Pfefy i inne elile albo o „Wodnikowym Wzgórzu” R. Adamsa

Słuchajcie,
zachwyciła mnie ta książka. Sama się zdziwiłam, bo ostatnimi
czasy mam wrażenie, że prawie nic mi się tak zupełnie nie podoba
– brakuje mi jakichś wielkich literackich olśnień i oczarowań,
a tu proszę. A mało brakowało, a odłożyłabym „Wodnikowe
Wzgórze” na półkę, bo przez pierwsze trzydzieści stron brnęłam
przez dwa dni. Aż w końcu zaskoczyło. I to jak!

O
„Wodnikowym Wzgórzu” słyszałam od lat. Znalazło się na
słynnej liście Sapkowskiego, w większości zestawień
anglojęzycznych klasyków, znajdowałam też bardzo pozytywne opinie
o nim w różnych miejscach sieci. I kiedy zobaczyłam listę
wyzwaniową, od razu wiedziałam, że to jest właśnie ten moment,
kiedy w końcu ruszam po powieść Adamsa do biblioteki. Ale jak
wspominałam, początki moje i dzielnych królików nie były wcale
różowe. „Wodnikowe…” wymaga jednak chwili cierpliwości, żeby
zanurzyć się w świat przedstawiony, oswoić się z bohaterami i
ich specyficznym stylem życia. Zwłaszcza jeśli – tak jak ja –
niewiele mieliście wcześniej do czynienia z królikami.
Leporydzi.
„Wodnikowe Wzgórze” bowiem
to historia grupy królików, które postanawiają opuścić swoją
dotychczasową królikarnię, wiedzione przeczuciem, które owładnęło
jednym z nich, Piątkiem. Piątek jest kimś w rodzaju szamana albo
kapłana króliczej grupy, na czele której staje jego brat,
Leszczynek. Udaje im się dobrać jeszcze kilka królików, które z
tej albo innej przyczyny chcą odejść z królikarni i wyruszyć
szukać innego, lepszego miejsca do życia. Dzikie króliki z prozy
Adamsa odpowiadają co prawda pewnym typom, co to muszą się znaleźć
w drużynie wyruszającej na wyprawę (jest więc szaman, jest wódz,
jest wojownik, mędrzec, głupiec, reprezentant starego ładu itd.),
ale z drugiej strony są wykreowane w tak przemyślany sposób, że w
momencie kiedy dostajemy szansę spojrzenia na nie oczyma innych
bohaterów, doceniamy maestrię tej konstrukcji. Przede wszystkim
dlatego, że Adams doskonale uchwycił tak trudne do uchwycenia
zjawisko postrzegania bohatera przez pryzmat tego, co on sam i jego
bliscy o nim sądzą i zderzył je z tym, jak ów bohater wygląda
dla kogoś postronnego, kto nie zna całej jego historii, a po prostu
widzi jakąś postać ze wszystkimi jej fizycznymi defektami i
słabościami.

Tego pięknego i nieco maoryskiego nawet El-Ahrerę 
namalowała Chibimaryn, a znalazłam go tutaj.
Język
leporydzki.
W dodatku autor
wrzuca nas tak trochę w środek opowiadanej historii, od czasu do
czasu, ale z rzadka, coś tłumacząc, na ogół jednak pozwalając
nam na samodzielną eksplorację świata dzikich królików. Jednym z
takich elementów są nie tylko zachowania królików (których stan
zgodności z rzeczywistością trudno mi ocenić, bo nie znam się na
tych stworzeniach ni w ząb), ale cały język, którym dysponują.
Autor oddaje nam co prawda do dyspozycji tylko niektóre, kluczowe
słowa – których znaczenie musimy sami odkryć wraz z upływem
fabuły – ale za to jak już je człowiek pozna, trudno się od
nich uwolnić. U nas w domu nikt już nie powie „samochód”, ale
wszyscy radośnie używamy cudownego słowa „hrududu” (czytałam
przekład Krystyny Szerer i poza jakimiś drobniutkimi usterkami
uważam go za znakomity i bardzo soczysty). Nie muszę też chyba
wspominać, że kot od tych kilku dni doczekał się co najmniej
kilkunastu okrzyków w rodzaju „pfefo, elilu, oddałeś już
hrakę?”.
Świat
królików.
Adams wcale nie
udaje, że opisuje ludzi przebranych za króliki – co przecież
często się zdarza, kiedy mamy do czynienia z utworem, w którym
głównymi postaciami są mówiące zwierzęta. Króliki to króliki
i zachowują się po króliczemu, i chociaż w niektórych typach
zachowań zaskakująco nas przypominają, to nie da się zapomnieć,
że czytamy o królikach. Można oczywiście odczytywać „Wodnikowe
Wzgórze” jako opowieść o znaczeniu ekologii albo alegorię, ale
wydaje mi się, że jednak najkorzystniej jest czytać je jako
opowieść o królikach, które
postanowiły zapewnić sobie lepszy los (i to nie są wcale milutkie kicające puszaczki, o nie). W dodatku Adams nie tylko
nie stara się zrobić ze swoich bohaterów chodzących na czterech
łapach miniaturowych ludzi, ale opisuje przemiarzane przez nich
przestrzenie z króliczej perspektywy. Dominują więc opisy
przeróżnych traw i ziół, nierówności terenu i ewentualnie tego,
co jeszcze widać z wysokości, na jakiej znajdują się królicze
oczy. Uważam, że to doskonały zabieg i dający czytelnikowi
zupełnie świeże spojrzenie na pewne rzeczy.
Cytaty.
Ale to, że bohaterami są
króliki wcale nie oznacza, że „Wodnikowe Wzgórze” to taka
sobie powiastka bez żadnego głębszego wydźwięku. Adams
nie sili się jednak na wielkie paralele wpisane w samą opowieść,
ale każdy rozdział poprzedza cytatem z jakiegoś wielkiego dzieła
– „Biblii”, „Eposu o Gilgameszu”, wierszy angielskich poetów
– i w ten sposób nadaje więcej uniwersalnego wydźwięku
króliczemu życiu. Po czymś takim zostaje ono podniesione do rangi
równej tej, jaką ma życie czy działanie człowieka. Ucieszyło
mnie to bardzo, bo jednak bywa, że zwierzęta są w takich
powieściach traktowane jako takie nieszkodliwe głuptasy, tymczasem
tutaj przeprawa przez rzekę równa się sprostaniu biblijnemu
potopowi. Każdemu jego skala, chciałoby się rzec, ale bez
umniejszania czyjejkolwiek działalności i
zasług.
Magia
i religia.
Adams idzie nawet
dalej – króliki mają swoją religię, opartą na kulcie solarnym
(dałoby się w ogóle przeprowadzić kilka paralel między królikami
a plemionami żyjącymi w odludnych zakątkach świata – raz Adams
nawet sam czyni takie porównanie – ale pozwolę sobie tego nie
robić, bo zepsułoby mi to znacząco wspomnienie lektury), mają też
pewien rodzaj magii, którą dysponują króliki-prorocy. Magia
ta, czyli rodzaj przeczuć i transów, momentami są wygodnym
wybrnięciem z trudnej narracyjnie sytuacji (z czym Adams nieszczególnie się kryje, raczej stosuje z rozbrajającą szczerością), ale w większości
ubogacają świat królików i dodają mu nieco tajemnicy. Króliki
stają się nie tylko przyziemnymi stworzonkami, ale dostają swoje
dusze. Świetnie również, że zamiast używać ludzkich metafor,
wypracowały swoje własne. Mówią na przykład, że któryś z nich
„ustał w biegu”, zamiast „umarł”, mają
też swoje ciemne siły pod postacią Czarnego Królika z Inle.
Opowieści
i mity.
A skoro już o nim
mowa, to doskonałe są rozdziały poświęcone snuciu opowieści o
króliczym bohaterze (który jest zresztą tricksterem,
przypominającym mnie najbardziej Mauiego z mitów maoryskich),
które są osobną
opowieścią w opowieści. Spełniają przeróżne klasyczne
założenia i skomponowane są pierwszorzędnie, ale nie
zachwycałabym się tak nimi, gdyby nie dwa powody. Pierwszy: sposób,
w jaki opowieści o El-Ahrerze, owym króliczym Mauim, przenikają do
życia naszych bohaterów, tak że pod koniec już nie wiadomo, co
było mitem, a co prawdą. Drugi: opowieść o podstępie wobec Hafsy
jest tak zabawna, że czytając ją w autobusie trzęsłam się ze
śmiechu. Powiem tylko jedno zdanie: jeż ozdobiony płatkami róży
śpiewający do księżyca pieśń „O, Glisto-Księżycu, bądź
łaskaw dla wiernych swoich jeży!”. A teraz pędźcie do
biblioteki.
Już
kończąc: straszliwie jestem zadowolona, że pomyślałam pod koniec
zeszłego roku, żeby wreszcie poczyścić moje listy książek do
przeczytania i wziąć udział w tej akcji czytelniczej. Bez niej
„Wodnikowe Wzgórze” czekałoby pewnie jeszcze długo, żeby
zostać przeze mnie przeczytane. A teraz wybaczcie, ale idę na
sylflaj.
________________
A
jutro będzie wpis z gatunku tych aktualnych.

4 Replies to “Pfefy i inne elile albo o „Wodnikowym Wzgórzu” R. Adamsa”

  1. "Wodnikowe wzgórze" czytała tylko po angielsku, ale było fenomenalne. Nagle nastoletnia ja odkryła, że króliki to nie tylko słodkie kulki futra. Książka mi zaskoczyła i to było cudowne.

    PS. błagam, "wzbogaca" nie "ubogaca". Ten drugi wyraz to nowotwór językowy ;). Chyba, że coś się zmieniło…

    1. Podejrzewam, że w oryginale musi również być świetne – dodatkowo w tłumaczeniu podobała mi się ta "przytulność" opisów (imiona królików, nazwy ziół, nazwy własne), taka oddająca swojskość okolicy, bo wszystko dzieje się przecież w konkretnej przestrzeni.

      Aż z ciekawości sprawdziłam, jak to jest z tym u/wzbogacaniem – można, okazuje się, używać "ubogacania" jako określenia na zwiększanie czegoś lub upiększanie (używa go na przykład Kraszewski), jak twierdzi słownik Doroszewskiego (czyli ten duży, starszy – taki akurat mam pod ręką). W poradni językowej PWN znalazłam informację, że "ubogacać" można używać na określenie duchowego wzbogacania się. Wychodzi z tego wszystkiego, że nie tyle nowotwór językowy, ile raczej starotwór, w dodatku duchowy :).

  2. Zabawne, ale chodzi ostatnio za mną ta książka i wręcz prześladuje mnie. Gdzie nie spojrzę ,gdzie nie pójdę 😀 Do Ciebie zaglądam i bach! Pobiegnę w końcu do biblioteki, jak tak dalej będzie!

    1. Koniecznie – to jest taka książka, co jak prześladuje, to znaczy, że czeka Cię sporo pięknego czytania :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.