Jak minął luty albo podsumowanie miesiąca

Minął luty – co w sumie leży w jego naturze, bo jest to jednak najkrótszy miesiąc w roku – a wraz z nim 28 wpisów na różne tematy. No więc przyszedł czas, żeby zobaczyć, co tu się działo w lutym.

Lutowe
lektury
Przeczytałam
w mijającym miesiącu sześć książek, które były całkiem
zacne. Na początku miesiąca zdenerwował mnie po raz trzeci, i na
szczęście ostatni, prokurator Szacki w „Gniewie” ZygmuntaMiłoszewskiego. A na końcu miesiąca trochę się podenerwowałam
na Petera Granta, który nie zadaje żadnych pytań, ale jest przy
tym na tyle dowcipny, że zasadniczo mu wybaczam i czekam na kolejną
część (wyczerpująco o książkach Aaronovitcha napisałam w tym
wpisie). Z całego miesiąca najbardziej zachwyciło mnie za to
„Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa. Zupełnie się tego nie
spodziewałam, bo ani nie jestem fanką królików, ani pierwsze
trzydzieści stron nie zapowiadało znakomitej lektury, a teraz
jestem zupełnie zauroczona i wszystkim polecam sięgnięcie po tę
pozycję (serio – jeśli nie czytaliście, to rzućcie ten wpis i
biegnijcie do biblioteki!). Całkiem przyjemne było spotkanie z
reportażem („Niemcy na peryferiach Europy”) i książką Neila
Gaimana dla dzieci („Na szczęście mleko” – ale sporą robotę
wykonał tu ilustrator, cudowne są te obrazki). A zaraz po
„Wodnikowym…” na podium ustawiłabym „Dwanaście stacji”Różyckiego, świetną wyprawę po pamięci i po na wpół baśniowym
Dolnym Śląsku. Znakomita książka.
Ha, zapewne spodziewaliście się kotków? Właściwie… to też się spodziewałam.
Ale jako że rzuciły mi się w oczy te teoretyczne pandy (które chyba już ostatnio
przeszły w inne miejsce linneuszowskich drzew pokrewieństw, swoją drogą), które
jak są duże to nie są takie słodkie, a jak są małe, to są wyjątkowo urocze, to dzisiaj
pandy małe. Które nie wyglądają jak pandy. Ale są dość małe. Zdjęcia z tumblra.
Luty
nie przyniósł mi żadnej rozczarowującej książki, bo nawet ten
„Gniew” był zasadniczo strawny i przyniósł mi kilka spraw do
przemyślenia, chociaż wpadki autora mnie zirytowały (znikająca
siostra i ta sama scena wyglądająca inaczej na początku i na
końcu, a to tylko dwie, które najlepiej pamiętam). Także chyba
pozostaje mi życzyć sobie więcej takich dobrych i urozmaiconych
lekturowo miesięcy. Pod sam koniec zaczęłam czytać „Wszystko,
co lśni”, którego lektura zajmie mi pewnie jeszcze trochę czasu,
a umilam ją sobie innymi książkami, bo jednak format nie sprzyja
taszczeniu jej po mieście (zazwyczaj, ale nie zawsze). Także w
marcu recenzje będą. A jakże.
Lutowe
wpisy
W
lutym było kilka wpisów, które okazały się budzić Wasze
zainteresowanie. Na początku miesiąca zastanawiałam się, z jakich powodów możemy się nudzić przy lekturze (a i tak pewnie nie
wpadłam na wszystkie). Potem z kolei reklamowałam czeskie sposoby
na podwyższanie odsetka czytających, zwłaszcza w metrze, i
twórczość Elizy Orzeszkowej – co było pretekstem do
zastanowienia się, czemu dzieła Wielkich Pisarzy nas od siebie odstraszają. Pisałam też o „gorącym” temacie, jakim były
lamenty wokół tego, czy Empik zbankrutuje, a polscy czytelnicy będą
wyczekiwać paczek z książkami od krewnych zza granicy, czy jednak
może końca świata nie będzie (to był zresztą najczęściej czytany wpis lutego). Potem trochę idąc za ciosem
postanowiłam napisać o tym, że książka to jednak nie jest
najlepszy fetysz (czy może nie do końca) i że wcale nie jest tak,
że jak czytamy, to od razu jesteśmy lepsi od innych (bo tak się
wcale z automatu nie dzieje).
Ale
nie pisałam wyłącznie o sprawach Ważnych i Na Serio, ale też o
różnych kwestiach oczywiście ważnych (oczywiście!), ale nie do
końca aż tak Na Serio. Przybliżyłam Wam dziwne znaleziska książkowe, które zapadły mi w pamięć jako wieloletniej
bywalczyni bibliotek i też poniekąd znaleziska, ale takie zupełnie ze strony wydawców zamierzone. Zdarzyło mi się też napisać o
tym, jak można układać książki i że system doskonały i
uniwersalny jeszcze nie został wynaleziony. Oraz o tym, co możnapijać przy określonych gatunkach książek. Zrobiłam sobie znowu
przyjemność, wracając do serii lektur sprzed lat, i tak jak w
styczniu pisałam o „Pamiętniku księżniczki”, tak w tym
miesiącu problematyzowałam swoje przygody z niezapomnianą „Sagą o Ludziach Lodu”.
A
że przy okazji było w lutym jakoś dużo świąt i rocznic, i
wszelakich dni różnych rzeczy i spraw niecierpiących, żeby się
je omijało, to miałam okazję popisać też trochę pod dany dzień.
Że tak wspomnę o wpisie na piątek trzynastego i notce na Dzień Kota, istotnym dla każdego czytelnika święcie. Ze zdumieniem
stwierdzam, że w marcu znowu jest piątek trzynastego, no i co z
takim fantem zrobić, jak się już rzekło, że to taka znowu częsta
okazja do pisania nie jest?
Lutowe
dyskusje
Najbujniej
rozrastały się – także z moim udziałem, bo staram się
odpowiadać na wszystkie komentarze – dyskusje na tematy poważne i
tematy narzekające. Tak więc pod tym wpisem rozpętała się
dyskusja o tym, że z Orzeszkową niektórym zupełnie nie po drodze,
inni cenią jej dzieła oprócz Tego Jednego, a jeszcze inni dzielą
mój nim zachwyt. Pod tym wpisem z kolei trwał dialog na temat żywo
interesujący każdego czytającego, czyli czy książka książce
równa i co z nami, czytelnikami, w takim razie? Sporo osób
postanowiło się podzielić swoimi wspomnieniami na temat „Sagi o
Ludziach Lodu” i było mi bardzo miło odkryć, że to były takie
czytane książki! Okazało się też, że nie tylko mnie zaprząta
ważki temat tego, jak ustawiać książki (a kilka Waszych pomysłów
zdecydowanie podważa moje dotychczasowe poglądy na urządzenie
naszej domowej biblioteczki). No i razem narzekaliśmy – albo i nie
– na to, jak wydawane są książki.
Luty
przyniósł też nowe hasła
, po jakich można było tutaj
trafić. Oprócz obowiązkowej „pyzy pruskiej” pojawiło się też
zapytanie „Gaiman inspiracje” (świetny pomysł na wpis, muszę
kiedyś uskutecznić!) i „czuję się lepszy, czytam” (tu akurat
ktoś musiał się rozczarować).
Dziękuję
Wam wszystkim za kolejny miesiąc, w trakcie którego czytacie, co
napisałam i komentujecie – strasznie mnie to zawsze raduje, kiedy
okazuje się, że przy okazji przygody z blogowaniem można poznać
tylu świetnych ludzi, którzy sami też często piszą superblogi, i
jeszcze mają ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami, a
często podpowiedzieć wiele kwestii, o których nie miałam pojęcia!
I dziękuję też wszystkim, którzy polecają moje wpisy dalej –
muszę powiedzieć, że zawsze wtedy mój dzień staje się jakby już
odrobinę bardziej wiosenny.
No
i obiecuję, że w marcu będzie też ciekawie. Będzie trochę o
szkolnych lekturach, będzie oczywiście o Dniach Tego i Owego, bo
jakże bym mogła przepuścić takie okazje, i będzie nawet pierwszy
na tym blogu wpis gościnny w wykonaniu Specjalisty-w-Temacie.
Czujcie się mile widziani i nieustająco zaproszeni! A gdybyście chcieli coś powiedzieć na temat wyglądu, funkcjonalności czy czegokolwiek innego związanego z tym blogiem, to wiecie, konstruktywną krytykę chętnie przyjmę, jako że się wciąż uczę, a blogspot mnie nieustająco zadziwia, na przykład nagle zmniejszając czcionkę we wpisie albo twierdząc, że absolutnie nie da się czegoś zrobić (po czym się okazuje, że się da, jak najbardziej).
__________________
A
marzec zaczniemy od tematu, który wyewoluował od dziwnej
ciekawostki do powszechnie stosowanej strategii.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.