Ilość i jakość to pojęcia względne albo o „Sadze o Ludziach Lodu” M. Sandemo

Skoro
już znacie moją opinię o tym, że nie należy się wstydzić
swoich upodobań literackich, to zdradzę Wam, że moją największą
chyba czytelniczą przyjemnością,
czerpaną z książek, o których wiedziałam, że nie były dobre,
była „Saga o Ludziach Lodu”. Niby czytadło, niby z wystawki
kioskowej (nie żeby kupowanie książek w kiosku było czymś złym), a jednak czytało się błyskawicznie, pochłaniało jak
serial nadrabiany w ciągu dwóch dni i do tego pozostawała ta nutka
„owocu zakazanego”, którą sama autorka wokół swoich książek
kreowała. Także dzisiaj trochę wspomnień odnośnie „SoLL”.

 

Na
początek może historia z życia. Otóż chodziłam w pewnym
momencie mojego życia do szkoły (jak każdy), która powstała
dokładnie w roku, w którym tam poszłam. Czytaj: byłam w pierwszym
roczniku tamtejszych uczniów. Zdarza się. W każdym razie, do
czego dążę: była to szkoła z absolutnie fatalnie wyposażoną
biblioteką, trochę lektur, trochę książek pozbieranych po
okolicznych szkolnych bibliotekach, które te akurat pozycje
postanowiły zubytkować, i to właściwie wszystko. Toteż, chociaż
z poprzednich placówek wyniosłam zwyczaj spędzania w bibliotece
większości czasu, w tej akurat byłam mocno rozczarowana
rzeczywistością. Mimo to od czasu do czasu wędrowałam tam, żeby rozbić się o mur nieistniejących książek (ależ zła metafora mi wyszła…). Aż w
końcu, przypadkiem, zawędrowałam w jakiś ciemny kącik między
pustymi regałami i odkryłam, że z darów coś jednak do biblioteki
w końcu przybyło. Książki były niewielkiego formatu, miały dość
kiczowate okładki, ale opisy sugerowały, że będę miała do
czynienia z fantastyką (no cóż…), a że takowej było w moim
otoczeniu niewiele – wzięłam na próbę pierwszy tom, który stał
na półce.
Książka
nazywała się „Wiatr od wschodu” i opowiadała o Vendelu. Vendel
pochodził z linii Ludzi Lodu, norweskiego rodu, na którym ciążyła
klątwa. Klątwa powodowała, że co jakiś czas przychodził w tej
rodzinie na świat „potwór”, czyli dziecko z nienaturalnie szerokimi
barkami i innymi fizycznymi defektami, przez co zazwyczaj matka tegoż
dziecka schodziła z łez padołu. W dodatku z ułomnościami fizycznymi – klasyczny motyw – związane były defekty charakteru. A wszystko dlatego, że
protoplasta rodu przeklął go i sam znikł, by szerzyć gdzieś swój
demoniczny proceder. Na szczęście jeden z jego potomków postanowił
przełamać złą passę i czynić dobro – a że miał na imię tak
samo, Thengel, to stał się jak gdyby nowym ojcem-założycielem
Ludzi Lodu. I tak jedni odwoływali się do tego Thengela Dobrego,
inni, mocniej genetycznie obciążeni dziedzictwem Thengela Złego, do
tego drugiego. Vendel należał do tych dobrych. Ruszył na wojnę
Szwecji z Rosją i przepadł gdzieś w śniegach z
dala od domu.
 Ja czytałam takie wydanie. Zdjęcia okładek krążą po internecie, stąd
wnioskuję, że nie tylko ja. Potem było jeszcze wznowienie w teoretycznie
ładniejszej szacie graficznej, ale w sumie oba były tak złe, że aż
zapadające na długo w pamięć. Poza tym lubię w „SoLL” też tytuły.
Proste, ale dające zwykle dokładnie to, co obiecują.

Na
pozór akcja właściwie jak każda inna, prawda? Ale nawet i
dzisiaj, jak to piszę, to kurczę, brzmi zachęcająco. No
to co jest takiego w „Sadze o Ludziach Lodu”, że człowiek nie
powie o tym inaczej jako o „tej złej książce, co to ją lubię”?
Można chyba pokusić się o wymienienie kilku cech tej sagi, które sprawiają,
że od czasu do czasu człowiek łapie się za głowę z okrzykiem
„co ja czytam?!”, ale mimo wszystko brnie uparcie dalej (wiecie,
47 tomów samo się nie przeczyta!).
Skandynawski
klimat versus Trzeba
to sprzedać na całym świecie
Wiele
osób do „SoLL” przyciągnęły realia. Sandemo zaczyna w
mrocznym średniowieczu i ciągnie kolejne pokolenia od protoplastów
Thengela Dobrego i Silje, przez ich dzieci, wnuki, prawnuki,
pociotki, znajomych królika
i dalszych krewnych aż do dnia mniej więcej dzisiejszego. Z
realiami geograficznymi – nie ma się do czego czepiać, autorka to
rzuci nas w ojczystej Norwegii, to da kilka tomów w Danii, bo Ludzie
Lodu tu i ówdzie emigrują, wiadomo, to w Szwecji. Całkiem
przyjemnie się o tym czyta, można dowiedzieć się czasami jakiejś
ciekawostki historycznej. Tyle że Sandemo nie pisze powieści
historycznych – wyposaża zatem swoich bohaterów w mentalność
ludzi z XX wieku, przez co całkiem łatwo odnaleźć w nich
współczesne problemy i nie za bardzo w związku z tym autorka sili
się na jakiś kamuflaż, metaforę czy cokolwiek takiego. Dlatego
trudno traktować „Sagę…” do
końca jako uniwersalną opowieść o człowieczeństwie na
przestrzeni epok, ale też nie powiem, że to zupełne brednie bez
żadnej wartości (Sandemo starała się przy okazji zwracać uwagę na poważniejsze problemy: trudności z mówieniem o gwałcie, przemoc w małżeństwie, dyskryminowanie ludzi, którzy z jakiegoś powodu są inni – co w sumie było odwieczną bolączką także w ramach samego rodu Ludzi Lodu, którzy, nawet ci „dobrzy”, często woleli wyłączać ze swojego grona tych, na których ciążyła klątwa). Autorka jednak bardziej niż cokolwiek innego
pisze romans, i stąd kolejne kłopoty z odbiorem „SoLL”.
Ależ
jest romantycznie versus
Seks, wszędzie seks
Bo
widzicie, znajdziecie tutaj na tony takich
bohaterów, co to w nastolęctwie można ich było uwielbiać. I to
zarówno kobiety, jak i mężczyzn (nie mam pojęcia, jak się
rozkładają płcie czytelników „SoLL”, ale zakładam, że
więcej było kobiet – może niesłusznie). Bo
wiecie, w 47 tomach naprawdę można odmalować całą rozpiętość
charakterów. Jest więc dzielny, chociaż obdarzony traumatyczną
traumą Heike, jeden z tych, co to niosą na sobie widoczne skutki
klątwy Thengela Złego. Jest mroczna czarownica Sol, która wcale
nie chce być zła, ale co ma robić, takie geny. Jest para
bliźniaków, z których jeden jest uosobieniem wszystkiego, co
paskudne, a drugi to – właściwie niemal dosłownie – anioł.
Jest przedsiębiorcza
Cecylia, co to wyjdzie za mąż nie z miłości, ale uda jej się
poprawić żywot swojego męża. Jest zawadiacka Villemo. Słodka
Silje. No dobrze, nie
pamiętam wszystkich aż tak dobrze, żeby dopasować imię do
przygody, ale naprawdę, rozpiętość bohaterów jest imponująca i
znowu: każdy znajdzie tu kogoś, komu może kibicować i kogoś,
przeciwko komu może kibicować innym. I
mnóstwo, całe morza historii miłosnych. Tyle, że
do to wcale nie są jakieś tam łzawe, niewinne historyjki. W
„Sadze…” aż kipi od seksu. Czasami tragicznie opisanego
(wiecie, te wszystkie falujące biusty i wewnętrzny żar), czasami
takiego zupełnie nie wiadomo po co (do dzisiaj pamiętam, jak to
Thengel Zły zalakował drzwi do jakiejś tam mrocznej, tajemnej
komnaty dziewicą – nie pytajcie), a
czasami – zwłaszcza w przypadku, kiedy kibicujemy bohaterom, nawet
takiego dość sympatycznego. I we wszystkich wariantach: jest
hetero- i homoseksualizm, kazirodztwo, masturbacja, seks
młodzieżowy i po siedemdziesiątce, z
demonem, z aniołem, no,
panie kochany, wszystko.
Magia
jest dobra na wszystko versus Papież kłamie
Oczywiście
mając za motyw przewodni straszną klątwę ciążącą na rodzie,
nie sposób jest uciec do magii, która przepełnia świat
przedstawiony. Mamy więc faktycznie parające się nią czarownice,
mamy różnego rodzaju rytuały (w tym – jako że patrz wyżej –
także płodności), nakłanianie pogody, by nam służyła i jeszcze
więcej klątw. Ale z drugiej strony Sandemo im dalej w las, tym częściej zaczęła przemycać wątki religijne i moim zdaniem nie
wyszło to „Sadze…” za bardzo na dobre. Bo czym innym była
krytyka postępowania różnych duchownych (czasami mało zresztą
subtelna, ale nie jakoś specjalnie na tle innych oryginalna), a co
innego wplątywanie w całą awanturę Lucyfera, który się z Ludźmi
Lodu spowinowacił (sic!), aniołów, a w pewnym momencie, jakoś tuż
przed końcem, poświęcenie jednego tomu swoim poglądom na świat,
wiarę i zaświaty. Ale trzeba przyznać, że Sandemo umiała
sugestywnie przedstawić swoich protagonistów, nawet wyciągając
ich z mniej lub bardziej chrześcijańskich zakamarków.
Oryginalne
wątki versus Wepchnijmy tu jeszcze coś, bo za mało
Jak
już wspominałam, w „Sadze…” jest wszystko. Tylko że to dla
„Sagi…” równocześnie dobra i zła wiadomość. Bo tak: z
jednej strony Sandemo wymyśliła mnóstwo cudnych scen, które tak
właściwie sprzedają się do dzisiaj chyba bardzo dobrze (na
przykład partia szachów zamiast tradycyjnej nocy poślubnej), z
drugiej co prawda znajdziemy je teraz bardzo często w różnego
rodzaju romansach paranormalnych, ale nie wiem, czy są wielkim
powodem do dumy. Demon, którego jedna z bohaterek trzyma w szafie i
z którym uprawia wolną miłość w różnych konfiguracjach był
jednak jednym z bardziej kuriozalnych motywów, jakie się w „Sadze…”
trafiły. A naprawdę miał ogromną konkurencję. Plus, mimo pozorów
takiego światopoglądowego otwarcia, „Saga…” jest jednak dość
konserwatywna w pewnych sprawach: wystarczy wspomnieć, że przyczyn
homoseksualizmu jednego z bohaterów autorka upatrywała w paskudnych
obrazach kobiet, które miał jego ojciec, a dobra żona zdołała
naszego bohatera przekonać, że jednak wcale nie jest
homoseksualistą (trochę na zasadzie: „znajdź sobie dziewczynę, to ci się odwidzi”).
Pisać
prosto versus wnuczka Noblisty i kwieciste metafory
Tak,
tak, Sandemo jest również mistrzynią w kreowaniu swojego drzewa
genealogicznego i w pewnym momencie gruchnęło, że jest wnuczką (z
nieprawego łoża – to znaczy wiecie, o co chodzi) norweskiego Noblisty Bjorstjerne Bjornsona. Nie
wiem, na ile w tym prawdy, ale jako machina marketingowa taki zabieg
na pewno wyglądał dobrze. W końcu Bjornson poniekąd
legitymizował styl pisania Sandemo. A z tym bywa różnie. Raz jest
całkiem dorzeczny, innym razem skręca w rejony dzikiego harlequina.
Roi się w nim od długich, kwiecistych zdań, żeby potem sucho, w
zdaniach pojedynczych, przedstawiać dalsze losy postaci. Może to
też sprawka tłumaczy, tego nie da się wykluczyć, ale niestety
„Sagi…” nie da się czytać wyłącznie po to, żeby zachwycać
się opisami. No, niestety, nie.
Jedno
drzewo genealogiczne versus A teraz coś z zupełnie innej
beczki
Historia
krąży wokół, rzecz jasna, Ludzi Lodu, czyli potomków Thengela
Dobrego i Silje, ale od czasu do czasu pojawiają się jacyś
bohaterowie spoza rodu. Głównie po to, żeby się w niego wżenić
albo przynajmniej spłodzić potomka. I w sumie dobrze, bo ileż
można by było śledzić tylko losy jednej rodziny bez żadnych
przybudówek. Ale, jak wspomniałam, Sandemo w pewnym momencie
znudziło się wybieranie nowych bohaterów wśród szlachty,
chłopstwa, ewentualnie mieszczan, czy nawet wpuszczanie do rodu
jakiejś dalekiej domieszki krwi orientalnej, i sięgnęła w rejony,
powiedzmy, bardziej abstrakcyjne. Do dzisiaj nie wiem, po co to było
– ale z drugiej strony jest jakiś trend, dobrze widoczny zwłaszcza
teraz, do wpuszczania do fabuł aniołów i szatanów, z samym
Lucyferem na czele, więc Sandemo trochę wyprzedziła swój czas.
Nie wiem, ja nie jestem szaloną fanką tego zabiegu, ale jeśli ktoś
jest, to może mu się nawet spodobać. Zwłaszcza, że Sandemo
odwraca schemat i przekonuje nas, że to Lucyfer był „tym dobrym”,
ale został niesłusznie skrzywdzony – prawda, że z dzisiejszej
perspektywy brzmi dość znajomo?

 I pomyśleć, że ten pan w golfie a la George Lazenby 
to była chyba najbardziej pozytywna (i rozmemłana) 
postać… Groza!
O
tym bohaterze na pewno nie zapomnicie versus kurczę, a tam był
ktoś taki?
Jako
że – będę to powtarzać do znudzenia – tych tomów jest 47, z
czego 46 to fabuły o kolejnych Ludziach Lodu, to bohaterów przez
kolejne strony przetoczyło się całe mrowie. I niektórych pamiętam
i z sentymentem wspominam do dzisiaj (ach, Heike – trochę Bestia z
„Pięknej i bestii”, trochę stanowczy facet, opiekuńczy, trochę
mroczny kochanek z traumatyczną przeszłością, no, taki idol
nastolatek), a niektórych, no cóż, nie. Jak dla przypomnienia
zerknęłam sobie na drzewo genealogiczne Ludzi Lodu (dołączane do
każdego tomu, żeby się czytelnik nie pogubił), to wielu bohaterów
za nic nie mogę pokojarzyć. Bo zdarzały się takie wypadki przy
pracy – ten Vendel, o którym wspominałam na początku, to jeden z
tych, co to zupełnie nie zapadają w pamięć. Sama historia jest
łzawa, nierzeczywista w złym tego słowa znaczeniu i obfituje w
częste „momenty”, zostawiające czytelnika z wielkim „ale o co
chodzi?” na twarzy. Pamiętam go przez wzgląd na to, że od jego
historii zaczęłam czytać, więc w moim przypadku – miał chłop
szczęście (chociaż w fabule nie bardzo).
Tak
sobie myślę, że ciekawie by było wrócić do „SoLL” teraz i
przekonać się, czy z tego sentymentu coś by się jeszcze ostało.
Bo wiecie, jak odkryłam te książki w szkole, w wieku lat bodajże
czternastu czy piętnastu, po raz pierwszy nauczyciel kazał mi
przyprowadzić rodziców. Bo czytałam pod ławką, głównie na
polskim. Tak więc Sandemo pokonała wówczas Mickiewicza, a ja
musiałam obiecać, że nie będę czytała na lekcjach. Całe
szczęście, że nie wszyscy nauczyciele byli tacy spostrzegawczy,
inaczej pewnie miałabym kłopoty z ocenami tamtego roku.
A
Wy – znacie, czytaliście? Co sądzicie? Są jeszcze jacyś inni
czytelnicy wspominający „Sagę o Ludziach Lodu” z sentymentem?
_________________
A
jutro znowu będzie recenzja, bo czytam ostatnio cienkie książki,
więc czytam szybko i mogę o nich pisać.

28 Replies to “Ilość i jakość to pojęcia względne albo o „Sadze o Ludziach Lodu” M. Sandemo”

  1. Czytałam jeden jedyny tom, z tego co widze końcowy, stąd jak zabrałam sie za twoją nową notkę miałam takie: a to może mi się coś pokręciło z tym Lucyferem?
    Czytam dalej i jest! Jednak mi się nie pokręciło i Lolcyfer się pojawił. Strasznie młoda byłam, czytając to, ale już wówczas własnie te diabelsko anielskie wątki wzbudziły we mnie wielkie WTF? i o Sadze zapomniałam. Czy dobrze… Chyba nie mam ochoty się przekonywać.

    1. Wiesz, był ten Lucyfer co prawda, no ale ja "Sagę…" miło wspominam (nie wiem, czy tak nie powinno zostać, bo przy ewentualnej powtórce może być różnie) :-).

  2. Czytałam chyba dwa czy trzy tomy na wakacyjnym wyjeździe, kiedy skończyły mi się inne lektury. Podobało mi się, ale jakoś nigdy do nich nie wróciłam, mimo że moja ciocia czytała Sagę namiętnie i miała wszystkie tomy.
    Z bohaterów pamiętam tylko Sol i Silje, ale ciepło je wspominam.

    1. O, to w razie czego masz od kogo pożyczyć :-). Ja wszystkie tomy przeczytałam dzięki znajomej znajomej, która miała i chętnie pożyczała (jak można się domyślić: na reklamówki ;-)).

  3. Kiedyś przeczytałam wszystkie tomy, muszę przyznać, że miałam niezłego świra na punkcie tej sagi 😉

    1. Wieeeki temu też miałam takiego świra:D Wyczekiwałam na następny tom ze zniecierpliwieniem, chyba co dwa tygodnie rzucali do kiosku.

    2. Bo się człowiek tak w to wkręca :-). Ale ja się na szczęście załapałam na "Sagę…", jak już całość była wydana, więc nie musiałam wyczekiwać ;-).

  4. Nie wiem, co jest takiego w SoLL, ale darzę ją tak ogromnym sentymentem, że z pewnością sięgnę jeszcze po nią nie raz (o tym, z jakimi wypiekami ją czytałam, nie wspomnę 😉

    1. Prawda? Wciąż mnie to zastanawia, bo to nie są zbyt dobre książki, ale za to jak się je czyta :-)!

  5. Nie czytałam, ale widzę jakim wzięciem cieszą się te książki w mojej bibliotece. Jakoś mnie ta historia nie zachęca, ale przeczytanie o jej fenomenie było bardzo pouczające;)

    1. A to się cieszę ;). Może kiedyś z nudów sięgniesz i się podzielisz opinią :-).

  6. Z czytaniem złej literatury jest trochę tak jak z gombrowiczowskim jedzeniem ryby nożem 😉

    "Sagą o Ludzich Lodu" zaczytywały się moje nauczycielki z liceum (uczennice oczywiście też). Nigdy natomiast nie słyszałam o innych czytelniczych fascynacjach pań profesorek… Zastanawiające, nieprawdaż?

    1. Och, jako człowiek z rodziny nauczycielskiej akurat słyszałam mnóstwo :-)! No, ale w każdym razie moi nauczyciele wówczas nie przejawiali żadnej pasji w stosunku do "Sagi…".

    2. Ach, no i mam nadzieję, że od złej literatury nie dzieje się to samo, co od karasi w śmietanie 😉 (jeśli poprawnie interpretuję wątek z rybą, Gombrowiczem i sztućcami?).

    3. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałabym wiedzieć, co się dzieje od karasi w śmietanie 😉 A chodziło mi o to, że jak się wie, że jest zła, to już można 🙂
      Ja akurat zetknęłam się tylko z jednym tomem "Sagi…" i nigdy nie zostałam entuzjastką, ale skoro już mówimy o niewysokich lotów literaturze, to pewnego lata przeczytałam całą serię powieści o Sookie Stackhouse – 8 czy 9 tomów wówczas było dostępnych (po angielsku, bo ja jednak lubię, kiedy rozrywka ma jakąś "wartość dodaną"). Było to bardzo wciągające, a zwłaszcza wątek romansowy Sookie i Erica ogromnie dla czytelnika satysfakcjonujący 😉

      Ale wracając do tematu sprzed kilku postów – jeżeli promocja czytelnictwa miałaby prowadzić tylko do czytania tego typu książek, to raczej gra nie jest warta świeczki. (Chociaż jeszcze gorsza jest literatura typu Coelho ;)).

    4. Od karasi w śmietanie człowiek ginie na oczach zdegustowanej arystokracji 😉 (to z "Iwony…", której wystawień praktycznie nie lubię, ale sam dramat jest bardzo zacny).

      Z Sookie miałam tylko kontakt telewizyjny, ale słyszałam, że książki to jednak zupełnie co innego. Ja mam słabość do tego typu książek, której się nie wstydzę, bo jednak dobrze jest się orientować i w tego typu literaturze. Przy czym wiesz, wydaje mi się, że promocja czytelnictwa powinna najpierw skupić się na tym, żeby zachęcić ludzi do czytania – a potem pokazywać, że istnieją różne rodzaje książek, i że można do ich lektury podchodzić na różne sposoby; to znaczy właściwie da się chyba nauczyć rozróżniania literatury i literatury. Przy czym czasami to jest niesamowicie trudne – czasami czytając coś powszechnie chwalonego przez krytykę mam wrażenie ocierania się o grafomanię, a czasami – chociaż prawda, że rzadziej (ale jednak!) – odwrotnie :-).

    5. Oj, z "Iwony…" pamiętam tylko, że na słynnym spektaklu Jarzyny wynudziłam się jeszcze bardziej niż na "Braciach Karamazow" Lupy 😉

      Świetny pomysł na wpis: książki niesłusznie chwalone lub odrzucone przez krytyków. Jestem bardzo ciekawa, co znalazłoby się na Twojej liście. A krytyk – cóż, też człowiek i nie lubi się wyrywać przed szereg 😉

    6. O, to fajny pomysł, muszę poszukać, kto by się znalazł na takiej liście (chociaż nie sądzę, żebym miała problem z brakiem kandydatów, bo jestem straszliwie czepialskim czytelnikiem ;-)).

  7. Ja też dużym sentymentem darzę Sagę i moim zdaniem była lepsza od kontynuacji , czyli Sagi o Czarnoksiężniku i Sadze o Królestwie Światła (choć moja przyjaciółka najbardziej lubiła tę ostatnią).

    1. Nigdy się na nie nie skusiłam (i dopiero co się dowiedziałam, że niektóre postacie z "SoLL" tam występują). Pewnie wszystko zależy od tego, jakiej atmosfery szuka się w danym cyklu – mnie opisy obu dalszych sag niespecjalnie zainteresowały, z tego, co pamiętam.

  8. Też kiedyś natkęłam się na Sagę, bo oczywiscie w większości bibliotek, tanich książek i kiosków można było się na Sandemo natknąć. I pamiętam tę tajemniczość, napięcię, romans. Nie czytałam co prawda więcej, bo ta książka była zbyt wyrwana z kontekstu, by się napalić na całą sagę i na dodatek dużo z niej nie pamiętam… chyba był tam jakiś Nathaniel? Miałam za to jednego znajomego, który stał się zagorzałym fanem.

    Tak czy siak, miło wreszcie czegoś więcej o tej sadze się dowiedzieć! I jescze ten news o dziadku Nobliście!

    1. O tak, oczywiście, że był Nathaniel (już w wątku anielskim, jeśli się nie mylę, i nigdy nie zawojował mojego serca, ale może jestem nieczuła na tak napisane postacie). Opowieść o dziadku Nobliście jest jedną z moich ulubionych – chociaż prawdopodobnie jest wystylizowana i niewiele ma wspólnego ze stanem faktycznym (ale kto wie) :-).

  9. Tak, to zdecydowanie całkiem spora tona książek. Tak, nie jest to tona, którą się wystawia na reprezentacyjnym miejscu. Ale rany, ile ton radochy to było! A Saga o Czarnoksiężniku podobała mi się jeszcze bardziej.

    1. Dokładnie, radochy było przewiele :-).

  10. Dotarłam do dwudziestego-któregoś tomu, tego po bzykaniu na Syberii pięciu dziewoi naraz i o wyprawie do jakiejś magicznej góry, i stwierdziłam, że to się zrobiło stanowczo zbyt głupie, by kontynuować lekturę. Ale do pierwszych tomów mam sentyment i być może do nich wrócę. :3

    1. To jest dokładnie tom, od którego zaczęłam ;-)! I po tym, co jest dalej, właściwie plasuje się w średniej stawce "co ja czytam, ale dlaczego, ale o co chodzi?" ;-).

  11. Ja czytalam wszystkie z wypiekami na twarzy. Dziwne to , nierzrczywiste kompletnie ale za to calkowicie przenoszace w czasy, miwjsce opisuwanej historii. Nogdy nie bylam fanka sci-fi ale jakos urzekła mnie historia rodu I od dzis na pytanie o najglupsza lecz najciekawsza książkę z reka na sercu powiem o tej sadze. Jest naprawde fajnym oderwaniem od rzeczuwistosci. Jest romans, hisroria, przygoda, nie ma bojki wojny iwalki…

    1. W sumie nigdy do końca nie traktowałam "Sagi…" jako fantastyki (może trochę fantasy). No i wojna się tam zdarza dość regularnie, w końcu przez tyle wieków trudno by jej było w narracji uniknąć, ale to prawda, że w sumie w niewielkim stopniu tym autorka epatowała :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.