Cicho, bo czytam albo czy możliwe są maratony książkowe?

To
zagadnienie nurtuje mnie już od jakiegoś czasu. Bo że maratony
filmowe to supersprawa – to wiadomo. Ale co z książkowymi? Do tej
pory myślałam, że się nie da, ale teraz już zupełnie nie jestem
pewna. Dlatego poniżej garść przemyśleń na ten właśnie temat.

Jak
tylko wpadłam na pomysł napisania takiego wpisu, pomyślałam
sobie, że okej, będę się zastanawiała, może wpadną mi do głowy
jakieś możliwości, ale generalnie to chyba jednak trudna sprawa,
maratonów książkowych nie ma. I nagle na blogu Złodziejki książek
znalazłam tajemniczą notkę podsumowującą maraton książkowy. No
więc poszperałam w google’u i okazało się, że a jakże, natura
nie znosi pustki i takie maratony się pojawiają.
W
tym konkretnym przypadku chodziło o akcję, w której czytało się
jak największą ilość książek w tydzień, żeby nadrobić
czytelnicze zaległości (akcja, która w moim domu ma miejsce
zazwyczaj w połowie grudnia, kiedy pod naszym dachem rozlegają się
okrzyki typu „Za dwa tygodnie koniec roku, a ja przeczytałam/em
tylko dwadzieścia książek! To ten – tu nazwisko autora – tak
mnie przyblokował!”). Sam pomysł zasadniczo mi się podoba, zastanawiam się tylko, czy to właśnie jest maraton czytelniczy, czy może jednak nie.
 W ramach ilustracji – dobre biegacze tradycje krajowe. Na przedzie, rzecz jasna,
Janusz Kusociński. Źródło.
Bo
czym powinien się on charakteryzować? Można się chyba nad tym chwilę zastanowić.
Przede
wszystkim taki maraton to wydarzenie
zbiorowe.
Przynajmniej jeśli za wzór postawimy sobie maratony filmowe.
Najprzyjemniej jest przecież oglądać w towarzystwie i to najlepiej
dowcipnie komentującym (był taki odcinek „Community”, w którym
Pierce usiłował dorównać reszcie bohaterów w grupowym duchu
zabawnych komentarzy do złych filmów – dobrze pokazujący, o co
chodzi w tej idei). Bo samemu się da, ale w sumie już nie jest tak
fajnie. Tylko co w takim razie zrobić, skoro czytanie jest z gruntu
raczej czynnością indywidualną?
Wydaje
się, że pewnym wyjściem z sytuacji byłoby czytanie tego samego
utworu w kilka osób.
Co może
obudzić wspomnienia z dramatycznego omawiania lektur na lekcjach
polskiego, dlatego warto rozważyć, co chcemy czytać. I z kim.
Najlepiej byłoby z ludźmi, których lubimy – i gust czytelniczy
może nam się rozbiegać, bo wtedy a) dyskusja będzie ciekawsza, b)
jest szansa, że każdy z
nas pozna jakąś nową intrygującą lekturę. Dobrze by było,
biorąc przykład z maratonów filmowych, żeby to było coś w miarę
przyjemnego – sądzę, że maraton przygnębiających powieści
albo „W poszukiwaniu straconego czasu” może nie być najlepszym
pomysłem. Ale z drugiej strony – przecież i poważne
książki da się trochę odpoważnić, kiedy czytamy je razem z
ludźmi, którzy mają poczucie humoru i zmysł obserwacji. Także
jeśli mamy ochotę na maraton Manna, Dostojewskiego albo innego
pisarza, który raczej nie poruszał lekkich tematów, to sky
is the limit.
 
Dobrze
by też było czytać w mniej więcej tym samym czasie.
To
po pierwsze pozwoliłoby przynajmniej w jakimś stopniu ograniczyć
wzajemne spojlerowanie sobie fabuły („ha, jak ten Kowalski w końcu
obrywa w stopę, to jest zabawa, co nie?”) i dało sporo wspólnej
radości z lektury. Nie wiem, czy w ogóle możliwe byłoby
zgromadzenie paczki ludzi, którzy siądą w tym samym miejscu i będą
po prostu razem czytać (i nie zbaczać przy tym w rozmowie na inne
tematy niż czytana książka) – bo taka wizja jest troszeczkę
kuriozalna, ale właściwie wcale nie awykonalna. Można by spróbować
zgromadzić w ten sposób znajomych internetowych, a uwagami
wymieniać się przez sieć, co troszkę by zmniejszyło ewentualną
pokusę w stylu „ojej, przecież miałam ci już dawno powiedzieć,
że…” albo „ależ ten fragment przypomina mi, jak no wiesz…”.
Jak
wiadomo, chodzi o przyjemność.
Jeśli
więc taka wizja zupełnie do nas nie przemawia, nie ma sensu się
zmuszać. Jeśli cenimy sobie czytanie w pojedynkę, samemu, w ciszy
i spokoju, a swoimi uwagami nie mamy potrzeby się z nikim dzielić
(ani ad hoc,
ani w ogóle), to nie ma sensu zapuszczać się na terytorium
książkowo-maratonowe. A jeśli akurat nam sprawia przyjemność
wspólne czytanie, ale książka nas nudzi – zawsze można
zaproponować zmianę. W końcu na filmie w czasie maratonu też
zdarza nam się marudzić albo zasnąć i nie ma co z tego robić
wielkiej afery. Maraton książkowy w końcu to ma być zabawa. Żadne
tam „czytam, bo muszę, bo lubię tych ludzi, a oni chcą czytać (więc jak nie będę czytać, to sobie pójdą)”, tylko „czytam,
bo to może być fajna przygoda”.
Podsumowując:
Przykazania
(albo hipotezy) takiego książkowego maratonu
1.
Czytanie powinno być wspólne – na początku należy zebrać
drużynę.
2.
Powinno się czytaj przynajmniej mniej więcej to samo… 
3.
…i dzielić się komentarzami po lekturze…
4.
…albo w jej trakcie (ale tylko jeśli tempo czytania jest podobne i
nie macie w grupie Wielkiego Spojlerowca).
5.
Trzeba ustalić określony czas – jedna noc raczej nie wchodzi w
grę – tydzień, miesiąc?
6.
Czytanie powinno Wam sprawiać przyjemność, więc podejście
„czytam, czytam, pot zalewa mi oczy, nie mogę dać się
wyprzedzić” odpada.
7.
Dobrze jest wybrać lektury zabawne albo chociaż takie, z których
da się pośmiać. W końcu chodzi o to, żeby dobrze się bawić
(ale maratony Tołstoja też są do zrobienia, jeśli akurat to Was
kręci).
8.
Jak to bywa z maratonami – zdarza się zasnąć i nie skończyć,
więc jeśli książka Was uśpi, to nie ma się czym przejmować!
9.
Mamy nowoczesność, więc możemy korzystać i urządzić maraton
nie tylko w jednym miejscu, ale połączyć się przez internet ze
znajomymi i czytać razem z nimi.
10.
A jeśli nie mamy ochoty na żadne maratony i w ogóle kontestujemy,
to nic się nie dzieje. Nikt nikogo do niczego przecież nie zmusza.
Ponieważ
to są takie sobie refleksje nie umocowane w żadnym moim
doświadczeniu, to ciekawa jestem Waszego zdania. Myślicie, że
takie książkowe maratony to jest coś, co w ogóle ma szanse
powodzenia?
_____________
A
jako że jutro już przedostatni dzień lutego (ależ to zleciało!),
więc zgodnie z zapowiadanym zwyczajem, będzie karnawał blogowy.

Comments

  1. Beata P.

    Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę…no tak, to chyba najważniejszy punkt;)
    Ale ogólnie idea maratonów książkowych, przynajmniej takich zorganizowanych, jakoś do mnie nie przemawia. Wolę po prostu polecić przyjaciółce lekturę, która mi się podobała i poczekać na jej reakcję;) Albo podzielić się opinią na swoim blogu i podyskutować z innymi czytelnikami w komentarzach;)

    1. Post
      Author
      admin

      Ja właśnie jeszcze nie wiem, czy do mnie przemawia, będę się dalej zastanawiała :-). A polecanie to jest rzecz jasna cudowna sprawa, zwłaszcza jak jeszcze potem można o książce w taki czy inny sposób podyskutować!

  2. Anna Flasza-Szydlik

    Ależ książowe maratony (z trochę innymi zasadami niż opisałaś) są bardzo popularne na bootube :). Uczestnicy zazwyczaj robią przynajmniej dwa filmiki- jeden przed rozpoczęciem pokazujący lektury, drugi podsumowujący na zakończenie. Niektórzy kręcą nawet codziennie filmik o postępach.
    Jest nawet jeden ogólnoświatowy, polecam wpisanie hasła read-a-tho na Youtube.

    1. Post
      Author
      admin

      O, to jest jakiś zakątek internetu, którego zupełnie nie odkryłam, więc szykuję się do zwiedzania. Zaraz będę grasowała w takim razie – dzięki za wskazówki! 🙂

  3. ann-wlkp

    Z opóźnieniem się ujawniam, bo podczytuję do dawna i gratuluję ciekawych notek. I że tak często – mam nadzieję, że tematów nie zabraknie, bo przyzwyczaiłam się, że co wieczór zaglądam i sprawdzam, co dziś interesującego. 🙂
    Widziałam takie wątki na forach – wybiera się książkę, zasady (jeden rozdział co trzy dni czy coś innego) i lecim na Szczecin. Chociaż nigdy nie uczestniczyłam, ale w sumie chętnie bym spróbowała.

    1. Post
      Author
      admin

      A to miło mi, będę się starała :-).

      No właśnie ja się cały czas zastanawiam, czy ten maraton może być tak ratami, czy jednak powinien być mniej więcej w jednym czasie i miejscu, żeby, no, żeby zachować tę maratonowość :-). Ale w sumie jak uda mi się wypróbować mniej lub bardziej, na pewno dam znać :-).

  4. Altti Anonim

    Na początek zbieramy drużynę…
    Zaczyna się niczym "quest" powieści fantasy. Aż w oczach staje mi konspiracyjne zgromadzenie owej drużyny, w zaciemnionym pokoju i ich wyzwanie – naturalnie jest nim "Forsowanie powieści-rzeki" Ugresic.

    Kiedyś na rejsach moich mazurskich praktykowaliśmy taki oto zwyczaj: gdy pogoda była sprzyjająca, cała załoga siedziała na pokładzie, sternik i szotman odpowiadali za skuteczne żeglowanie, a reszta osób na zmianę czytała na głos jedna z książek, które załoganci na rejs przywieźli. Do tej pory pamietam, jak wciągnęła nas "Czekolada" J. Harris i "Mokradła" A. Gidea. Choć z "Mokradłami" był problem, bo wszyscy prócz jednego załoganta boki zrywaliśmy ze śmiechu, a jemu Gide grał na nerwach każdym akapitem. A do tego nie wiało, co pogłębiało frustrację owego człowieka.

    Z innej beczki: w piątej klasie podstawówki kumpel namówił mnie do czytania "na wyścigi" (wszak tym maraton pozostaje – współzawodnictwem, nieprawdaż?) sienkiewiczowskiej trylogii. Oczywiście nie było mowy o fair play, bo namówiwszy mnie oświadczył, że jest już w piątym rozdziale. Ale za to wlazł mi na ambicję i to go pogrążyło w tym wyścigu… Ech, czasy.

    1. Post
      Author
      admin

      O, właśnie przypowieść mazurska chyba najbliżej jest tego, co wydaje mi się książkowym maratonem (jedność czasu i miejsca, i w ogóle – ale z drugiej strony nie cierpię czytania na głos, więc jednak ideałem byłoby czytanie po cichu w podobnym tempie, co już jest nieco utopijnym projektem ;-)).

      Poza tym, czy ja wiem, czy w maratonie czytelniczym miałoby chodzić o współzawodnictwo? W maratonie filmowym przecież nie o to chodzi (chyba, że kto zaśnie ostatni), raczej o wspólną zabawę związaną z określonym medium na określony temat :-).

    2. Altti Anonim

      Czy w maratonie czytelniczym chodzić miałoby o współzawodnictwo? No cóż. Nawiązałem nie do zjawiska maratonów filmowych, lecz do maratonu jako zawodów sportowych, w których wygrywa ten, który pokona (niemały) dystans w najkrótszym czasie. Zawody w czytaniu na dystansie, dajmy na to "Władcy Pierścieni", byłyby ciekawe, lecz trzeba byłoby odsiać tych, którzy chcieliby biec na skróty: co trzy strony, brykiem bądź filmową adaptacją (tych najszybciej zweryfikować, choćby pytaniem, czy elfy były blondynami – tylko ci co poprzestali na filmie odpowiedzieliby, że wszystkie)

    3. Post
      Author
      admin

      Ale wiesz, że ja jakoś zupełnie jestem chyba skrzywiona przez ekranizację – która, jak ją sobie latem powtarzałam, okazała się wcale już mnie tak za serce nie chwytać – że z trudem przychodzi mi wyobrażanie sobie leśnych elfów jako istot z włosami brązowymi? Niby szczegół, ale kurczę, denerwujący.

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.