Akcja „Nobliści” albo o wartości akcji czytelniczych

Akcja
„Nobliści” – z czym to się? O co chodzi? OK, może to drugie
pytanie trąci banałem, bo przecież od razu wiadomo, o co chodzi: o
czytanie pisarzy uhonorowanych literacką Nagrodą Nobla.
Można
by na taki pomysł wpaść samemu, ale ja jakoś potrzebowałam
zobaczyć, że jest taka „akcja”. Wszystkie te akcje czytelnicze
kiedyś mnie bawiły, teraz jednak uważam, że są bardzo
pożyteczne. Skąd to nawrócenie? Wydaje mi się, że w momencie,
kiedy tyle rzeczy odciąga człowieka od czytania o pojawia się
coraz więcej pokus, żeby porzucić słowo drukowane, wszystkie te
akcje działają bardzo zachęcająco. Wyzwalają w człowieku taki
prosty mechanizm „odhaczania”. Ja, na ten przykład, uwielbiam
robić listy – książek do przeczytania, przeczytanych, takich,
które dostały jakąś nagrodę etc. Nie zawsze je wcielam w czyn –
czy może raczej robię to, ale rzadko systematycznie, raczej
zrywami.

Dlatego
czytanie Noblistów jest dla mnie akcją czytelniczą idealną. Nie
ma wyznaczonego żadnego terminu ani zbyt wielu obostrzeń. Po prostu
polega na czytaniu książek autorów, którzy dostali Nobla, a tych
jest od wyboru do koloru. Epika, liryka, dramat – co się komu
podoba. I w dodatku już na starcie ma się zwykle przeczytane
przynajmniej coś polskiej czwórki (Sienkiewicz, Reymont, Miłosz,
Szymborska), więc od razu przyjemność „odhaczenia” jest, no,
może nie wielka, ale jakaś.
Skąd
się dowiedziałam o akcji? Z mojego ulubionego portalu książkowego,
czyli z Biblionetki. Biblionetka ma oczywiście, jak wszystko chyba,
swoje wady, ale ja jestem do niej przywiązana. Lubię długie
recenzje, dyskusje o książkach, obserwowanie społeczności, która
się tam z biegiem lat wytworzyła i nade wszystko różne akcje
czytelnicze, które się tam spontanicznie formują. Z Noblistami
było tak, że oprócz tworzenia list, uwielbiam też czytać listy
innych – przez dłuższy czas więc obserwowałam innych,
czytających dane książki i patrzyłam, jakie mają strategie.
Jedni są wytrwali, inni czytają zrywami, jeszcze inni chyba –
sądząc po tym, że jako ostatniego na liście „do przeczytania”
mają Mo Yana – odpadli po drodze. Aż w końcu nie oparłam się
pokusie sprokurowania własnej listy i wsiąkłam.
I tak
sobie od trzech lat, nieregularnie, czytuję Noblistów. Dobra jest
to akcja, bo zmusza czasem do sięgnięcia po książkę, po którą
normalnie bym nie sięgnęła i byłabym kulturalnie niedokarmiona.
Dobra jest też z tego względu, że dostarcza mi dużej uciechy w
antykwariacie, kiedy za dwa złote dostaję książkę jakiegoś mało
znanego Noblisty. Poza tym wymówka, że czyjejś książki nie da
się dostać, w przypadku Noblistów dość często nie ma racji
bytu, bo kto jak kto, ale oni (zazwyczaj) są całkiem nieźle
reprezentowani, nawet w niewielkich bibliotekach (nie wspominając o
tym, że sporo dzieł Noblistów, zwłaszcza tych starszych, da się
znaleźć na Wolnych Lekturach). Zawsze da się więc coś do
nastroju dopasować.
Bardzo
lubię też czytanie tych mniej znanych Noblistów, o których się
zwykle nie pamięta (a przynajmniej ja nie pamiętałam – albo
nawet nie wiedziałam – nigdy). Odkrywanie książek pisanych przed
wiekiem albo o czymś zupełnie egzotycznym (niekoniecznie w sensie
„orientalnym”) sprawia mi zawsze sporą przyjemność. Oczywiście
nie jest tak, że każdy Noblista powala mnie na kolana; na szczęście
stosunkowo rzadko wzdragam się z niesmakiem. Szkoda mi zwłaszcza
Noblistów-poetów, bo część z nich do dzisiaj nie doczekała się
przekładu swoich tomików, a zagościła wyłącznie w zbiorowych
antologiach. To bodaj największy problem. Oczywiście, że czytanie
w obcych językach kształci – problem polega na tym, że nie znam
wszystkich języków nagrodzonych prozaików i poetów.
Na 111
pisarzy (niekiedy zdarzało się, że nagroda – przyznawana od 1901
roku – była dawana dwóm literatom w jednym roku) w 2012 roku,
kiedy to zaczęłam swoją przygodę z Noblistami, czytałam dzieła
17. Mało? Zważywszy na to, że o istnieniu niektórych pisarzy nie
miałam pojęcia, i tak byłam (w miarę oczywiście) zadowolona. Od
tego czasu poznałam twórczość jeszcze 13, a w międzyczasie 3
kolejne osoby zostały laureatami nagrody. Ale zamiast suchej
statystyki może garść prywatnego rankingu.
Pierwszy
laureat poznany po przyłączeniu się do akcji:
Gerhart
Hauptmann. Tym, którzy o nim słyszeli, zazwyczaj kojarzy się jako
autor realistycznych, zaangażowanych społeczenie sztuk teatralnych.
Ja zupełnie nic o nim nie wiedziałam, ale skusiły mnie do
sięgnięcia po jego twórczość dwie kwestie. Pierwsza, że żył i
tworzył na Dolnym Śląsku, pod Jelenią Górą. Druga, że nie
został wysiedlony po 1945 roku, bowiem zmarł i wdowie wraz z
prochami pisarza pozwolono z honorami opuścić tereny przyznane
Polsce po II wojnie światowej specjalnym pociągiem. Pomyślałam
więc, że klimat Hauptmannowskich opowieści będzie mi bardzo
odpowiadał. I trochę tak jest, a trochę nie. Przeczytałam zbiór
jego opowiadań (z dość paskudną okładką), „Karnawał”.
Niektóre opowiadania są znakomite (w zimową noc sięgnijcie po
tytułowe – dreszczyk gwarantowany!), inne średnie („Dróżnik
Thiel”), inne mocno przeciętne („Apostoł”). Miał jednak
Hauptmann nosa do tworzenia tak zwanej atmosfery i sporo ciekawych
pomysłów. Na pewno coś jeszcze przeczytam.
Tak jak wspominałam, zdjęcia i portrety autorów, które się tutaj pojawiają, pochodzą z wikipedii, najczęściej – tak jak w tym przypadku – z wersji angielskiej.
Największe
zaskoczenie:
„Młyn na wzgórzu” Karla Gjellerupa, zdecydowanie. Skusiło mnie wydanie z
dużymi literami, przypominające książki, które lubiłam czytać
w dzieciństwie: z płócienną oprawą, szyte, takie na pierwszy
rzut oka solidne, nie rozpadające się w czytaniu, bez zbędnych
ilustracji. Nie spodziewałam się porywającego thrillera w
skandynawskich klimatach, ze sporą dozą odpowiednio dawkowanego
klimatu strasznej baśni. Nie wiem, czy to jednorazowy czyn
literacki, czy inne „gjellerupy” też są takie, ale na pewno
sprawdzę.
Ten pan wygląda przecież jak ktoś, kto napisał metafizyczną powieść grozy na duńskiej prowincji,prawda? Trochę Schiller, trochę Kierkegaard.
Literackie
rozczarowanie:
Póki co chyba
opowiadania Alice Munro. Do tej pory przeczytałam dwa zbiory i być
może miałam pecha, jeśli chodzi o wybór (to zresztą osobna
kwestia: jak wybrać dzieło „reprezentatywne” Noblisty?), ale
ani „Uciekinierka”, ani „Jawne tajemnice” mnie nie
zachwyciły, raczej właśnie: rozczarowały. Dlaczego? Trochę jak z
Murakamim: nie lubię nawarstwiania tajemnic, w których mam wrażenie
(bluźnierstwo?), że autorka sama czasem się gubi. Niekiedy z
półsłówek można się czegoś domyślić, ale często cierpi na
tym kompozycja, rzecz absolutnie kluczowa jeśli chodzi o taką formę
literacką, jaką jest opowiadanie. Nie potępiam wszystkich nowelek
w czambuł, część jest całkiem przyzwoita, ale, no właśnie:
przyzwoity to nie jest przymiotnik, którego oczekuję, czytając
dzieła Noblistów.
Tutaj z chęcią bym wstawiła cudowny komiks Braci Minkiewicz z książkowego dodatku do „Tygodnika Powszechnego”, który wyszedł jakoś tak zaraz po przyznaniu Nobla Alice Munro i był naprawdę świetny, sęk w tym, że nie mogę go znaleźć. Postaram się na przyszłość, teraz musicie mi uwierzyć, że jest doskonały (jeśliby go ktoś pamiętał, znalazł i wrzucił w komentarzu z odniesieniem do źródła, byłoby wspaniale!).
Wciąga,
chociaż (chyba?) nie powinno:
Elfriede
Jelinek i jej ciężkie, dosadne, wulgarne, turpistyczne, przesycone
nędzą człowieka i jego klasy społecznej powieści. Nie wiem
właściwie, czemu lubię Jelinek, ale nie umiem się oderwać od jej
książek. Cenię sobie język, którym pisze, ale to już chyba
truizm. Lubię, że podejmuje trudne – a właściwie makabrycznie
trudne – tematy i umie je opowiedzieć w nieco inny sposób. Jasne,
epatuje wszystkim tym, czym da się epatować, ale przy tym jest to
proza jakaś taka… elegancka? Sztuka sama w sobie, pisać o
tarzaniu się w wydzielinach ciała w elegancki sposób.
Nie
zmęczyłam:
Tutaj mam silnych
trzech kandydatów. Każdego z innego powodu musiałam „odstawić”.
„Kraina wódki” Mo Yana, która zmęczyła mnie nieudanym w mojej
opinii szafowaniem realizmem magicznym i bardzo słabym językiem
(wszystkie metafory i porównania na jedno kopyto – ileż można
czytać, że coś wiło się jak robak albo było białe jak robak,
albo wyglądało jak robak w jakiś inny sposób? Kumam, wszystko
jest jak robak; po zrozumieniu tej prostej prawdy porzuciłam książkę
w połowie). „Miasteczko nietoperzy” Dario Fo – to powinien
być Nobel Hrabala. Może jestem stronnicza, ale opowieść Fo o jego
dzieciństwie, w określonej stylistyce, przywodzącej na myśl
właśnie czeskiego pisarza i jego trylogię nymburską, cały czas
prowadziła mnie ku myśli, jak niesprawiedliwa była w tamtym roku
komisja noblowska. Wiem, że Fo jest głównie dramaturgiem, ale
„Miasteczko…” uważam za twór mało udany, kiepsko poruszający
się na drodze, którą wybrał: sielankowa opowieść rozbudzonego
seksualnie chłopca z wydarzeniami wielkiej historii w tle. Nie, nie
i jeszcze raz nie. Sorry, ale Hrabal zrobił to lepiej. I numer trzy,
czyli „Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga. Mam chyba problem z
książkami o zwierzętach zachowujących się jak ludzie. OK,
Kipling właściwie nie tyle stylizuje je na ludzi, bo opisuje przy
tym ich zwyczaje i wyjątkowość, ale te rozmawiające ze sobą
zwierzęta i irytujący Mauli, który jest najzwyczajniej w świecie
głupi… Nigdy nie lubiłam Curwooda, wynudziłam się setnie na
Londonie, a Kipling w tym wydaniu wybitnie mi tych pisarzy
przypomina. Mogłabym chyba mieć koszulkę „Nie płakałam po
Lassie” albo – trochę adekwatniej w tym wypadku – „Czemu Shere
Khan nie zjadł Mauliego?”.

Na
koniec może jeszcze dwa słowa o tym, jakie mam plany na ten rok. Po
co? Bo zapewne kilka słów o tychże książkach pojawi się na
blogu (no i funkcja motywacyjna, nie zapominajmy o niej). Chcę dać
szansę Alice Munro i przeczytać tom opowiadań, które są ze sobą
fabularnie powiązane osobą bohaterki, czyli „Za kogo ty się
uważasz?”. W „Uciekinierce” właśnie te trzy powiązane ze
sobą opowiadania podobały mi się najbardziej, więc może trafię
na „swoją” Munro. „Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza”
Bjornsena – „Marsz weselny” dostarczył mi sporo radości, liczę,
że z drugą ze stosunkowo znanych książek Norwega będzie tak
samo. „Po tej stronie raju” Scotta Fitzgeralda – bo tego
pisarza jeszcze nie znam, więc wstyd i sromota, a na „Wielkiego Gatsby’ego” czuję się jeszcze nie na siłach. „Okruchy dnia”
Kazuo Ishiguro – właściwie jak wyżej, jeszcze nie czytałam i
jestem ciekawa, bo krążą słuchy, że dobra, choć trudna. „Doktor
Żywago” – od dawna się na niego czaję, ale dotychczas
zniechęcały mnie znalezione wydania (małe literki!), teraz chcę
stawić temu czoła, może ebook? „Los utracony” – ciekawa jestem
twórczości Kertesza, dotychczas nie miałam odwagi się z nią
zmierzyć. „Grona gniewu” Steinbecka – bo nie znam jego
twórczości ni w ząb, a czuję, że mi się spodoba; i na koniec:
„Umiłowana” Morrison, bo chociaż „Miłość” podobała mi
się tak sobie, to wypada znać sztandarowe dzieło, powszechnie
zresztą chwalone.
A
wszystko to wpisałam sobie w inną motywującą akcję czytelniczą,
o której na pewno napiszę przy jakiejś najbliżej okazji.
_____________________
Jutro
zapraszam na notkę z zupełnie innej beczki. Będę się
zastanawiała, co takiego mnie oczarowało w serii „Pamiętnik
księżniczki” Meg Cabot, że potrafiłam iść na dalszy
przystanek autobusu, żeby tylko mieć więcej czasu w miejskim na
czytanie kolejnych tomów. Nie samymi Noblistami przecież człowiek
żyje.

Comments

  1. Magdalena

    Jakbyś chciała dać Mo Yan'owi (? dziwnie brzmi) drugą szansę, to polecam "Żaby". Zaraz po przyznaniu mu Nobla sięgnęłam po "Obfite biodra …" i nie zmęczyłam, natomiast "Żaby" były świetne! Bardzo poruszające.
    Gjellerup mnie bardzo zaintrygował.

    1. Post
      Author
      admin

      Wezmę pod uwagę – z kolei słyszałam dużo dobrego o "Obfitych biodrach…" i na to się nastawiałam, ale zerknę w takim razie najpierw na "Żaby" (w sumie to trochę zależy od tego, co będzie w bibliotece, ale liczę, że będzie wybór :-)). Gjellerupa "Młyn…" – naprawdę kawał dobrej, klimatycznej prozy, z takim lekki dreszczykiem grozy, jaki lubię, i niezłe studium charakterów, także warto :-)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.