10 najdziwniejszych pomysłów edytorskich i wydawniczych albo auć, moje oczy!

Tak
jak zapowiadałam, dzisiaj będzie o osobliwościach. Tym razem
jednak, chociaż też będę bazowała na swoim własnym
doświadczeniu, nie będzie o takich znaleziskach, które mogą
człowiek przyprawić o dreszcz (obrzydzenia bądź ekscytacji)
zapewniony przez innych czytelników danej książki, ale o atrakcje,
które może nam zapewnić samo wydawnictwo. Czyli, nie przedłużając:
będzie o tym, jakie pomysły wydawnicze i edytorskie czasami
sprawiają, że łapię się za głowę.

Honorowa
patronka wpisu:

Po
co ci duża czcionka, czytelniku?
 
Chyba najbardziej denerwująca
cecha książek – albo może się starzeję i jako okularnik jestem
w jakieś dyskryminowanej części społeczeństwa – ale od
jakiegoś czasu staram się unikać książek z małym drukiem. Nawet
jeśli fabuła wygląda zachęcająco, to wolę poczekać i znaleźć
inne wydanie, które ma większe litery. Czasami robię wyjątki, bo
nie lubię, jak książka stoi w domu i „się marnuje”, tak więc
na przykład „Przeminęło z wiatrem”, które stało sobie
spokojnie na półce, przeczytałam mimo makabrycznie małego druku
(unikajcie wydania Czytelnika z lat osiemdziesiątych!). To problem
zminimalizowany w przypadku e-booków, ale nie wszystko ma e-book.
Dlatego czasami, kiedy słyszę, jak ktoś zżyma się, że książka
wydana jest z dużymi marginesami i dużym drukiem, żeby napompować
objętość, pytam sama siebie, o co ci chodzi, człowieku. Duży
druk twoim przyjacielem! 
Marginesy,
naprawdę?
No dobrze, są takie wyjątki, w
których jestem w stanie ścierpieć brak marginesów. Taki na
przykład Kafka życzył sobie jak najmniejszych i żeby wydawca mu
nie rozbijał tekstu na akapity, bo on by wolał ścianę tekstu. Ale
w innych przypadkach książki bez marginesów po pierwsze nie
pozwalają na ewentualne notatki (swoje książki, nie cudze albo
publiczne, rzecz jasna), a po drugie rozbijają tekst na długie
linijki, w których łatwo się pogubić. Dlatego zupełnie nie wiem,
dlaczego niektórzy wydawcy bali się – lub boją – marginesów.
A czasami rezygnują z nich, żeby zaprezentować nam dziwną
typografię od skraju strony do skraju strony (celuje w tym,
niestety, część starszych książek Krytyki Politycznej).
Na początku chciałam porobić zdjęcia takich przykładów, ale potem okazało się, że większość tego nieprzyjemnego księgozbioru przebywa z wizytą na półkach w moim domu rodzinnym. Dlatego muszą wystarczyć zdjęcia wyjątkowo niezadowolonych zwierząt (w tym szop w wydaniu zwykłym i kosmicznym). Źrodło.
Po
co ci kilka tomów, tym, czego najbardziej potrzebujesz, są mięśnie!
Czyli wydawajmy cegły. Z jednej
strony – dobrze, w porządku, nie muszę płacić za trzy książki,
mogę za jedną. Jeśli to książka elektroniczna – wszystko
jedno. Ale jeśli papierowa? Plus istnieje zupełnie zabójcza
kombinacja: cegła i mały druk. Wtedy człowiek ma ochotę się
rozpłakać. Czasami także z bólu, bo jedna rzecz, to oczy, a druga
to kręgosłup, nadgarstki i pośladki – bo jednak liczba pozycji,
w jakich da się cegłę czytać, jest ograniczona. No i jednak
trudniej się z nią wybrać na miasto („hm, myślisz, że lepiej
zrezygnować z książki, czy z drugiego śniadania i kalendarza?”).
Serio
chciałeś to czytać dla treści?
To znaczy przedziwne pomysły
typograficzne, które skutecznie odciągają nas od treści w stronę
formy. To znaczy nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam pięknie wydane
książki, ale na przykład za nic nie umiem rozgryźć, dlaczego w
tym małym wydaniu „Nie kończącej się opowieści” ze Znaku
tekst jest trójkolorowy, skoro w ogóle nie ma to sensu, jeśli
chodzi o fabułę? Co innego na przykład w tym wydaniu „Mistrza i
Małgorzaty”, w którym na kolorowo oznaczono fragmenty wycięte
przez cenzurę. Poza tym istnieje dla mnie pewna granica: można
wydać książkę w bardzo artystyczny sposób, ale jeśli nie
utrudnia to czytania. Albo jeśli to jest książka do oglądania.
DUże
I TAKiE InnE LiTeRy
Koronny przykład powyższej
zasady. Miałam kiedyś w ręku książkę naukową – zupełnie już
nie pamiętam wydawnictwa – która była obarczona (bo trudno
znaleźć lepsze słowa) właśnie taką osobliwą typografią.
Żadnych marginesów, dziwny format, część liter była wielka,
część mała, w dodatku niektóre słowa napisane były większą
czcionką, inne mniejszą i nie miało to w dodatku żadnego sensu.
Żadnego. Po prostu jakby losowo nadać jakąś cechę danemu słowu.
Co tam zdania, co tam sensy – ważne, że jak się taką książkę
otworzy, to zapada w pamięć (i daje po oczach). I mimo że tematyka
mnie zainteresowała, odłożyłam książkę i uciekłam z krzykiem.
Do dzisiaj śni mi się ona po nocach.
Ha,
ha, sądziłeś, że wsadzisz tę książkę do torby?
Czyli osobliwe formaty. Za nic
nie umiem rozszyfrować sposobu, w jaki się je dobiera. Bo na
przykład rozumiem, że wydaje się książkę o 100 sposobach na
przyrządzenie jajka i jest to książka okrągła. Albo to
książeczka dla dzieci o samochodach w kształcie samochodu. Ale
dlaczego na przykład „Eine kleine” Liskowackiego jest kwadratowe
(część tomików Biura Literackiego i Staromiejskiego Domu Kultury
ma zresztą to samo)? Nie dość, że nigdy nie będzie dobrze
wyglądało na półce, to jeszcze utrudnia czytanie, bo wersy się
wydłużają i potem trudno odgadnąć, gdzie jest dalsza część
zdania.

Rozglądaj
się za papierem pakowym, naiwniaku!
To znaczy książki z żenującymi
okładkami. No dobrze, wiem, że jest coś takiego jak złe książki
ze złymi okładkami. Wiem, że istnieje cała branża dynamicznego
self-publishingu z dynamicznie okropnymi chałupniczymi okładkami
(są chwalebne wyjątki!). Ale co, jeśli książka jest niezła, a
okładka sprawia, że samemu czuje się zażenowanie na jej widok, a
co dopiero na myśl o pokazaniu się z nią publicznie? Jak już
pisałam, świat, w którym książki trzeba pakować w papier
pakowy, to zły świat. Ale wcale niekoniecznie pakuje się je
dlatego, że się wstydzi tego, co się czyta, a po prostu po to,
żeby nie ranić sobie wzroku boleśnie za każdym razem, kiedy się
zamyka czytaną pozycję. Celują w tym wszystkie te okładki z
darmowymi zdjęciami. Pal licho, czy pasują klimatem do utworu.
Pamiętam na przykład to wydanie „Księdza Rafała” – książki
nie wybitnej, ale bardzo przyjemnej do przeczytania w dwa popołudnia
– z jakimś zupełnie nie wyglądającym komfortowo modelem w
sutannie z rowerem pod jabłonią. No normalnie ojciec Mateusz
dwadzieścia lat wcześniej. Okładka sugeruje straszny kicz i całe
szczęście, że się nie dałam i przeczytałam, bo miałabym mylne
pojęcie. A to jeszcze delikatny przykład. Pamiętacie stare wydanie
„Kronik Amberu”? Brr!
Tylko
nie zostawiaj tej książki w łazience
Czyli ekologia przed erą
ekologii. To znaczy książki wydane na papierze ekologicznym. I
powiem wprost: mam do nich pewien sentyment, bo takie mam wydanie
niektórych tomów Sagi o wiedźminie, tylko że no właśnie:
niektórych. Bo część jest śnieżnobiała. To jednak denerwujące
(i nie wiem, czy ja coś przegapiłam, czy po prostu Supernowa wydała
część tak, a część tak). Mimo wszystko jednak to nie są dobrze
wyglądające książki. Co dziwne dzisiaj, kiedy takie
ekorozwiązania pewnie zdobyły rzesze fanów, od dawna już nie
widziałam takich nowych wydań. Także z jednej strony cenię sobie,
że w ten sposób przetwarza się surowce wtórne, a z drugiej
denerwuje mnie taki papier, bo się łatwo rwie i pisanie sobie na
nim notatek na marginesach to swego rodzaju misja niemożliwa (i ten
dźwięk ołówka na takiej fakturze!).
Naprawdę
chciałbyś to przeczytać więcej niż raz?
Czyli książki klejone. Ciasno.
Chcesz doczytać ostatnie słowo w wersie? No to pożegnaj się z
książką jako nierozdzielną całością. Rozumiem, że klejenie
jest tańsze, ale takie książki rozpadają się z prędkością
światła. Najgorzej, jeśli to książka biblioteczna albo pożyczona
od kogoś znajomego – w takim wypadku luźne kartki mogą zaskarbić
nam nienawiść kolejnych czytelników (a jeśli jeszcze jakąś
zgubimy…!) albo nadwerężyć znajomość. Są jeszcze te klejone
ciasno książki, które się nie rozklejają. Ale wtedy dużo
szczęścia w doczytywaniu końcówek zdań.
A
tak w ogóle, to zabił kamerdyner!
Czyli kto tak w ogóle pisze te
teksty z okładek? Inna sprawa to wszelkiego rodzaju hasła
marketingowe, które jak pokazują ostatnie przykłady (np. tu i tu) skręcają w
stronę, która coraz mniej ma za zadanie powiedzieć czytelnikowi,
co to za książka, a bardziej powiedzieć mu: „hej, to się dobrze
sprzedaje, a to jest podobne, no weź, kup!”. A jeszcze inna to
straszliwe spojlerowanie na ostatniej stronie okładki. Od jakiegoś
czasu czytam te teksty już jak skończę czytać książkę, bo
kilka razy się nacięłam, że ktokolwiek to pisał, to streścił
książkę co najmniej do połowy albo zakończył zdaniem „żeby
na końcu okazało się, że mają do czynienia z mordercą w
habicie!”. Pamiętacie taki film z Benem Affleckiem, w którym grał
on twórcę tekstów na okładki książek? Jakoś tak za każdym
razem, jak tekst jest wyjątkowo zły albo bzdurny, widzę jego
twórcę właśnie z twarzą Afflecka. Nic do niego nie mam, po
prostu wrył mi się w pamięć.
A Was jakie pomysły tego rodzaju
denerwują najbardziej? A może któryś z powyższych zupełnie Was
nie razi?
________________
Ponieważ czytam teraz cegłę,
żeby móc podzielić się uwagami i wreszcie na spokojnie przeczytać
i recenzję, to chwilowo tutaj nie będzie recenzji. Tak więc
jutro znowu problematycznie – pochylimy się nad zagadnieniem,
które wydaje mi się frapujące. I w sumie myślałam, że to coś
niemożliwego, po czym się przekonałam, że Einstein i Sherlock
Holmes mieli rację. Będzie fajnie, więc wpadajcie!

38 Replies to “10 najdziwniejszych pomysłów edytorskich i wydawniczych albo auć, moje oczy!”

  1. Sporo zastanawiałem się nad wielkością czcionki i sobie myślę, iż jest ona odbiciem utrwalonego w społeczeństwie myślenia – duże litery są dla dzieci, małe dla dorosłych. Winę ponoszą za to chyba nauczyciele, utrwalając to w masie ludzkiej nieświadomie. Powinno się o tym mówić głośno i otwarcie.

    1. To na pewno – trafna obserwacja. Ale teraz mam wrażenie jest jeszcze jedna tendencja: to znaczy taka, że psioczy się na wydawanie książek z dużym drukiem, bo to sztucznie rozpycha objętość. I jasne, jeśli książka w ten sposób zostaje 1000-stronicową cegłą, można się zżymać, ale jeśli zamiast 200-stronicowej mamy 300-stronicową, ale za to dużo łatwiej czytalną książkę, to nie rozumiem do końca awantury (okej, może jeszcze czasami to rzutuje na cenę, ale też niekoniecznie).

    2. No ludzie zawsze lubią ponarzekać, że "tamci oni" kradno, oszukujo, przycinajo etc. biednego konsumenta, a cegła podzielona na 2-3 tomy jest wręcz idealnym obiektem ataku. "Patrzcie jacy pazerni! Tylko piniądze im w głowie! Panie, przecież to 20 zł, ja to mógłbym przeczytać i bez marginesów!" Mentalność mirka kładącego samodzielnie płytki w łazience, bo i tak nikt nie zwróci uwagi na to, że krzywe.

    3. Wiesz co, ale ja też kiedyś (za młodu ;-)) to jak ten Mirek bym mogła bez marginesów czytać, byleby za zaoszczędzony pieniądz kupić książkę, bo na dwie pewnie zbierałabym dłużej. To teraz się tak rozpuściłam, głównie przez kwestie oczne :-). Ale to prawda, że narzekać zawsze można – i to w dwie strony: "panie, jedną książkę z tego zrobić mogli, a porządną!" i "panie, grube toto, ni przypiął, ni przyłatał, mogli na tomy rozbić!" ;-).

    4. Dokładnie tak – w tych dwóch kwestiach można narzekać w dwie strony. I prawdą jest, że duża czcionka kojarzy się z książkami dla dzieci (ale nie dlatego, że utrwalają to w nas nauczyciele, tylko dlatego, że taki jest fakt) – ja jej nie lubię. Przy czym mam na myśli naprawdę dużą czcionkę (i najczęściej jeszcze podwójne odstępy między wierszami). Z taki dziwactwami, jak różne litery, czy kolory w tekście, się nie spotkałam.

    5. Jasne, przesada jest niewskazana w żadnym kierunku, w końcu miło, jak na stronie mieści się więcej niż jedno zdanie ;-).

  2. Świetny wpis – mogę podpisać się pod każdym z powyższych punktów. Najmniej obchodzą mnie okładki, zaś najbardziej czcionka. Ja również nauczyłam się już odrzucać książki z nieodpowiednim dla mojego wzroku drukiem, bo stara już jestem i szkoda mi zdrowia.

    Co do marginesów, to czasem zauważam tendencję odwrotną – niektóre wydania mają tyle 'światła', że więcej tam odstępów, marginesów i prześwitów niż samego tekstu. To mi przypomina o czasach kombinowania z zawyżaniem objętości prac na studiach 😉

    1. Dziękuję :-). No właśnie, starość człowieka dopada tak niespodziewanie w trakcie lektury ;-).

      Też czasami mam skojarzenie z tym "rozpychaniem" objętości – ale trochę tak, jak pisałam w komentarzu wyżej: mimo wszystko wolę te wielkie marginesy od takich ociupek, które właściwie nawet nie są marginesami. Mimo wszystko wygodniej się to czyta, a nie wiem, czy autorzy naprawdę mają taką satysfakcję, że ich książka jest "taka gruba", żeby z tego powodu tego nie robić :-).

  3. O tak jeśli chodzi o ksiązki z ktorymi strach wsiąść do komunikacji jakiekolwiek, to ja mam problem z polskimi edycjami biografii nazistów, bądź opracowań o Einsatzgruppen, czy innych, równie nieprzyjemnych oddziałach. Polscy graficy stwierdzili, że im więcej damy swastyk i adlerów tym lepiej. A to od razu niestety przyciąga uwagę i prowokuje współpasażerów do pytań, a mnie do tłumaczeń, że nie jestem nazistką. koszmar.
    Moim ulubionym przykładem jest, świetna zresztą i nr 1 na liście ulubionych książek: Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej.
    Tak wygląda oryginał: http://www.nuw-versand.de/media/images/popup/image_10296_1.jpg
    Tak wersja angielska: http://ecx.images-amazon.com/images/I/51hlN099V%2BL._SY344_BO1,204,203,200_.jpg
    I polska: http://cdn3.asteroid.pl/c12/a.swistak.pl/221/536/221536371_1024.jpg

    1. No tak, przykład jest porażający. Ale wiesz, to chyba wszystko wypływa z tego, że mamy taką filozofię wydawniczą, że okładka musi teraz, zaraz, od razu powiedzieć czytelnikowi wszystko. I przyciągnąć uwagę. A co lepiej przyciąga niż swastyka, nieprawdaż. Może jeszcze kobieta w skąpym bikini na wielkim smoku (czyli dlaczego okładki fantastyki z lat 90. fizycznie bolą).

    2. Okładki Amberu z lat 90 😀
      pamiętam ksiazke nazywala sie Wiedźma Burz bodajże i tam byla taka wlasnie pani ze smokiem czy wielkim mieczem, zupelnie nie pokrywalo sie to z trescia ksiazki.

    3. Tak! Amber w tym celował! Kobiety w bikini ze smokiem były na wszystkim (jako że rzecz jasna bikini jest najwygodniejszym strojem bojowym)!

    4. Skad takie okladki sie bralo tak swoja droga 😀
      bo to byly czasy przed stockami i tym podobnymi, a nie wierze ze zatrudniali fantasy "artystów" do malowania tych potworków

    5. A to nie były kompilacje lub ew. przedruki dzikich wydań zza oceanu? Bo tak trochę wyglądały (niestety nie mam pod ręką żadnego, żeby sprawdzić). Poza tym – na pewno ktoś kiedyś namalował coś takiego, wcale by mnie to nie zdziwiło :-).

    6. Namalować zdecydowanie 😀 ale raczej nie byly to ilustracje typowo do tej ksiazki ktora wydal amber, byc moze zostaly podkradzione. Ciekawa sprawa do wysledzenia szczerze powiedziawszy

    7. Trzeba by było zajrzeć do danych okładkowych, może sprawa jest prostsza, niż podejrzewamy ;-).

  4. Przypomniałaś mi o "Księdzu Rafale";) Bardzo dobra książka, swoją drogą. Ale rzeczywiście zasługuje na lepszą okładkę.
    A jeśli chodzi o czcionkę, pomyślałam o "Bastionie" Stephena Kinga. Druk był tak mały, a sama powieść mimo tego taka gruba (ponad 1000 stron…). Chyba lepiej było wydać to w częściach;)
    Opisy na okładkach? Idealnym przykładem, który nazwałabym roboczym tytułem "tak nie robimy", jest tekst na odwrocie książki Camilli Lackberg "Zamieć śnieżna i woń migdałów". Chyba nie zdradzał zakończenia (ale swoją drogą, "powieść" była tak marna, że…) ale konsekwentnie przekłamywał informacje zawarte w książce, tworząc iluzję, że cała historia jest lepsza i bardziej ekscytująca, niż to było w rzeczywistości. Pytanie, czy twórca tego opisu rzeczywiście przeczytał całość, czy przerzucił kilka kartek i wydawało mu się, że "Zamieć…" jest właśnie o tym, o czym napisał;)
    Ach, i dziękuję za link do mojego postu;)

    1. Lubię "Księdza Rafała" (pierwszą część bardziej), ale okładkę ma jak tanie romansidło, niestety.

      Te grubaśnie księgi z małym drukiem to też ostatnio jakaś plaga ("Krawędź wieczności" Folleta też została tak wydana, i dwa tomy wcześniejsze też, jeśli się nie mylę – i rozumiem oszczędność, bo taniej kupić trzy tomy, a nie np. sześć (albo autor może się nie zgodzić na rozparcelowywanie książki), ale czyta się to koszmarnie; pół biedy, jeśli książka jest jeszcze interesująca :-)).

      Tak, na opis z okładki równie łatwo się naciąć w tym sensie, że może pokazywać zupełnie inną książkę niż ta, którą czytamy. Ach ten Ben Affleck! 😉 A za link nie ma sprawy, uwielbiam w blogach to, że można do nich odsyłać i tworzyć taką sieć informacji dostępną za jednym kliknięciem! 🙂

    2. O tak, pierwsza część była lepsza;) A czytałaś książki o księdzu Groserze ("Adieu", "Trufle", "Cudze pole") Grzegorczyka?

      "Bastion" był rewelacyjny i zdecydowanie warto było go przeczytać. Ale mimo wszystko ubolewam, że wzrok już nie ten…;)

    3. Czytałam :-D! Mam trochę mieszane zdanie o tych powieściach, bo z jednej strony są całkiem fajnym świadectwem sytuacji katolików w latach 90., główny bohater jest bardzo sensowny, ale z drugiej tam jest trochę takich pisarskich potknięć – czy raczej: widać, że nie od początku to miały być powieści (drukowali to w odcinkach, bodajże we "W drodze"?), jest sporo skrótów i część opisowa miejscami kuleje, żeby ustąpić miejsca konkretnym problemom przebranym za różne postaci (które są czasami bardzo poruszające, więc jakby nie do końca uważam to za wadę). No i zakończenie trzeciej części pozostawiło we mnie pewne zdziwienie rozwiązaniem. Och, chyba muszę o tym napisać osobny post kiedyś :-).

      A znasz "Jezusa z Judenfeldu"? To krótka powieść o Groserze w Austrii, wyszło w zeszłym roku, całkiem miło było wrócić do tego bohatera (to nie jest niestety ciąg dalszy).

    4. Czytałam te książki już jakiś czas temu i nie pamiętam ich zbyt dokładnie – dlatego nie mogę się odnieść do wszystkich Twoich uwag. W każdym razie ta seria pozostawiła po sobie dobre wrażenie;) Historie poszczególnych osób są tam ważne i stanowią ogromną zaletę powieści. Zakończenie.. chyba miałam mieszane uczucia. Ogólnie: wady były, ale całość się broniła;)

      Nie czytałam tej powieści. Jeszcze;) Rzeczywiście dobrze byłoby na chwilę do Grosera wrócić;)

      Za to nie polecam "Puszczyka", który – moim zdaniem – nie był już zbyt udany.

    5. Ja oprócz serii o Groserze Grzegorczyka zupełnie nie czytałam, ale na pewno jeszcze po coś sięgnę (zapamiętam, żeby nie po "Puszczyka"). Daj znać, jak przeczytasz "Jezusa…", czy powrót był miły czy nie :).

  5. Jeśli chodzi klejenie, to samo w sobie nie jest problemem, tylko jakość użytego kleju i wielkość wewnętrznego marginesu 🙂
    Może jestem dziwna, ale ja lubię książki tanie, w miękkich okładkach, małym formacie – a więc z małą czcionką – i na byle jakim papierze – bo są lekkie i poręczne. Można je wszędzie zabrać i się z nimi zaprzyjaźnić. Nie toleruję natomiast kiczu okładkowego.
    I śmiem twierdzić, że książka z dziwną typografią, która opisałaś nie mogła być naukowa 😉

    1. Tak, właściwie to masz rację z tym klejeniem, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzaj kleju (i chyba też jego ilość? Ale tego nie jestem pewna).

      Niestety nie podzielam upodobania do książek w małym formacie. Na przykład te serie takie jak Nike od "Czytelnika" albo Koliber "KiW" to są moje zmory (a takie dobre książki tam wyszły! I to czasami jest ich jedyne polskie wydanie, chlip!).

      Niestety, to był zbiór artykułów, muszę poszperać w sieci, może znajdę dokładnie, co to było.

  6. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o formaty, to Anglosasi trafili niemal w sedno. Albo ja mam takie szczęście, ale zazwyczaj wydania angielskie mają odpowiedni format do wagi, font na tyle duży by nie męczyć oczu. Często też w bonusie ładne okładki.
    Ja bym jeszcze dopisała zmianę szaty graficznej w czasie wydawania serii. Dwa tomy trylogii w twardej oprawie i grafiką na okładce, trzecie w miękkiej i ze zdjęciem. Albo jeden tom wydany broszurowo, jeden już normalnej wielkości, a trzeci znowu broszurowy.

    1. Tak, pojawiła się taka myśl gdzieś (chyba wczoraj w komentarzach). To straszne, zwłaszcza jak człowiek kompletuje serię ("o, będzie ładnie wyglądać!"), a tu z niczego nic takie coś się dzieje. Albo np. pierwszy nakład jest mały, nie skompletuje się wszystkich części, a drugi wychodzi w innej szacie graficznej.

    2. Ostatnio tak było z serią o kuzynkach A.Pilipiuka. Autor po dziesięciu latach dopisał czwarty tom, wydawca w międzyczasie wypuścił na rynek cztery wydania, a z okazji nowego tomu- piąte. Oczywiście, wszystkie wydania są różne (formaty, grafika na okładce). Czytelnicy zrobili szum, a wydawnictwo udostępniło bezpłatnie obwoluty, które dopasowują czwarty tom do poprzednich wydań.
      Nie jest to rozwiązanie doskonałe, ale na pewno pomocne, jeśli lubi się porządek na półkach.

      PS. Dziękuję za podlinkowanie mojego wpisu :).

    3. Z "Sezonem burz" Sapkowskiego było przecież podobnie – ja i tak mam zupełnie z innej bajki co drugi tom Sagi o wiedźminie, ale fakt, że "SB" wydali jeszcze inaczej potęgował (we mnie przynajmniej) wrażenie, że czytam zupełnie co innego, a nie wiedźmina.

      No i nie ma sprawy, zawsze z radością :-).

    4. "Sezon burz" został w mojej pamięci w związku z aferą o brak ebooka, kwestia okładki jakoś mi przepadła. Ale fakt, nie pasuje do chyba żadnego wydania Wiedźmina, jakie mieliśmy.

    5. No niestety, nie pasuje (ten taki jakby tłoczony papier okładki, grafika, nawet opracowanie graficzne tekstu – zupełnie inaczej to wygląda). Ale fakt, afera z ebookiem też była :-).

  7. Ja akurat mam słabość do potężnych cegieł i niezbyt dużych (ale oczywiście w granicach rozsądku) literek, ale nie tego chciałam się czepić. Za to muszę się przyczepić do ilustracji: NIE MA MANULA! A przecież trudno o bardziej niezadowoloną minę niż ta: https://www.flickr.com/photos/oscar-carlos-cortelezzi/7886626188 Albo ta: https://www.flickr.com/photos/88147383@N02/10959456086 😉

    1. Biję się w piersi! Przyrzekam solennie przy kolejnym wpisie o niezadowoleniu zilustrować go samymi manulami! Już notuję w kalendarzu :-).

  8. Marginesy są ważne, gdzie indziej wszak można byłoby pisać "Marginalia" ;-P

    1. No ba 😉 (w ostatnim czasie coś Marginalia pisane z rzadka, czyżby książki z brakiem marginesów się głównie czytało ;)?)

  9. Nie mam czasu pisać, bo czytam co Pyzy mają do powiedzeniach o pierogach 😉

    1. E, o pierogach to nie za dużo, na szczęście, więc czas na pisanie się znajdzie zawsze ;-).

  10. Właśnie sobie coś przypomniałem. Mam tu na półce dziełko oprawione w tapetę, albowiem:
    a) mniej się niszczy, zwłaszcza gdy pożycza się znajomym; zawsze to chroni przed szkodami wyrządzonymi przez "nieznanych sprawców" (no przecież znajomy by mi książki nie upaskudził, n'est ce pas)?
    b) a właściwie B) jego okładka należy do ścisłej czołówki bezguścia edytorskiego; grafik płakał jak ją robił (albo pił… albo jedno i drugie): http://cms.antykwariat.waw.pl//mfc/5/3/d/b/485f998e43d62b6dcc185026fd1a8a14af2d.jpg

    1. No, dziełem sztuki to nie jest (chociaż w swojej własnej kategorii…), ale muszę powiedzieć, że do tej dziwnej szkoły ilustracji z lat 80. (?) mam pewien sentyment. Ileż to człowiek książek przeczytał ozdobionych (znowu: ?) podobną grafiką… Zwłaszcza klasykę w pewnym momencie wydawano w ten sposób: biblioteki są tego pełne. Ale tapeta zupełnie mnie nie dziwi :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.