Nie kończąca się opowieść albo dlaczego Robert Graves rządzi

Na
początek: wyznanie. Dość szybko nauczyłam się czytać. Nie była
to właściwie moja zasługa, bardziej samozaparcia członków mojej
rodziny. Tak czy inaczej, kiedy już posiadłam tę sztukę, rzuciłam
się w wir poznawania wszystkich książek, które były w domu i
wyglądały dość kusząco. Nie było ich zbyt wiele, bo albo byłam
wybrednym dzieckiem, albo faktycznie niewiele książek wyglądało
wówczas wystarczająco interesująco dla kilkulatki. W ten sposób
wyrobiłam w sobie nawyk wielokrotnego sięgania po te same pozycje i
zaczytywania się w nich do nieprzytomności. I chociaż najbardziej
zaczytaną przeze mnie książką były „Dzieci z Bullerbyn”
Astrid Lindgren, którym z pewnością należy się osobny wpis na
tym blogu, to moimi ukochanymi lekturami były przez okres kilku
ładnych lat zbiory mitów greckich.

A
mieliśmy ich w domu kilka, może nie jakąś szaloną ilość, ale
dość reprezentatywny wybór. Nie licząc przeróżnych atlasów,
słowników i leksykonów, na naszych półkach spoczywały dumnie
trzy autorskie opracowania mitów greckich. Standardowa, wydana dość
obskurnie „Mitologia” Jana Parandowskiego, rozpadające się
„Mity greckie” w bardzo miękkiej okładce Wandy Markowskiej i
najdumniejsze, egzemplarz w pięknej twardej oprawie, „Mity
greckie” Roberta Gravesa. Chciałabym dzisiaj napisać co nieco o
tych trzech wspaniałych, z małą nutką nostalgii i wielkim
ładunkiem sentymentu (z pewną też nieśmiałością, bo są blogi, na których autorzy piszą o tej tematyce z dużo większym znawstwem – polecam zwłaszcza blog Ninedin). I nawet wyszło mi odpowiednio do daty, bo trzech autorów na Trzech Króli.
Za ilustracje do dzisiejszego wpisu posłużą nam zdjęcia waz ze zbiorów greckiej ceramiki Muzeów Watykańskich.
Jan
Parandowski, „Mitologia”: czyli jak uporządkować nieporządnych
greckich herosów
Chociaż
najbardziej popularne wydanie „Mitologii” to to ze złotą maską
Agamemnona na okładce, my mieliśmy w domu to starsze, z rysunkiem z
wazy greckiej. Heros obdarzony spiczastym nosem dorobił się w
czasie pożyczki ozdobnego makijażu oka, wykonanego niezwykle
starannie czyimś długopisem, ponadto okładka niebezpiecznie się
obrywała. To wydanie z maską wydawało mi się więc przez długi
czas (okay, właściwie do dzisiaj) jakimś rodzajem świętokradztwa
i uzurpatorstwa. Mimo, że tak naprawdę zbiór Parandowskiego
lubiłam właściwie najmniej.
Dlaczego?
Parandowski wszystko starannie pogrupował: są więc osobne
rozdziały o bogach, osobne o herosach i tak dalej. Miałam jednak
problem z tym, że to są wszystko opowieści mocno wygładzone,
właśnie zbyt uporządkowane, wygładzone. Jak najbardziej nadające
się do czytania jako lektura szkolna (tyle tylko, że może
niekoniecznie w liceum, gdzie czytało się je za moich czasów).
„Mitologia” Parandowskiego nie nastręcza wielu problemów
potencjalnemu czytelnikowi, bo ani nie pokazuje świata wierzeń
jakoś bardzo odmiennego, ani nie pozwala się wczuć w klimat
antycznej Grecji, ani nie dostarcza zagwozdek: czemu ktoś zrobił
coś tak, a nie inaczej, po co to wszystko, ach, zgrzytnę zębem nad
postępowaniem Aresa itd. To zbiór dobrych do poczytania opowieści,
baśniowych w wydźwięku. Niechętnie do tego Parandowskiego wracam,
chyba, że szybko muszę znaleźć jakiś fakt. Bo że w tym wydaniu
„Czytelnika” w nagłówku zawsze znajdę informację, o czym mówi
dana strona, jest bardzo przydatne.
Wanda
Markowska, „Mity Greków i Rzymian”: czyli baśń dla dorosłego
czytelnika
Wydanie
Markowskiej jest dużo bardziej baśniowe, ale pod spodem kryją się
demony. Markowska napisała swój zbiór pierwotnie dla młodzieży
(tuż po wojnie), więc nic dziwnego, że mamy tu opowiadania w
klimacie niezwykle baśniowym. Delikatnie zasugerowane mamy tam
jednak dużo krwawsze rozwiązania, ale wszystko to pozostaje na
poziomie niedomówienia. Jako dziecko zupełnie tego nie wyczuwałam,
więc misja Markowskiej chyba się powiodła.
Wspomnieć
należy o dodatku, jakim były mity rzymskie. Brakowało im jednak
tej potoczystej narracji, było to raczej kilkadziesiąt stron czysto
informatywnych: kto jak został przechrzczony z greki na łacinę i
kto zabił Remusa. Zawsze odczuwałam niepokój na myśl o tym, że
Rzymianie nie zostali wyposażeni w taki rodzaj potoczystej opowieści
jak Grecy i widziałam w tym sporą niesprawiedliwość: bo jakże to
tak, opowiadali sobie takie suche historie i już? Oczywiście
później nie tylko dowiedziałam się, że było inaczej, ale też
odkryłam „Eneidę”, ale to już inna historia.
Robert
Graves, „Mity greckie”: czyli sex, drugs and rock’n’roll
Dobrze,
przyznaję, że właściwie cały ten wpis pisałam, żeby napisać o
„Mitach…” Gravesa. Pamiętacie taki łańcuszek „10 książek,
które cię ukształtowały” (albo coś w tym guście)? Czytając
odpowiedzi przeróżnych ludzi po pierwsze nie mogłam wyjść ze
zdumienia, że kogoś ukształtowała „Anna Karenina”, a po
drugie, że jakoś nikt nie miał podobnych lektur dzieciństwa, co
ja. Aż w końcu na blogu Suzarro wyczytałam, że i ona „ulubiła”
sobie wybór Gravesa! Poczułam się jakoś pokrzepiona. Bo co
takiego właściwie jest w tej mitologii?
Nie
wiem, czy znacie taki odcinek „Przyjaciół”, w którym Phoebe
(notabene zobaczcie, jak się to wszystko ślicznie wiąże z grecką
mitologią!) gra dla dzieci w bibliotece piosenki i staje się wśród
nich bardzo popularna, bo śpiewa „prawdę”? No to moją Phoebe
był chyba właśnie Graves. Jasne, że te mity nie są może
najbardziej odpowiednią lekturą dla siedmiolatki, bo autor niczego
nie ukrywa. Wręcz przeciwnie: eksponuje najbardziej krwawe i
falliczne aspekty greckiej kultury antycznej. Ale przy tym, że jest
to zbiór mitów niesamowicie bogaty, to Graves robi coś jeszcze:
nie pokazuje Grecji starożytnej jako monolitu i nie pokazuje mitu
jako opowieści skostniałej. Robi to, włączając do swojego zbioru
mity z różnych części półwyspu i wysp i pokazując
wielotorowość, która kształtowała mit. Na początku nie mogłam
zrozumieć tego miliona przypisów do każdego mitu, a potem zaczęłam
się w nich rozsmakowywać. Bo ta sama opowieść mogła nie tylko
kończyć się inaczej, ale mieć niemal nieskończoną ilość
wariantów. Lektura Gravesa uświadomiła mi, czym w istocie jest
mit. To jakoś wtedy zaczęłam sama pisać własny zbiorek, w
zeszycie w kratkę, opisując kolejne poczynania bogów i bohaterów.
Nie
wiem, co się z nim stało, ale pamiętam, że znalazłam go jeszcze
jakiś czas temu i byłam zdumiona tym, jak jest napisany. Nie było
to po prostu przepisaniem tego, co zrobił Graves, ale pisane było
tak, żeby naśladować język, którego używał. Bo chociaż jego
„Mity greckie” opatrzone są ogromem aparatu krytycznego (te
przypisy!) to jest w tym też niesamowita poetyckość opisu, która
czasami przykrywa grozę tego, o czym pisze. Graves zresztą nie
kryje przed czytelnikiem, że świat, który opisuje, to nie jest
„złota era” i że w gruncie rzeczy nigdy taki nie był. Herosi
mają swoje słabości (Herakles i jego podejście do małżonek),
bogowie im w tym zupełnie nie ustępują. Zakończenia bywają złe
i potem przepisywane na nowo, żeby mieć inny wydźwięk (ponownie:
rozdział o apoteozie Heraklesa czytałam zawsze, kiedy było mi
smutno – to taki happy end po latach, kiedy już wydaje się, że
nic nie da się zrobić i bohater jest skazany na snucie się między
asfodelami).
Nie
powiem od razu, żeby czytać to dziecku do poduszki, ale rozmach, z
jakim Graves kreśli przed czytelnikiem ogrom setek lat, które
wypracowały kolejne wersje danego mitu, jest zachwycający. To tam
możemy spotkać się z taką bardzo prostą narracją, że ktoś
mówił o tym tak, ale z drugiej strony można było usłyszeć też
historię o tym, że jednak było inaczej. I zawsze znajdziemy jakąś
wersję, która nas usatysfakcjonuje. Albo chociaż świadomość, że
wszystko dało się opowiedzieć inaczej – tak, żeby i nasz
bohater otrzymał dokładnie to, na co zasługuje. To piękno wielorakiego kanonu (jeśli można to nazwać kanonem, kanonami może raczej?) jest pocieszające i dające pewien komfort w świecie mało komfortowych właściwie historii.
I
może dlatego taka zawiedziona byłam, siedząc w kinie na
Disneyowskim „Herkulesie”: za mało tam było tego rozmachu i
wielokrotności, do których przyzwyczaił mnie Graves. Ale muzyka
była przednia.
____________________________________
Gdybyście
chcieli podzielić się swoimi wspomnieniami i opiniami o greckich
mitach, zachęcam gorąco! Z chęcią bym, chociaż po latach,
skonfrontowała swoje opinie z opiniami innych. A jutro, gdybyście
mieli ochotę tu wpaść, będę pisała – ach, tak bardzo lajfstalowo – o
miejscach (do) czytania. W szerokim tego słowa znaczeniu.

Comments

  1. Altti Anonim

    Za dużo już moich komentarzy, ale sama się prosiłaś…
    Wychowałem się na Markowskiej (i to ledwie zyskując wiek dwucyfrowy, a może rok wcześniej). A każdy, kto czytał najpierw Markowską, z politowaniem patrzyć będzie na zbiór Parandowskiego. Takie to grzeczniutkie, gładziutkie i – jak sama zauważyłaś – nie wiadomo co bohaterami kieruje. Po co oni się tam pchają.
    Gravesa nie czytałem.
    Ale zachwycił mnie Zygmunt Kubiak. Tyle, że to opracowanie naukowe, niemal zbiór esejów, które pokazują "na surowo" jak się mity wykuwały, gdzie szukać tekstów źródłowych. Ale jest fajne. Szczególnie gdy położyć jego "Mity…" obok "Złotej gałęzi" J. Frazera, od której zaczyna się poważne religioznawstwo porównawcze. (Niestety ze "Złotą gałęzią" jest jak ze wstępem do psychoanalizy" Freuda – kamień węgielny, o którym współcześni fachowcy mówią z zażenowaniem…)

    1. Post
      Author
      admin

      Miałam dodać Kubiaka w suplemencie, ale ponieważ poznałam go znaaacznie później niż pozostałe mitologie, był jakby trochę poza moją koncepcją posta. W każdym razie tak, zgadzam się jak najbardziej, że to też fascynujące źródło do poznania wierzeń Greków (btw: zajrzyj do Gravesa, warto!). Serio ktoś mówi z zażenowaniem o "Wstępie…" Freuda? Może bagatelizować psychoanalizę freudowską, ale to inna para kaloszy. Co do "Złotej gałęzi" – dla mnie jest ona nieustającym źródłem radości i na pewno pojawi się tu na blogu w co najmniej jednym wpisie :-). I więcej na razie nie powiem (chociaż może jeszcze: mam sentyment do tego, jak Frazer składa ze sobą różne zasłyszane i wyczytane elementy, pokazując pewną myśl czy ideę przewodnią, którą da się w nich namierzyć i jest źródłem inspiracji, ale określiłabym "ZG" raczej jako taki trigger dla dalszych badań, niż takie zupełnie poważne-poważne religioznawstwo jeszcze wtedy).

    2. Altti Anonim

      Właśnie od tego pomysłu na zestawienie ze sobą różnych elementów, zaczęło się myślenie o porównywaniu mitologii i religii. On był tylko zaczynem, właściwą robotę wykonano grubo potem.
      Co do "Wstępu…", to miałem możliwość rozmawiać z praktykującymi psychologami i gdy przyznałem się do czytania wymienionej pozycji, wymienili znaczące spojrzenia i zaczęli mi tłumaczyć, że mam się nie przywiązywać do tego, co tam przeczytałem, gdyż zweryfikowano potem większość tez i nie tyle je obalono, co skorygowano. Z resztą spór Junga z Freudem wskazywał, że już od początku nie można było się z Freudem całkowicie zgodzić.

    3. Post
      Author
      admin

      Nie znam się na psychologii jako takiej, myślałam o Freudzie w podobnym kontekście, jak o Frazerze, tzn. jako o ojcu-założycielu pewnej szkoły naukowej. Bo tak samo jak Frazer i inni ewolucjoniści to praojcowie profesjonalnej (wtedy jeszcze, jak to się mówi, "gabinetowej") etnografii są pewnym punktem odniesienia – w większości dzisiaj negatywnym – który trzeba znać, podobnie jest z psychoanalizą, też tą w wydaniu freudowskim. Której się przecież używa jako narzędzia interpretacyjnego w różnych naukach – i które trzeba znać, żeby zrozumieć dalszy ciąg wydarzeń w nauce, śledząc dzieła innych twórców.

    4. Altti Anonim

      Wydaje mi się, że dobrym odniesieniem będzie tu świat techniki. Bracia Wright zbudowali samolot i przelecieli nim skutecznie kilka metrów. Oni są ojcami lotnictwa. Ale od ich czasów technika poszła do przodu. Nikt, nawet amatorzy, nie kopiuje ich pomysłu, lecz używa się rozwiązań nowoczesnych, opartych o to, czego się nauczyliśmy przez ponad sto lat. Ale to bracia Wright stoją na pomnikach.
      Podobnie z Freudem i Frazerem: są – jak to ładnie ujęłaś – ojcami-założycielami pewnych dyscyplin naukowych, ale obie te dyscypliny poszły bardzo naprzód od ich czasów.

    1. Post
      Author
  2. aHa

    A ja się "wdrożyłam" w mitologię zupełnie inaczej – dzięki "Opowieściom z zaczarowanego lasu" Nathaniela Hawthorne'a. Do tej pory pamiętam niektóre ilustracje do tej książki, które były wyjątkowo niepokojące. No i historie nie zawsze dobrze się kończyły, co dla sześciolatki je czytającej było sporym szokiem. Parandowskiego napoczęłam dopiero w ósmej klasie i miałam odruch "ale to przecież nie tak było!!!" bo Hawthorne oparł się na innych wersjach mitów 😉

    1. Post
      Author
      admin

      To podobnie jak u mnie z Gravesem. Muszę koniecznie znaleźć tego Hawthorne'a, bo brzmi to bardzo obiecująco (czy jest tylko jedno wydanie – pytam ze względu na te ilustracje?).

    2. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.