprawdzić, o co chodzi z tymi wszystkimi zachwytami.
I powiem tak: oczywiście, że nie mogę się doczekać kolejnych
części, i oczywiście, że czyta się szybko i przyjemnie. A z
drugiej strony te książki powodują u mnie zgrzytanie zębami i
rwanie włosów z głowy (przesadzam odrobinę). No ja się chyba
jakoś tak jednoznacznie i radykalnie zachwycić nie umiem, ale też
z rzadka potępiam coś w czambuł, dlatego pomyślałam, że znowu
zrobię taki myk, że napiszę i o tym, co mnie zachwyca, i o tym, co
mnie wkurza. A potem będzie co nieco o samym „Foxglove Summer”.
Dlaczego
powinniście się wyposażyć w komplet pięciu (jak dotąd) tomów
cyklu o Peterze Grancie?
  1. Humor.
    Te
    książki są niesamowicie zabawne. Narracja jest pierwszoosobowa, a
    naszym narratorem jest Peter. Chwyt to oczywiście znany wszem i
    wobec, bo poznajemy arkana magii i tajemnice czarodziejskiego świata
    razem z bohaterem (albo ich nie poznajemy, o czym dalej). Peter jest
    zupełnie normalny: ani nie jest zabójczo przystojny, ani
    ponadprzeciętnie inteligentny, nie ma żadnej wielkiej traumy z
    przeszłości (oprócz tej, że matka kazała mu niańczyć szeregi
    wrednych kuzynów, kiedy był mały), nie jest też jakimś wybitnym
    policjantem czy czarodziejem. Wszystkiego musi się uczyć, a my
    mamy okazję śledzić jego postępy tak, jak je – z dużą dozą
    szczerości – nam relacjonuje. A czyni to w sposób lekki i
    zabawny, nawet w takich momentach, kiedy niespecjalnie byłoby nam
    do śmiechu. I to jest humor w dodatku bardzo zróżnicowany: i
    sytuacyjny, i sarkastyczny, i z dużą dawką ironii, i taki
    zupełnie prosty. Poza tym nie byłoby tak znowu fajnie, gdyby tylko
    Peter był dowcipny, ale obracał się wśród ponuraków. Każda
    postać ma tutaj swoje momenty, kiedy może rzucić zabawną
    ripostą. Na niektóre naprawdę warto czekać.
  2. Bohaterowie.
    Bo
    co jak co, ale bohaterowie Aaronovitchowi wyszli. I uwierzcie mi,
    jak dacie radę z denerwującą manierą Petera przez pierwsze dwa
    tomy (o manierze dalej), to przymkniecie oko nawet na tych kilka
    wad, które nasz główny bohater dostał w pakiecie. I w sumie całe
    szczęście, bo jednak czytanie o ideałach jest nudne. Peterowi
    jednej rzeczy tylko nie mogę wybaczyć – jego stosunku do Lesley.
    Bo Lesley, owa przyjaciółka policjantka, o której wspominałam,
    to moja ulubiona postać cyklu. Silna, niezależna, piekielnie
    inteligentna osoba, która za wszelką cenę chce dopiąć
    postawionego przed sobą celu. Nawet jeśli czasami kosztuje to
    zdecydowanie za dużo. Szalenie ciekawy jest pomysł Aaronovitcha na
    tę bohaterkę, którą czasami wyciąga na pierwszy plan, w
    niektórych tomach chowa zupełnie z tyłu, żeby na koniec napisać
    jej taką scenę, że człowieka wbija w fotel. Myślę, że Lesley
    jeszcze będzie miała swoje pięć minut. A jeszcze wracając na
    moment do Petera – widziałam wiele opinii, że to świetnie, że
    Aaronovitch dał nam bohatera, który nie jest biały. Tyle tylko,
    że ja mam wrażenie, że przez większość czasu nie odgrywa to
    wielkiego znaczenia – czasem zdarza się epizod, w którym kolor
    skóry bohatera ma znaczenie, ale teraz na myśl przychodzi mi
    właściwie jedna albo dwie sceny. Cały społeczny kapitał Petera
    – i pewnie jest to dużo bardziej czytelne dla czytelnika z Wysp –
    czyli wielka rodzina i zachowanie matki równie dobrze mogłyby się
    przytrafić, bo ja wiem, polskiemu policjantowi? To bardziej to jest
    dla mnie zaletą – że Aaronovitch Petera w żadnym stopniu nie
    egzotyzuje ze względu na pochodzenie.
    Drugi
    plan jest świetnie zarysowany. Bo jest tam i zupełnie tajemniczy
    Nightingale (o którym sam autor twierdzi, że wygląda jak Paul
    McGann, co zdecydowanie dodaje mu uroku w moich oczach), o którym
    wiadomości Aaronovitch dozuje nam naprawdę bardzo skąpą pipetą.
    Twardziel z nietypowym hobby, nienagannymi manierami i wyrafinowanym
    słownictwem, które czasami trudno zrozumieć nie tylko Peterowi,
    wokół którego krąży mnóstwo plotek, a jedna bardziej frapująca
    od drugiej. Molly, gospodyni z posterunku, co do której już-już
    nam się wydaje, że wiemy, kim się zaraz okaże, a ona tylko
    milczy, syczy i się oblizuje, karmiąc psa co bardziej paskudnymi
    kawałkami martwych zwierząt. Beverley, która na co dzień jest
    rzeką (czy raczej personifikacją rzeki, jej bóstwem – trudno to
    wytłumaczyć bez wchodzenia w szczegóły) to jedna z tych postaci,
    które działają mi na nerwy, ale napisana jest stosunkowo
    konsekwentnie: jako osoba z pewnym urokiem (nie całkiem osobistym)
    i tupetem, która jednak nie waha się, kiedy trzeba zrobić coś
    zupełnie szalonego, co jednak przyniesie właściwe skutki. No i
    jest jeszcze wyczuwający magię pies Toby, który głównie szczeka
    i je, ale stanowi przyjemny trzeci plan i jakoś tak ociepla
    wizerunek właściwie wszystkich bohaterów. Poza tym Toby czuje
    magię, więc jak by nie kochać takiego psiaka?
  1. Pomysł
    na magię.
    Bardzo
    lubię to, że w świecie Aaronovitcha magia nie jest zarezerwowana
    wyłącznie dla jakieś elity obdarzonej „darem”, ale że
    każdy może się jej nauczyć. Ale wcale nie jest tak prosto, bo
    nieumiejętne używanie magii sprawia, że tkanki ulegają
    uszkodzeniu (i to takiemu, któremu żadna Wasza tkanka nie
    chciałaby ulec). Poza tym magię ufundował Izaak Newton, ale że
    nie bardzo mu pasowała do jego fizycznych koncepcji, to zajmował
    się nią raczej w ukryciu. Pomysł z Newtonem nie jest może
    najbardziej oryginalny, ale uwierzcie, że im więcej Peter
    dowiaduje się o tym, jak działa magia – chociaż żeby nie
    zwariować stara się o tym myśleć jednak dość rzadko – tym
    robi się ciekawiej. I kto wie, może dostaniemy wreszcie jakieś
    intrygujące odpowiedzi (wydaje mi się, że dotąd nie dostaliśmy,
    bo autor robi jakiś szalony research, żeby brzmieć prawdopodobnie
    – co zważywszy na fakt, że we wszystko zaplątana jest
    prawdopodobnie fizyka kwantowa nie jest niczym dziwnym).
  1. Odniesienia
    do kultury popularnej i osadzenie w teraźniejszości.
    Peter
    jest cudownym geekiem, więc co i rusz, żeby przybliżyć nam
    jakieś zjawisko, sięga do arsenału miłych sercu każdego fana
    popkultury pojęć, metafor i porównań. W dodatku cykl nie dzieje
    się w jakimś niewiadomym „teraz”, ale mnóstwo jest w
    nim odwołań do zjawisk, które znamy z rzeczywistości, co
    sprawia, że łatwo jest się z bohaterem spoufalić, bo posiada on
    ten sam horyzont odniesień, co my. Wiecie – czyta „Harry’ego
    Pottera”, ogląda „Doctora Who”, słucha wiadomości.
    Aaronovitch stosuje taktykę urealniania świata przez dawanie
    czytelnikowi widocznych znaków, że to wszystko dzieje się tutaj i
    teraz, i że jakby się tak odpowiednio przejść po Londynie, to to
    będzie ten Londyn, co z jego książek. A jednocześnie nie sili
    się na jakiś przerażający naturalizm (co nie znaczy, że to są książki bezdreszczykowe, o nie!), żeby w ten sposób
    powiedzieć: ha, patrzcie, jakie to wszystko prawdziwe! Za to ma u
    mnie wielkiego plusa.
  2. Takie
    urban fantasy to jest naprawdę urban.
    Peter
    kocha architekturę (nawet jeśli to „odwieczne”
    upodobanie nabywa w okolicach drugiego tomu), więc miasto – każda
    ulica, każda dzielnica – dostaje swoją dawkę bardzo sprytnie
    przemycających do zainteresowanie opisów. Widać, że miasto to
    nie jest żaden sztafaż. I tak kolejno Aaronovitch zajmuje się
    londyńskimi rzekami – bo nie samą Tamizą Londyn stoi, czy
    raczej płynie – jazzowymi klubami w Soho, metrem, mieszkaniami
    socjalnymi, na które pomysł był świetny, ale nie wypalił, żeby
    w końcu zejść z urban i
    wejść w, bo ja wiem?, rural fantasy?
    w najnowszym tomie. Poza tym nieźle mu idzie zaludnianie miasta (i
    wsi!) fantastycznymi stworzeniami (może nieco rozczarowało mnie
    to, co się działo w „Whispers Undergound”, ale uznaję
    to za wypadek przy pracy). Tutaj akurat na korzyść działa spora
    dawka niedomówień, która otacza fantastycznych mieszkańców
    Londynu. Którzy nie tyle snują się po mieście odprawiając
    sabaty, co tweetują, bawią się w klubach i trudnią nielegalnym
    handlem.
No
dobrze, no to dlaczego możecie zaczekać, aż ktoś Wam podaruje
komplet w prezencie do przeczytania w wolnej chwili?
  1. Niekończenie
    wątków.
    I
    nie chodzi mi o to, że Aaronovitch nie podaje czytelnikowi
    wszystkiego na tacy, bo to nawet dobrze. Nie. Ale chodzi mi o to, że
    w każdym tomie mamy oprócz głównej intrygi tak ze dwa trzy wątki
    poboczne, którymi autor zdaje się tracić zainteresowanie i kończy
    je pośpiesznie albo nie kończy ich wcale. Żeby jeszcze do nich
    powracał w kolejnych częściach – ale tak się nie dzieje. Albo
    żeby one jakoś budowały świat przedstawiony i w tym sensie były
    sztuką dla sztuki. Tylko że nie. Trochę tak, jakby autor wpadał
    na świetny pomysł, zapalał się do niego, ale w trakcie pisania
    stwierdzał, że nie bardzo wie, co dalej z tym pomysłem począć,
    więc wykańczał go trochę na boku albo zostawiał, licząc, że
    skoro dużo się dzieje, to może czytelnik nie zauważy.
  2. Pozorne
    napięcie.
    No
    cóż, to jest bolączka wielu serii. Otóż Peter oczywiście jest
    zagrożony w każdej części i z każdej przygody wychodzi cało,
    bo jest głównym bohaterem. Autor stara się nas przekonać, że
    już zaraz, o właśnie teraz, ten straszny przeciwnik zrobi
    bohaterowi takie coś, że ojej, no ale to jest napięcie pozorne –
    tak samo, jak wiemy, że przed „Relikwiami śmierci”
    Voldemort nic nie zrobi Peterowi, tfu, Potterowi, tak i tutaj nie musimy się jakoś
    bardzo martwić o bohatera.
    A
    jak już przy tym jesteśmy – seria cierpi póki co na bardzo
    bezpłciowego „tego złego”. Nie wiemy o nim wiele, nie
    bardzo wiemy, o co mu chodzi (chociaż po „Foxglove…”
    możemy się już domyślać) i w sumie trudno żywić do niego
    jakiekolwiek uczucia. Miejmy nadzieje, że to ulegnie zmianie. Dużo
    lepiej wychodzą epizodyczni „ci źli”, chociaż oni też
    często będąc jakimiś złymi z natury bytami nie nastrajają do
    rozważań albo chociaż do żywienia względem siebie określonych
    uczuć.
  3. Techniczna
    jaskinia Petera.
    No
    to teraz coś, co przez pierwsze trzy tomy doprowadzało mnie do
    szału. Otóż Folly, czyli magiczny posterunek, o którym do tej
    pory wspominałam bez użycia nazwy, jest trochę, powiedzmy,
    zapóźniony technicznie. Wraz z przybyciem Petera, dziecięcia
    wieku, ulega to zmianie. Peter jedno z pomieszczeń przerabia na
    swoją „techniczną pieczarę”, gdzie ma super hiper
    ekstra sprzęt, wielki telewizor, konsolę do gier i w ogóle
    wszystko. I ciągle o tym gada. Ja rozumiem podekscytowanie – bo
    jednak nie pochodzi z najbogatszej rodziny (jego matka jest
    sprzątaczką, ojciec jazzmanem, ale raczej z tych, co to nie
    odnieśli sukcesu), więc się cieszy, że ma takie fajne rzeczy,
    ale na litość! nie w co drugim zdaniu! Peter ciągle o tym
    wspomina, niby mimochodem, i zaczęłam się zastanawiać, na ile to
    bohater się tym raduje, a na ile autor. Dlatego kiedy wspominki o
    technicznej jaskini przestały się pojawiać tak gdzieś na
    wysokości trzeciego tomu, odetchnęłam z ulgą.
  4. Mam
    wielką tajemnicę…
    Jak
    już pisałam, to świetnie, że autor zostawia taką masę
    niedopowiedzeń, bo one budują klimat. Ale z drugiej strony, kiedy
    spróbować podsumować naszą wiedzę o świecie magicznym po tych
    pięciu tomach, to właściwie nie wiemy nic. W dodatku każdy
    właściwie ma jakąś mroczną tajemnicę, o której nie wiemy, no
    właśnie, nic albo prawie nic. I to każde pytać o spójność
    świata przedstawionego – w którą raczej wierzymy na słowo, niż
    możemy sobie sami rozrysować. Ale pal licho, nie byłoby to takie
    złe, gdyby nie – patrz niżej.
  5. …a
    ja o nic nie zapytam!
    Gdyby
    nie to, że Peter Grant ma jedną niesamowicie nierealistyczną
    cechę, a mianowicie: o nic nie pyta! Ma notesik, w którym zapisuje
    sobie pytania w nadziei na to, że Nightingale kiedyś mu na nie
    odpowie, ale poza tym ciągle zastrzega się, że „nie
    zapytałem, bo się wystraszyłem”, „nie zapytałem, bo
    coś mnie rozproszyło”, „nie zapytałem, bo nie było
    okazji”… No i to jest straszliwie nieuczciwa strategia
    konstrukcyjna, panie autorze. Powiem tak: albo daje się nam
    inteligentnego i ciekawego świata faceta, który na własną rękę
    przeprowadza przeróżne eksperymenty, albo faceta, który chociaż
    ma masę pytań, to ich nie zadaje, bo jakoś nie trafiła się
    okazja. I tak można pisać w nieskończoność, bo Peter wpasowuje
    się w nową fabułę, o nic nie pyta, i jedziemy dalej, a całość
    się właściwie nie rozwija. To jest chyba ta rzecz, która mnie w
    całym cyklu drażni najbardziej. A kiedy już w końcu poznajemy
    odpowiedź na jakieś pytanie… Ale o tym może już w tych dwóch
    słowach o samym „Foxglove Summer” poniżej.

Źródło.

Bo
skoro do napisania tej rozrastającej się już do jakichś
monstrualnych rozmiarów notki (czytacie jeszcze?) skłoniła mnie
lektura „FS”, no to nie byłabym sobą, gdybym jeszcze
kilku słów nie poświęciła na kilka refleksji po przeczytaniu. No
więc Peter Grant wyrusza na wieś, żeby dowiedzieć się, czy
dwójka dzieci, która tam zaginęła, zaginęła przez coś
związanego z magią, czy nie. Zostawia za sobą Folly i Londyn, a
wita Dominica, bardzo przypominającego postać, którą w „Szpiegu”
grał Benedict Cumberbatch, tylko osadzoną w mniej tragicznych
okolicznościach, i starego emerytowanego znajomego Nightingale’a,
który może coś wreszcie mu wyjaśni a propos jego przełożonego.
„Foxglove
Summer” jest jedną z przyjemniejszych części serii. Przede
wszystkim dobrze zrobiło przeniesienie na tej tom akcji z Londynu
poza miasto. To raz, że trochę odświeżyło cały cykl, a dwa, że
– jako że książka jest zadedykowana Terry’emu Pratchettowi –
dało możliwość eksploatacji różnych baśniowych wątków, o
które w mieście byłoby trudno. Dlatego jeśli lubicie „Panów
i damy” Pratchetta albo macie słabość do „Baśni Wysp
Brytyjskich” (tych w przekładzie Skibniewskiej) polubicie i
„Foxglove Summer”. Dla tych, którzy w serii już siedzą,
„FS” przyniesie wyjaśnienie kilku wątków (ale naprawdę
uważam, że po całym tym czekaniu należało nam się więcej niż
kilka dość suchych zdań) albo pozorne wyjaśnienie innych (wręcz
słyszałam autora w tle: „o, zobaczcie, czego się
dowiedzieliście – że właściwie niczego? Buhahaha!”). W
ogóle to „FS” przywodzi trochę na myśl taką hipotezę,
że Aaronovitch obejrzał sobie „Broadchurch” i pomyślał:
„ej, właściwie to ja przecież piszę kryminały, co mi tam!”
i zrobił takie „Broadchurch” w rural fantasy (nadal
nie wiem, czy to jest właściwie jakiś istniejący termin)
klimatach. Dla mnie na duży plus.
Nie
obędzie się oczywiście bez porzuconych wątków, a do akcji
zaplącze się wystrzałowa deus ex machina, ale ponieważ dużo się
dzieje i są mięsożerne jednorożce, przymykam na to oko. I czekam
na kolejny tom („The Hanging Tree” miałoby wyjść w tym
roku, ale nie wiem, czy się nastawiać?).
A
czy Wy już należycie do fanów i zwolenników, czy jakoś Was ta
seria do siebie nie przekonała? Mamy już w Polsce przekłady dwóch
pierwszych tomów: „Rzek Londynu” i „Księżyca nad
Soho”. Nie mogę powiedzieć nic o jakości przekładu, za to
mogę wyrazić chyba powszechny żal, że wydawnictwo nie kupiło
praw do cudownych oryginalnych okładek, które „robią”
serii tak z ćwierć całego klimatu.
A „FS” sobie odznaczam w dość swobodnej kategorii „książka, która dzieje się w innym kraju”.
__________
Jako
że wyczerpana jestem tymi sześcioma stronami o Peterze Grancie, to
może jutro będzie coś lżejszego, przynajmniej do napisania.

4 thoughts on “Saga o nie zadającym pytań Peterze Grancie albo o „Foxglove Summer” B. Aaronovitcha (z przyległościami) (mniej więcej)

  1. Dzięki, za tak szczegółowy wykład :). Trochę mnie te książki kuszą (duży plus za miejsce akcji, zwłaszcza ostatniego tomu), ale nie na tyle, żebym zaraz pędziła do księgarni.

    1. No bo ja już jestem trochę straconym przypadkiem – zaczęłam, to i idę dalej, bo się przywiązałam :-). Ale myślę, że dla nowego czytelnika cykl ma sporo do zaoferowania, czego się starałam dowieść (i od czego odwieść też zresztą ;-)).

  2. Ale świetna notka 🙂 Właściwie zgadzam się z tym, co cię denerwuje, z tymże mnie nie denerwują 😉 Nie, no przyznaję, tak mnie ta seria bawi, że przymykam oko na wszystko 🙂 I akurat to, że Peter sobie zrobił technologiczną pieczarę mi zupełnie nie przeszkadza – zwykły geekowski chłopak z niego 🙂 Podoba mi się też niezmiernie, że magia, i wszystkie wróżki i inne magiczne istoty są potraktowane po prostu jak aspekt wielokulturowego społeczeństwa. No i koniecznie chcę się dowiedzieć więcej o Nightingalu i Molly. K.o.n.i.e.c.z.n.i.e.

    1. Ojej,bardzo mi miło :-). Tak sobie myślę, że Aaronovitch świetnie gra z tym, że dawkuje nam baaardzo niewiele informacji o najciekawszych (m.in. przez to) bohaterach – z tym że liczę, że rozwiązanie będzie jednak miało ciąg dalszy niż te kilka zdań o Ettersbergu w wykoniu Hugh Oswalda. No i techcave Patera jako taka mnie nie denerwuje (może źle to ujęłam – jak może mnie denerwować miejsce, gdzie Nightingale przychodzi na mecze rugby?! W ogóle motyw wszystkich specyficznych lokatorów Folly, ciągnących tam jak ćma do płomienia, jest absolutnie uroczy; czekam, aż Varvara zacznie tam przychodzić na wiadomości ;)), denerwowało mnie podkreślanie, jakie tam wszystko jest super nowe i super drogie (to ostatnie przede wszystkim). No i to prawda, świetnie wplecione są postaci ze świata fantastycznego w rzeczywistość :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *