Niestandardowe zakładki albo 5 najdziwniejszych rzeczy, jakie znalazłam w książkach

Dałam
się już chyba poznać jako fanka wypożyczania książek z
biblioteki. Moje dwa ukochane sposoby pozyskiwania kolejnych lektur
to właśnie albo wyprawa z plecakiem do biblioteki albo wyprawa,
najczęściej też z plecakiem, do antykwariatu. Mój ukochany
niestety zlikwidowano (stosy książek po złotówce, a w środku
skarby, same skarby!) i wciąż szukam godnego następcy. W każdym
jednak razie: oba te sposoby narażają człowieka na kontakt z
niespodziankami. Niespodzianki można podzielić tak z grubsza na te
przyjemne i na te zupełnie nieprzyjemne. Dzisiaj będzie trochę o
rzeczach z pogranicza przyjemności i nieprzyjemności – czyli co
takiego można znaleźć w książkach, które ktoś inny miał w
czytaniu przed nami.

Wybór
rzecz jasna podyktowany został moimi osobistymi przeżyciami. W
większości wzbogaciłam się o niej we wspomnianych bibliotekach i
antykwariatach, ale nie tylko. Dlatego wybór uważam za w miarę
pełny i nie dyskryminujący. A że na pewno nie jestem osamotniona,
upewniają mnie napotykane co jakiś czas w bibliotekach wystawki:
„co takiego znaleźliśmy w zwróconych książkach”. Zawsze
starannie je kontempluję – najbardziej lubię ten moment, kiedy
nagle któryś eksponat znika, bo pojawił się jego prawowity, acz
zapominalski bądź roztargniony właściciel. Ale komu z nas się
coś podobnego nie zdarzyło? No dobrze, ale wróćmy do rzeczy: to
co takiego dziwnego znalazłam do tej pory w książkach?

Ponieważ jestem człowiekiem, który z rzadka wpadnie na pomysł, żeby zrobić zdjęcie czemuś osobliwemu, co znajdzie, dzisiaj w roli ilustracji zdjęcia zwierząt wyglądających na zaskoczone. Bo właściwie czemu nie. Źródło (wszystkich).
Czekolada
znalezisko
poczynione w jednej z moich ukochanych bibliotek. Z lekkimi oznakami
przeziębienia powróciłam ze zdobyczami do domu, do wieczora
rozwinęła się już u mnie grypa, ale na pocieszenie miałam na
szczęście biografię Freddy’ego Mercury’ego pióra Lesley-Ann
Jones. Grypa okazała się być jedną z tych obezwładniających,
ale na szczęście znalazła się życzliwa dusza, która czytała mi
na głos. Męczyliśmy się oboje, bo tłumaczenie pozostawiało
sporo do życzenia (nie winię zresztą tak bardzo tłumaczy, jak
niedopatrzenia ze strony redakcji, która powinna większość
wyłapać, ale to osobny temat). I kiedy tak spędzaliśmy sobie czas
nad książką, w pewnym momencie moja życzliwa dusza zakrzyknęła
– początkowo raczej z zaskoczeniem niż ze zgrozą: „czekolada!”.
Ano, w książce strony pobrudzone były czekoladą i to dość
obficie. Nic to jednak jeszcze, bo wkrótce okazało się, że między
kolejnymi stronami tkwiła cała jej kostka. Nieco później, już po
pokonaniu grypy, dowiedziałam się, że po bibliotece grasuje taki
czytelnik, który używa akurat spożywane przez siebie pokarmy jako
zakładki. Także może miałam szczęście, że to była czekolada,
a nie, dajmy na to, makaron. Z sosem.
Fragment
niemieckiej gazety z nekrologiem Bertranda Russela –

znalezisko z owego
ukochanego, ale nieistniejącego już antykwariatu. Wybierałam
tam książki na prezent i jedną z nich była „Autobiografia”
Russela, napisana zresztą bardzo zajmująco (jak
donosi osoba obdarowana; niestety mam zły zwyczaj dawania książek,
których wcześniej często sama nie przeczytałam).
Dodatkowym walorem tego konkretnego egzemplarza okazał się być
oryginalny wycinek z niemieckojęzycznego czasopisma (niestety ze
środka strony, więc nie wiem, z jakiego konkretnie) z dnia, w
którym Russel zmarł, z krótkim nekrologiem filozofa. Nie
muszę dodawać, że przydało to pewnego splendoru tej wygrzebanej z
dna pudła i nieco przykurzonej pozycji.
 
Karta
perforowana –
znalezisko
wykopane przez przypadek w książce należącej do krewnych. Długo
zastanawialiśmy się, co to właściwie takiego, aż w końcu stryj
nas uświadomił, że jest to karta, którą dziurawiło się w
odpowiednich miejscach, co było jakby ekwiwalentem zapisywania
danych na dyskietce i
przepuszczało przez maszynę liczącą (do tej pory nie jestem
pewna, czy dobrze to wszystko tłumaczę). Niemniej: ciekawy zabytek
ery niemal komputerowej, z którym już dzisiaj niewiele da się
zrobić oprócz wygrzebania historii krewniczej młodości. Sprawdza
się od tej pory idealnie jako zakładka.
Dedykacja
zakładowa
– no, może nie do końca rzecz znaleziona w
książce, raczej będąca jej nieoddzielną częścią. Znalezisko
antykwaryczne. Na książce, której dość długo szukałam – co
prawda nakład z lat pięćdziesiątych był ogromny, ale wydania
różniły się jakością, a ja przyznam się bez wstydu, chciałam
takie z obrazkami – na pierwszej stronie została wpisana dedykacja
za określoną ilość dni pracy, z ogromną pieczątką fabryki i
starannie wyciętym z czerwonego papieru kołem zębatym z sierpem i
młotem. W dodatku wszystko wypisane ślicznie, starannie i
kaligraficznie. Dedykacje to zresztą osobny wątek – zawsze się
zastanawiam, kto i czemu je wpisywał, i co taka książka znaczyła
dla obdarowanego. W tym wypadku myślę, że pewnie była jednak
miłym wspomnieniem, które jednak z różnych powodów nie musiało
już być miłe dla kolejnego pokolenia.
Karteczka
samoprzylepna –
phi,
powiecie, ale znalezisko. Ano znalezisko, bo sama karteczka jak
karteczka, ale ubawił mnie setnie cały kontekst. Znalezione w
taniej książce. Szukałam jednej z książek z serii „Horyzonty
nowoczesności” Universitasu. To taka charakterystyczna seria
wydawnicza książek naukowych z szeroko zakrojonej humanistyki –
część czyta się bardzo dobrze, część tak sobie, na niektórych
usypiam, ale że regularnie pojawiają się w taniej książce, to
sobie powoli tę serię kompletuję. I w jednej z tych książek
znalazłam wlepioną karteczkę z napisem „Mamy serię
horyzonty nowoczesności?”. To, co trzymałam w ręku, było co
prawda potwierdzeniem, ale widocznie ktoś czuł jednak filozoficzną
niepewność bytu i wolał ją potwierdzić (do teraz się
zastanawiam, czy powinnam do tego znaku zapytania dopisać
wykrzyknik).
A
z czytanej teraz powieści wypada mi regularnie zostawiona tam przez
kogoś karta kolekcjonerska „Magic. The Gathering”. Nie mam
pojęcia, co to takiego, ale zostawiam, bo może ktoś szuka i w
końcu dojdzie, gdzie ją zostawił? A jakie najciekawsze znaleziska
tego typu Wy wspominacie z sentymentem albo z rozbawieniem?
__________
A jutro będzie trochę moich preferencji czytelniczych. Czyli w sumie mniej więcej o tym, co zawsze, ale z trochę innej beczki.

14 Replies to “Niestandardowe zakładki albo 5 najdziwniejszych rzeczy, jakie znalazłam w książkach”

  1. W wydawnictwie w którym pracuję co jakiś czas szef robi "czyszczenie magazynów" – książki obcojęzyczne, które trafiają do nas z zagranicy jako propozycje wydawnicze lądują wtedy w stercie na korytarzu i każdy przechodzący może je sobie wziąć. Kiedyś szperałam w takiej stercie i znalazłam książkę której od paru lat szukałam: "Flight of Green Parrots" Dipaka Basu, powieść osadzoną w Indiach w XVIII wieku, osnutą wokół wydarzeń z tzw. "Czarnej Jamy w Kalkucie". Jakie było moje zdziwienie, kiedy na pierwszej stronie książki znalazłam odręczną dedykację "For Joanna with love, Dipak Basu" – zupełnie jakby autor napisał ją specjalnie dla mnie 😉 Oczywiście potem okazało się że chodziło o zupełnie inną Joannę, ale tego niesamowitego uczucia nigdy nie zapomnę 😉

    1. O ja cię, to musiało być znalezisko! I że jeszcze imię pasowało – piękna historia! Poza tym zawsze można sobie myśleć, że skoro imię pasuje, to czemu by nie traktować tego jako dedykacji specjalnie dla mnie :-). Ja się czasem spotykam z tym w książkach antykwarycznych, ale wtedy czuję się też troszkę nieswojo, bo w przeważającej większości to były pewnie książki dla osób – moich imienniczek – których już tu nie ma. Ale książki krążą, co jest jakoś pocieszające, w pewnym stopniu :).

  2. Ja kiedyś takie znalezisko zostawiłam w bibliotecznej książce. To była moja ulubiona zakładka z papirusu. Tęsknię za nią do dziś.:(

    Ale przypomniałaś mi, że miałam zrobić wpis o swoich zkładkach.;)

    1. Wpis o zakładkach – koniecznie! 🙂

      Zawsze przetrzepuję książki do oddania, żeby niczego w nich nie zostawić – teraz widzę, że ta taktyka się opłaca. A papirusu szkoda :(.

  3. Ja na szczęście się jeszcze z pobrudzonymi stronami nie spotkałam. 😛
    Zresztą preferuję książki z księgarni. 🙂

    1. I w księgarniach, jak widać, można się spotkać z różnościami :). Ale nawet gdyby w każdej książce była czekolada, to i tak pozostanę fanką bibliotek 😉 (chociaż trzeba by się uzbroić w jakieś ustrojstwo do odczyszczania stron ;)).

  4. Czekolada? Barbarzyństwo, ten ktoś mógł po prostu ją zjeść i nie brudzić książki;)
    Chociaż…ostatnio w bibliotece, przechadzając się między półkami, znalazłam książkę z przylepioną do okładki pestką. Jakąś dużą. Ale nie udało mi się jej zidentyfikować;)

    1. A czy nie była przylepiona do "Jakubka i brzoskwini olbrzymki" Dahla? To by wiele wyjaśniało ;)…

  5. Zazdroszczę znalezisk. Ja mam szczęście do notatek na marginesach książek. 😉

    1. Och, notatki na marginesach to cały osobny temat! 🙂

  6. Najbardziej hardcore rzeczą, jaką znalazłam w książce z biblioteki była prezerwatywa. Na szczęście, nie była uzywana. Za to zabytkowa, z PRLu. Ktoś miał bzyknąć, nie bzyknął, za to książke przeczytał :)))

    1. No takiego znaleziska się nie spodziewałam. Ale to fascynujące, że ktoś się tak zaczytał, że zostawił. Musiała to być jakaś wyjątkowo wciągająca książka ;).

  7. Nie mogłam się powstrzymać, by nie napisać o tym, co ja sama zostawiłam w książce, pożyczonej następnie koleżance. Otóż założyłam sobie stronę banknotem 100-złotowym! Chyba z lenistwa nie zmieniłam „zakładki” aż do końca książki, a później tej stówy nie wyjęłam, tylko dałam wraz z książką koleżance;) Wyobrażacie sobie moją minę, kiedy koleżanka przychodzi na drugi dzień do mnie z pytaniem, czy to był prezent dla niej? W pierwszym momencie zupełnie nie załapałam, o co chodzi, w następnym spłynęło nam nie oświecenie;)

    1. Piękna historia :-D. Dobrze, że książka została pożyczona koleżance, a nie na przykład oddana z taką zakładką do biblioteki ;-). Znalazca pewnie by się ucieszył ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.