Książki kucharskie albo jak trudno pisze się o jedzeniu

Jedną z moich
ulubionych gulity pleasures (bo
nie będę udawała, że mam tylko jedną) jest oglądanie
amerykańskiej wersji „Masterchefa”. Ostatni sezon co prawda nie
dostarczył mi już aż takiej przyjemności, bo umknął zeń
element, za który tak lubiłam ten program: mnogość sposób, na
jakie członkowie jury umieli mówić o jedzeniu.
Mówienie
– czy w przypadku problemu, o którym piszę – pisanie o jedzeniu
nie jest wcale sprawą łatwą. Wydaje się zresztą, że to w ogóle
pewna nowość: opowiadać o jedzeniu w specyficznym gatunku
literackim, na jaki wyrasta książka kucharska. Bo weźmy na ten
przykład którąś z książek Lucyny Ćwierciakiewiczowej: mamy tam
przepisy, składniki i dokładne instrukcje, co z czym połączyć,
żeby wyszło nam co innego. Ale nie ma tam opisu procesu, w jakim
wyłonił się polecany przepis, ani zbyt wiele o samym jedzeniu jako
takim. Od czasu do czasu pojawi się uwaga na temat tego, jakie
powinny – lub nie powinny – być składniki danej potrawy, ale to
by było na tyle. Ze słynną Julią Childe jest mniej więcej tak
samo. Tymczasem obecnie mamy lawinowy zalew książek kucharskich, w
których liczą się nie tylko ciekawe przepisy, piękne zdjęcia
albo, dajmy na to, sława autora, ale też krótka gawęda o daniu.
Dlatego dzisiaj może dwa słowa o książkach kucharskich, w których pięknie i ciekawie pisze się o jedzeniu. Wybór bardzo subiektywny: z mojej własnej półki.

Nigella
Lawson, „Kuchnia. Przepisy z serca domu”
Można
dużo mówić o skandalach wokół Nigelli, ja pozostanę fanką
sposobu, w jaki pisze o jedzeniu. Właściwie była to moja pierwsza
książka kucharska, w której zwróciłam uwagę na sposób, w jaki
autor/ka pisze o tym, co i dlaczego gotuje, a nie po prostu podaje
listę składników i instrukcje, jak je połączyć. W pisaniu
Nigelli jest to wszystko, co lubię: masa smakowitych przymiotników,
krótka historia każdej potrawy, czasami z anegdotką odnośnie
inspiracji, czasami z podziękowaniem jakiejś osobie, u której ją
jadła po raz pierwszy albo nazwą knajpki, gdzie można tego dania
spróbować (i co z tego, że często chodzi o lokal na drugim końcu
świata – nigdy nie wiadomo, kiedy los rzuci człowieka na
Jamajkę). I tak samo, jak nigdy nie podzielałam wszystkich tych
zachwytów nad programami telewizyjnymi Nigelli – wiele z nich
miało seksualny podtekst, który mi nie odpowiadał – tak
„Kuchnia” pozostaje jedną z moich ulubionych lektur.
Źródło.
Yotam
Ottolenghi, „Plenty more”
Chyba
najbardziej teraz modny szef kuchni, w każdym razie da się o nim
usłyszeć u nas z różnych zaułków medialno-szeptalnych. Zanim
powstało „Plenty more”, Ottolenghi napisał już „Plenty”,
które jest w porządku, ale nie zachwyca mnie aż tak, jak jego
kontynuacja-siostra. Dlaczego? W „Plenty more” wyraźnie widać
ewolucję stylu, w jakim autor gotuje. Wyraźnie akcentuje on proces
twórczy, skutkujący powstaniem nowego przepisu – przy czym nie
ukrywa, ilu ludzi często musi przy nim pracować, włączając w to
jego zespół, osoby próbujące, podpowiadające i tak dalej. Obie
książki są skutkiem jego felietonów o kuchni wegetariańskiej do
„The Guardian”, chociaż autor sam nie jest wegetarianinem.
Podoba mi się jego podejście do problemu, bo ani nie zachęca, ani
nie odradza, ale widać, że szanuje takie podejście do jedzenia. W
„Plenty” przepisy były posortowane według produktów (to do tej
książki sięgnijcie, jeśli chcecie się dowiedzieć, czemu
bakłażan to król warzyw), w „Plenty more” natomiast – według
sposobów ich przygotowania: mieszane, gotowane, na parze, smażone
etc. Nie wspominając jużo szczypcie egzotyki, kiedy autor wspomina
o swoich podróżach. Bardzo lubię też krótkie wzmianki o tym, w
jaki sposób gotowanie (czy raczej zajmowanie się nim na gruncie
profesjonalnym) wpływa na rodzinę gotującego.
Źródło.
Jamie
Oliver (tudzież jego zespół), „Jamie at home. Cook Your Way to
the Good Life”
Jakiś
czas temu dowiedzieliśmy się, co wiele osób zresztą podejrzewało
od dawna, że Jamie Oliver nie jest wyłącznym autorem książek
sygnowanych jego nazwiskiem. Dlaczego zatem go tu umieszczam?
Dlatego, że bardzo lubię sposób, w jaki opisane są przygody z
gotowaniem w tej właśnie książce – i niezależnie, czy
opracował je sam Jamie, czy jego zespół, pozostaje to
niezaprzeczalną zaletą tej książki. Zacznijmy może od tego, że
przepisy pogrupowane są według pór roku – niektóre z produktów
mam wrażenie, że w Polsce przynależą do innej pory roku niż na
Wyspach, ale tak czy inaczej, jest to klasyfikacja interesująca i z
góry co nieco mogąca czytelnikowi podpowiedzieć. Równie
interesujący jest sposób prezentacji tekstów, które oscylują
wokół tego, co samemu można wyhodować w ogródku (co i jak siać,
żeby mieć wyniki i dynie-olbrzymki), ewentualnie upolować (wersja
dla mięsożerców). I chociaż wydaje się, że to wszystko są
sposoby bardzo proste, to w połączeniu ze ślicznym wydaniem,
udającym starą, klasyczną książkę kucharską, sprawia bardzo
dobre wrażenie. Idealna lektura na zimowy wieczór.
Źródło.
 Marta
Dymek, „Jadłonomia”
Najmłodsza
chyba książka w tym zestawieniu. Autorkę najpierw podczytywałam
na jej blogu, więc z radością sięgnęłam po jej dzieło w wersji
drukowanej. Każdy przepis poprzedza krótka historyjka o tym, skąd
się wziął albo co innego można zrobić z niektórymi jego
składnikami. Można mieć zastrzeżenia, że historie mogłyby by być
dłuższe, bo że autorka umie pisać o jedzeniu, nie ulega
wątpliwości (vide
wzmiankowany blog), korzystanie z książki utrudnia też brak
indeksu składników (który znacząco ułatwia znajdowanie przepisów
na szybko w powyżej omówionych książkach). Niemniej jednak
pozycja pozostaje godna polecenia, bo po pierwsze – została
pięknie wydana (Dwie Siostry umieją tak ślicznie wydawać książki
kucharskie!), a po drugie jest szansa na to, że samego pisania o
jedzeniu będzie więcej w kolejnych. Dla mnie miła lektura, ale
jeszcze nie wiem, jak często będę wracała do samego czytania
książki, a jak często tylko dla przepisów.
Źródło.

Jérôme
Eckmeier, „Vegan: tut gut – schmeckt gut!”

Eckmeier jest
niemieckim kucharzem, gotującym wyłącznie dania wegańskie. Umie i
lubi pisać o potrawach wegańskich, nie szafując przy tym
argumentami w stylu: „są zdrowsze” czy „nikt nie musi ginąć,
żebyście mogli je zrobić”. Jego koronnym argumentem jest po
prostu: „są smaczne”. Bo faktycznie są – jest to jedna z tych
książek, z której chcę wypróbować po kolei wszystkie przepisy i
jak na razie żaden mi jeszcze nie podpadł. Autor celuje również w
polecaniu sposobów, w jakie można uatrakcyjnić posiłek dla
dzieci. Do tego dochodzą elementy zwyczajowe, które tak lubię:
historia przepisu, sposoby jego modyfikacji, jak łączyć ze sobą
dania, a także jak radzić sobie z co bardziej ekstrawaganckimi
składnikami, ewentualnie czym je zastępować. Szata graficzna też
nie pozostanie bez małej mojej uwagi: każdy przepis dostaje swoje
całostronicowe zdjęcie, a do tego użyta została jedna z moich
ulubionych nagłówkowych czcionek, więc czuję się ukontentowana
czytając (i gotując) z tą książką. 
Źródło.
 

A
Wy macie swoje ulubione książki kucharskie, które po prostu lubicie
czytać? Wiadomo, oczywiście, że nie na głodnego.

______________________
Jutro pozostajemy w podobnym klimacie, robiąc przy okazji drugi już w tym miesiącu wypad na literackie amerykańskie Południe. Także jeśli macie ochotę to wiecie, ja tu będę.

2 thoughts on “Książki kucharskie albo jak trudno pisze się o jedzeniu

  1. Faktycznie większość książek o jedzeniu podaje składniki i recepturę, a chciałoby się jednak czegoś więcej. Poszukam przynajmniej niektórych z polecanych przez Ciebie tytułów.

    1. Koniecznie daj znać, jak któreś znajdziesz. Niektóre biblioteki mają też dobry zwyczaj kupowania książek kucharskich do swoich zbiorów :). A niektóre pozycje są jeszcze na pewno w księgarniach – książki kucharskie to w sumie taki dobry, nie starzejący się aż tak bardzo gatunek 🙂 – czy może inaczej: rzadko wychodzący z mody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *