A to idzie na półkę z…? Albo jak układać książki

Ponieważ
wczoraj usiłowałam ubrać w słowa moje odczucia w stosunku do
serii książek o dzielnym adepcie magii, który jest również –
czy może przede wszystkim – czarodziejem, i wyszło mi to dość
długie, to dzisiaj wpis z takiego teoretycznie lżejszego kalibru.
Czyli o dolach i niedolach związanych z posiadaniem jakiegokolwiek
księgozbioru.

Wszyscy
mamy jakieś książki. Wszyscy też – jeśli nie mamy akurat
szczęścia bycia starym brytyjskim profesorem albo dziedziczką
milionowej fortuny – borykamy się z miejscem na książki. Nie
wiem, jak Wy, ale odkąd pamiętam, problem układania książek
zaprzątał moją głowę. To znaczy nie, żebym miała ich aż tak
strasznie dużo od początku; raczej stawiałam pierwsze kroki w
kompletowaniu księgozbioru i chciałam zawsze mieć dużo (dużo!
Dużo!) książek. Troszkę to materialistyczne podejście. Na
szczęście zawsze ograniczał mnie brak funduszy. Przynajmniej do
momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że kupowanie książek w
księgarni to tak naprawdę zupełnie poboczne źródło ich
uzyskiwania.
Bo
tak: okazało się, że likwidujące się biblioteki wyprzedają albo
wręcz oddają książki za grosze. Że wszędzie można znaleźć
pudła z książkami do oddania albo książkami za złotówkę. Że
wydziałowe biblioteki uniwersyteckie często wykładają jakieś
książki do zabrania przez chętnych (zupełnie nie wiem do dzisiaj,
czemu w czasie jednej z takich akcji wzięłam do domu książkę o
Breughlu po bułgarsku; no, ale przynajmniej ma ilustracje). Że
znajomi przycinają swoje kolekcje i chcą oddać książki w dobre
ręce. Że w internecie mnóstwo jest konkursów, dzięki którym
Wasza biblioteczka może się łatwo powiększyć. Że sieć tanich
książek rozwija się dynamicznie. I tak dalej, i tak dalej. No i w
końcu człowiek staje przed dylematem: gdzie tę książkę położyć?
I jak ją położyć, żeby o niej nie zapomnieć?
 Jak nietrudno się domyślić – ilustracje to zdjęcia pięknych bibliotek (najczęściej łączących tradycję i nowoczesność, bo takie lubię najbardziej – plus posągi słynnych ludzi, stojące nieopodal, zawsze są w cenie). Źródło.
Bo
jeśli chodzi o kwestie sortowania książek, to istnieje tyle
różnych szkół, że głowa mała. Dlatego przyjrzyjmy się teraz
temu, jak można chociaż odrobinę usprawnić korzystanie z domowego
księgozbioru albo chociaż wstępnie ogarnąć funkcjonujący w nim
chaos.
Układanie
książek zgodnie z kolorem okładek.
Chyba po raz pierwszy
zetknęłam się z taką metodą gdzieś tutaj i właściwie wiem, że każdy
książkowy mól powinien wówczas zakrzyknąć: „Och nie! Jak tak
można – sprowadzać książkę do roli ozdoby regału?!”. Tyle
tylko, że co ja poradzę, to naprawdę wygląda nieźle. Ba, wygląda
nawet całkiem dobrze – i wprowadza jaką taką harmonię między
posiadanie książki. Kiedy jednak zaproponowałam, żeby może
spróbować takiego rozwiązania, mój domowy mól książkowy
zakrzyknął, że to bez sensu i on woli je segregować tematycznie.
No cóż, połowa księgozbioru jest jego, a poza tym, no cóż, też
zwykle przedkładam funkcjonalność nad estetykę, więc…
Układanie
książek rozmiarem.
Kiedyś to
był mój ukochany sposób. Bo wiecie, nie ma nic gorszego, niż
książki w różnych rozmiarach sterczące obok siebie ni w pięć,
ni w dziewięć. Tyle tylko, że w
przypadku publikacji z jakiegoś jednego zakresu szkoda mieć
wszystkie książki rozparcelowane na kilka półek zgodnie z
wielkością. No i nie zawsze ma się regał, gdzie wysokie książki
da się postawić, więc trzeba je kłaść (wtedy zasadniczo różnica
rozmiaru jest mniej widoczna). Dlatego
takie rozwiązanie najlepiej sprawdza się przy segregowaniu
powieści, które są pi razy drzwi podobnego rozmiaru. Dlatego
straszliwie się zdziwiłam, kiedy zamówione z antykwariatu jedno z
poczytniejszych dzieł Aloisa Jiráska
przyszło
do mnie w zupełnie gigantycznym rozmiarze, przez co moja półka z
prozą czeską wygląda teraz strasznie nieforemnie. Ot, problemy
pierwszego świata.
Układanie
książek tematycznie.
Ja
zawsze mam problem z utrzymaniem „czystości” tematycznej moich
książek, na szczęście wspomniany mól książkowy jest w tym
mistrzem. To
ustawienie można spotkać w naszym domostwie najczęściej i wydaje
się całkiem sensowne, bo mniej więcej od razu wiadomo, gdzie iść,
żeby znaleźć powieść, gdzie poezję, a gdzie album. Niestety
kłóci się to czasem z rozmiarem książek i może nieco bruździć
w naszym poczuciu estetyki.
Zawsze mnie frapowały te globusy – nie wiem, czy chciałabym, żeby coś takiego zajmowało mi przestrzeń, bo użyć się tego chyba nie da? Dodatkowo – na szczęście nie muszę w domu korzystać z drabiny, a w bibliotece zawsze się tego boję (chociaż jak mus, to mus). Brr! Źródło.
Układanie
książek alfabetycznie.
Och,
kogo nie korciło, żeby sobie zrobić w domu taką własną małą
bibliotekę? Mnie w każdym razie bardzo kusiło, powstrzymywało
mnie tylko wrodzone
lenistwo, które sprawiało, że sortowanie książek pod kątem
tego, na jaką literę zaczyna się nazwisko autora, wydawało mi się
zadaniem lekko ponad moje siły. No i istniało zawsze
niebezpieczeństwo, że książki wysokie znalazłby się obok
niskich, i byłoby mi smutno, źle, i trzeba by było znowu wszystko
przestawiać. Ale śledzenie tego, jaki pisarz stałby obok jakiego,
zawsze sprawiało mi dużo przyjemności (wiecie,
Mankell obok Manna i tak dalej).
Układanie
książek ciężkością.
To
jest w sumie sposób nigdy przeze mnie nie testowany, ale pomógłby
na pewno jakoś okiełznać te bardzo cienkie książki, które źle
wyglądają obok siebie i bardzo źle się z nich korzysta, jeśli
stoją obok grubszych pozycji (zupełnie się wtedy gubią).
Cierpiałby
na tym pewnie tomiki poetyckie. No i poważnym problemem estetycznym
jest to, że książki zupełnie
cienkie (a te starsze często są zupełnie papierowe i z tych
gnących się) wyglądają razem zebrane mało przyjemnie dla oka.
Źródło. Tak wygląda biblioteko-czytelnia prawna w Monachium. Mocno potteriańsko, prawda?
No
dobrze, póki co w naszym domu książki stoją grzecznie posortowane
tematycznie – mniej więcej, te z których korzystam najczęściej,
raczej mniej, na podręcznej półce. No i jest jeszcze półka
„książki, które czytam albo już zaraz zacznę, proszę ich nie
przestawiać!”. A jakie są Wasze sposoby radzenia sobie z
księgozbiorami?
__________________
Jutro
będzie wpis z serii o dziwnościach w świecie książek. Tym
razem też coś ze znajdowaniem, ale rzeczy, które raczej były
zamierzone.

25 Replies to “A to idzie na półkę z…? Albo jak układać książki”

  1. Układanie kolorami grzbietów to zuo, tym bardziej że dominują białe i czarne. Czy raczej dominowały w czasach, gdy tego szatańskiego sposobu próbowałem 😛

    1. Hm, jak tak teraz patrzę na półki, to jest trochę bieli, ale mam jakąś feerię kolorów (no, może nie, że od razu czerwony, ale niebieskiego i zielonego by się trochę nazbierało… ;-)).

    2. Bo współcześni wydawcy szaleją, kiedyś obowiązywała asceza, bo i tak drukarnie nie miały kolorowej farby 😀

    3. Ale właśnie dlatego wiesz, można dopasować grzbiety książek do koloru ścian w pokoju i takie tam ;-).

    4. Najprościej to obłożyć książki w tę samą tapetę, która leży na ścianie 😛

    5. Proste, nieprawdaż. Swoją drogą nie cierpiałam obkładania książek w tapetę (a w czasach wczesnoszkolnych była to popularna metoda obrony podręczników przed rychłą zagładą ;-)).

    6. Myśmy używali starych kalendarzy 🙂

  2. Na razie mam zbyt mało miejsca w mieszkaniu, aby ustawić książki tak, jakbym tego chciała, więc w zasadzie wszystkie leżą, a jedyna segregacja to podział lektur na przeczytane i te, które czekają w kolejce. No i jeszcze "moje domowe", "egzemplarze od wydawnictw", "wypożyczone z biblioteki" i "pożyczone od kogoś". 🙂

    1. Och, tak, ułożenie zgodnie z przeznaczeniem też jest zawsze skuteczne (zwłaszcza, jak miejsca mało). Chociaż czasami może się człowiek zasmucić, jak mu te stosy "jeszcze nie przeczytałem" rosną, a nie maleją. Na szczęście tylko czasami, bo jednak przyjemnie jest mieć zapasy :-).

  3. "Po bibliotekarsku" byłoby ułożenie książek tematycznie, a w obrębie tych tematów – alfabetycznie. Ale co się sprawdza w bibliotece, niekoniecznie będzie mile widziane w domu…;) I nie można zapominać o walorach estetycznych, które w tym przypadku naprawdę się liczą!
    Mam pewien problem ze swoimi książkami, bo nie posiadam całego regału, na którym mogłabym je ułożyć. I tak kryminały wylądowały na komodzie, fantastyka na półce przy łóżku, horrory na półkach w kącie, a klasyka… Tak, to jest trochę skomplikowane;)

    1. Faktycznie brzmi skomplikowanie :-). Ale z drugiej strony chodzi o to, żeby człowiek sam wiedział, gdzie co ma i gdzie sięgnąć, żeby daną książkę wyłowić. Swoją drogą, ustawianie książek "po bibliotekarsku" w domu pewnie by się sprawdziło, ale gdyby mieć osobny pokój na samą bibliotekę i mnóstwo woluminów… ;-).

    2. O tak, wtedy można się pobawić w układanie książek przy zastosowaniu UKD lub jakiejś innej klasyfikacji;)
      Ehh, przynajmniej wiem, gdzie jest która książka. Inni nie muszą się orientować;)

    3. Właściwe podejście :-). A UKD w domu… Sama nie wiem, może jak już się dorobię tych tysięcy książek, będę ten problem musiała rozważyć ;).

    4. Wtedy UKD się przyda:P Ale teraz szkoda na to czasu, lepiej poczytać…;)
      Aha, muszę się jeszcze przyznać, że mam jedną półkę, na której książki ułożone są według kolorów. Wygląda to ładnie, ale… chyba jednak za dużo we mnie z bibliotekarza, bo trochę się wstydzę akurat takiego układu;)

    5. No właśnie :-). Ja niestety żadnej takiej półki właściwie nie mam, bo jak pisałam: zostałam zakrzyczana.

  4. Nie stosuję żadnego systemu. Upycham gdzie jest akurat wolne miejsce, jednego autora mam na trzech różnych półkach, nie przeszkadza mi to, bo i tak wiem co gdzie stoi 😉
    Przypomniał mi się pewien cytat:
    …barbarzyństwem jest układanie książek według tak prymitywnego porządku jak kolor
    Joyce Carol Oates (z książki Moja siostra, moja miłość)

    1. No właśnie o tym pisałam, że wiele osób może oburzać ustawianie książek kolorem, ale myślę, że jeśli ktoś tak lubi i mu się podoba, to co jest w tym złego? I nie do końca wiem, co Oates widzi prymitywnego w kolorze ;-).

      A najważniejsze jest to, co piszesz – żeby było wiadomo, gdzie co stoi! 🙂

  5. Najchętniej korzystam ze sposobu "łączonego" – najpierw grupuję książki tematycznie, ale później w "podgrupach" układam je rozmiarami, więc jest i funkcjonalnie, i przeważnie estetycznie. Rewelacyjnie sprawdzają się serie i linie wydawnicze – dzięki temu obie cechy są zawsze zachowane (np. powieści Murakamiego czy nowa Osiecka od Prószyńskiego). Mam też małą półkę przy biurku, tzw. "magazyn podręczny" – tam rotacja książek bywa duża, zależna jest od pory roku, od tematów pracy codziennej. Dlatego na tej półce stosuję tylko regułę rozmiarową – choć to mała przestrzeń, więc jakoś ogarniam.
    Alfabetycznie – niezależnie od wszystkich trudności (rozmiarowych, o dziwo) – układam za to zawsze płyty. To jest dla mnie zdecydowanie najlepsze rozwiązanie.

    1. Zdecydowanie kombinacje między układami sprawdzają się najlepiej, tylko chyba mój charakter ("w poszukiwaniu tej najwłaściwszego JEDNEGO sposobu…") jakoś je sabotuje :-). A tak na serio: serie wydawnicze utrzymane w tej samej linii graficznej i w ogóle edytorskiej to jest marzenie każdego (jak pisałam już kiedyś – chociaż z Murakamim mam problem, to uwielbiam wydanie Muzy, bo jest takie ładne!). Gorzej, kiedy nagle wydawnictwo zmienia np. 7 tomowi cały wygląd. Pamiętam, że do "Sezonu burz" Supernowa dołączała nawet taką okładkę, żeby można było sobie ujednolicić kolekcję wiedźminów, bo przecież "SB" wydali zupełnie, ale to zupełnie inaczej.

  6. Znalazłam Twój blog przez Kreatywę i od razu wpadłam na notkę, której tematyka powoli spędza mi sen z powiek. Kiedy jeszcze byłam dzieckiem, mieszkałam przede wszystkim z rodzicami (niż każde z nas miało osobne przestrzenie w domu, jak teraz) książki leżały, tak jak ustawiała mama przy sprzątaniu, a ja też nie miałam ich dużo. problem powstał, kiedy przeprowadziliśmy się do większego domu, każdy dostał swoją integralną przestrzeń, a książki mimo większej powierzchni mieszkalnej… przestały się mieścić! W dodatku przybywało ich! Obecnie w pokoju panuje u mnie metoda ogarniętego chaosu – książki młodzieżowe są razem, historia jest razem, książki gabarytów niestandardowych są razem, problem pojawia się w momencie, kiedy to regał jest niestandardowy (bo został przerobiony z dwóch szafek, odkręcone drzwiczki) i nie wszystko się tam mieści – pojawia się misz-masz, wszystko ze sobą, byle się mieściło. Co prawda rodzice i znajomi załamują ręce, kiedy sami muszą coś znaleźć, ale ja jako, że jestem wzrokowcem i sama to układałam, znajduję w mniej niż minutę. Odstępstwem są książki orientalistyczne, które potrzebuje na studia – mają półkę przy biurku i leżą bez względu na rozmiar.
    Pozdrawiam i rozgaszczam się na dłużej! 🙂
    Monika

    1. O, to bardzo mi miło – rozgaszczaj się do woli, mam nadzieję, że będziesz się tu dobrze czuła :-).

      Tak, książki mają taką dziwną tendencję do przyrastania w postępie geometrycznym. Tak jak wspominałam, czasami wcale nie trzeba ich kupować, same przychodzą, najczęściej wtedy, kiedy miejsca na nie jest już tylko-tylko :-). I dobrze znam taki sposób organizacji, o jakim piszesz – paradoksalnie jeszcze w domu rodzinnym miałam podobny, ale teraz po połączeniu dwóch księgozbiorów pod jednym dachem nie zawsze wiem, gdzie czego mam szukać. Głównie podejrzewam dlatego, że czasami nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że coś powinno leżeć w powieściach, coś w naukowych, a coś w poezji, bo odnajdywałam to nie po rodzaju, ale po miejscu, gdzie leżało wcześniej ;-). Także "ogarnięty chaos" to jest też jakiś sposób!

    2. Co do przyrastania księgozbioru – ja mam teorię, że te książki zaczynają się mnożyć między sobą 🙂 Bo przecież niemożliwe, żebym AŻ TYLE kupowała… A układanie mam na zasadzie: o, tu chyba się jeszcze wciśnie. Rzeczy do przeczytania zwalam po prostu na stos pod ścianą, potem śpi na nich kot.

    3. O, bardzo dobra teoria – ciekawe, czy da się wyśledzić rodziców danej książki… Na przykład jak stawiasz obok siebie Brzechwę i Jo Nesbo to jaka książka będzie potomkiem? Wtedy trzeba bardzo uważać, gdzie która ląduje, bo skutki mogą być nieoczekiwane ;-).

  7. Jeszcze trzy lata temu układanie książek nie spedzało mi snu z powiek. Miałam ich maliteńko, też głównie ze względów finansowych, ale również z powodu zamieszkania w nowym miejscu. I było mi trochę tak .. "łyso" w mieszkaniu pozbawionym regałów. w moim rodzinnym domu książek swego czasu było coś 870 (tak, policzyłam podczas pewnej paskudnej grypy), i brakowało mi wieczornego wybierania kolejnej lektury. Z resztą, wtedy, w 2012 roku moja biblioteczka wyglądała tak: http://3.bp.blogspot.com/-bKcVqOzc3_E/TzPPQlEBjsI/AAAAAAAAAaY/WnYQ6qVJ7Vc/s400/IMG_1675.jpg
    Z czasem, dzięki prmocjom, antykwariatom i dobrym duszom pozbywającym się starych wydań lub po prostu kształcących mnie literacko biblioteczka "nieco" się rozrosła. I też zaczęłam się zastanawiać jak poukładać zbiory. początkowo kierowałam się wydawnictwem, ale niektórzy autorzy wydawani byli w kilku i robił się bałagan. nie miałam jednak natchnienia na układanie alfabetyfczne. Za to pewnego pięknego dnia stworzyłam sobie bazę wszystkich swoich książek, jakiś czas temu to wydrukowałam i po trzech dniach maksymalnego bałaganu poukładałam pozycje alfabetycznie. Jedynie antologie, książki Powergraphu i Almazu oraz pozycje z Uczty Wyobraźni są poza kolejnością. Dzięki temu nie mam bałaganu, za to mam zabawę za kazdym razem, gdy przybędzie mi nowy wolumin, gdyż musze wszystko przekładać ^^
    Dzisiaj moja biblioteczka prezentuje się mniej więcej tak: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.828909347146860.1073741831.100000834061550&type=1 I już zaczynam układać pierwsze "Drugie rzędy" ^^
    Co do układania tematycznego: mozna powiedzieć, że tak jest u mnie, w końcu prawie sama fantastyka 🙂

    1. Nigdy nie pomyślałam, żeby układać wydawnictwami, a jeżeli trzymają się mniej więcej jednej koncepcji graficznej, to faktycznie ma to sens! A drugie rzędy to złooo! Nigdy nic nie mogę znaleźć, jeśli mam dwa rzędy i czasami znajduję coś po latach i się dziwię, że to mam – zupełnie jakby mi przybyły zupełnie nowe książki :-). A biblioteczka wielce zacna :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.