17 miejsc do czytania albo gdzie czytać, żeby czytać

Tak
jak napisałam, ten blog powstał z prywatnej potrzeby motywacji. W
teorii oczywiście niewielkiej trzeba motywacji do czytania. Nieduży
to wysiłek: usiąść, złapać książkę i przystąpić do
lektury. Ale za to jak poważnie to brzmi! Zrobiła się zresztą
ostatnio moda na czytanie – w opozycji do narzekań na to, ilu
Polaków i ile Polek nie czyta – więc cóż łatwiejszego, niż
czytać?
Dlatego
dzisiaj chcę Wam przedstawić taki miniporadnik dla tych, którzy
tak jak ja, są stworzeniami przekornymi. Jak już czytają, to
mogą bić gromy i nic ich nie oderwie od książki, ale zanim się
za lekturę zabiorą, muszą się umościć odpowiednio. A zatem, jak – z przymrużeniem oka –
uwić sobie czytelnicze gniazdko?

W notce tej musiało się znaleźć miejsce dla człowieka, który czytał na stojąco, odziany w szlafrok i popijając kawę. A potem pisał. Też na stojąco. Nie zdziwicie się, że pozostawał przy tym w szlafroku i nadal pił kawę. Można być pełnym podziwu, ile osiągnął w ten sposób.
Miejsca
do czytania: klasyfikacja podstawowa
Te
zasadniczo dzielimy na miejsca siedzące, stojące i leżące.
Miejsca
siedzące:
najwygodniejsze, chociaż nie zawsze zdrowe. Siedzenie
przy czytaniu nie jest sztuką łatwą. Najlepiej byłoby siedzieć w
wygodnym fotelu, przy dającej ciepłe światło lampie i z kubkiem
dobrej herbaty w ręku. Tak też podpowiada nam kultura, serwując od
stu lat z hakiem podobne obrazy w książkach, a potem i na ekranach
kin i telewizorów. Ale co, kiedy a) nie mamy w pokoju miejsca na
fotel, b) lampa nasza emituje mało przyjemne światło ledowe, c)
trudno nam jednocześnie pić herbatę i przewracać kartki (to
zwłaszcza przy książkach ciasno sklejonych; problem nie występuje
przy lekturze e-booków i rzadko przy książkach szytych)? Zostaje
nam czytanie przy biurku/stole (zalecane przecież w szkołach i
powieściach dla młodzieży z lat 50. i 60.) albo zupełnie
niezdrowe półsiedzenie na wersalce/łóżku (uwaga, grozi
zapadnięciem w drzemkę, zwłaszcza przy mniej porywającej
lekturze!).
Miejsca
leżące:
polecane tzw.
zaciętym czytelnikom, których poduszka i pozycja horyzontalna nie
kusi, by oddać się marzeniom sennym zamiast cierpliwie śledzić
losy bohaterów. Dobrze jest poczytać przed snem (badania
dowodzą, że mózg lepiej się wtedy relaksuje i sen jest
wydajniejszy!). Dla tych, którzy chcą czytać w łóżku o każdej
porze dnia i nocy bez zasypiania, poleca się zagłówki albo
poduszki poukładane na ludowo w kopki – trochę to niebezpiecznie
przypomina miejsce siedzące, ale na upartego ujdzie. Pozycja taka biła rekordy popularności w czasach oświecenia.
Miejsca
stojące:
najczęściej
spotykane wśród profesorów na wykładach, na średniowiecznych
uczelniach i w domu Honoriusza Balzaka. Akcesoria obowiązkowe:
katedra, wygodne obuwie i dobre oświetlenie. W czasach bardziej nam
współczesnych miejsca stojące często da się wypróbować w
autobusach miejskich w godzinach szczytu. Jeśli zamierzacie tak
czytać – lub już tak czytacie, co jest godne pochwały – należy
opanować również cenną umiejętność właściwego balansowania
ciałem na zakrętach i odpowiedniego zagięcia łokcia wokół
poręczy (pomaga zwłaszcza w newralgicznym momencie przerzucania
stron).

O, tu wszędzie można czytać. Wizja idealna pochodzi, jeśli prawidłowo ustaliłam źródło, z tego tumblra.

Miejsca
do czytania: gdzie można czytać?
Pozycje,
w których czytamy, mogą – choć nie muszą – wiązać się z
jak najbardziej „topograficznymi” miejscami, w których czytamy.
A zatem, nie wahajmy się zadać sobie tego pytania: gdzie można
czytać?
Własne
mieszkanie:
odpowiedź
najprostsza. Największe prawdopodobieństwo znalezienia tego
jedynego, właściwego miejsca do oddania się lekturze wzrasta we
własnym domostwie. Istnieją oczywiście czynniki przeszkadzające
(zgodnie z powszechnie znanym prawem, że „w domu zawsze jest coś
do zrobienia”), ale dzięki odpowiedniemu podziałowi obowiązków
przynajmniej część z nich da się skutecznie wyeliminować.
Pytanie: jakie pomieszczenia nadają się do czytania w domu?
Odpowiedź: wszystkie. Oczywiście wszelkiego rodzaju pokoje dzienne
(patrz: miejsca siedzące), sypialnie (patrz: miejsca leżące), ale
też kuchnia (w przypadku posiadania dużego stołu albo przynajmniej
podpórki pod książki bądź szerokiego parapetu – umożliwia
czytanie przy pracy) i łazienka (przydatne w momencie kiedy nie
idzie nam rozdzielanie obowiązków między innych domowników – można
się schować i rzadko kto zapyta, co my tam właściwie robimy;
trzeba jednak uważać, w jaki sposób przechowujemy tam książki,
bo istnieje niebezpieczeństwo zawilgocenia ich – stąd najlepiej
czytać tam woluminy przyniesione ze sobą albo gazety). Dobrze jest
mieć książki we wszystkich zakątkach, wtedy nie trzeba się
daleko ruszać po to, żeby złapać coś do przeczytania
(wykorzystujmy parapety!).
Cudze
mieszkanie:
wyjście z opresji
na nudnej imprezie/nieciekawych imieninach u ciotki? Porwanie książki
z regału i oddalenie się do nieużywanego akurat pokoju. Sprzyja
pożyczaniu od kogoś („przeczytałem już pierwszy rozdział i z
chęcią dowiedziałbym się, co dalej – mogę pożyczyć?”), co
niebezpiecznie powiększa stos książek do przeczytania w naszym
własnym domu. Nie polecane w domach bez księgozbioru/z
księgozbiorem tak cennym, że starannie chronionym przed gośćmi.
Biblioteka:
a właściwie czytelnia.
Czytelnie mogą być przytulne (wygodne krzesła, szerokie stoły,
zielone filmowe lampki i atmosfera skupienia) albo nie (twarde
siedziska starsze od czytelnika, sąsiad zawalający blaty swoimi
notatkami, szumienie starych laptopów, niemiła bibliotekarka – na
szczęście okaz bardzo rzadki). Zalety: niekwestionowany szeroki
wybór lektury. Wady: zapomnijcie o jedzeniu i często także o piciu.
Kawiarnia:
zazwyczaj to miejsce
rekomendowane modnym, trendy i hipsterskim czytelnikom. Dobrze jest
wówczas czytać na Kindle’u albo przynajmniej coś grubego. Może
też być w (bardzo) obcym języku. Ale nie dajcie się uwieść temu
stereotypowi! Sama często czytam w kawiarniach, ale nie dlatego,
że jestem hipsterem albo czytelnikiem bez życia towarzyskiego – w
kawiarniach często czytają też ludzie, którzy akurat mają chwilę
wolnego między różnymi sprawami i chcą przysiąść nad czymś do
picia i jedzenia, a niekoniecznie chcą obserwować innych
kawiarnianych gości, więc wolą oddać się lekturze książki.
Czasami jest to pozycja przytachana ze sobą, kiedy indziej
(zwłaszcza w tak zwanych księgarnio-kawiarniach) coś znalezionego
na miejscu. W tym ostatnim wypadku grozi nam, że wychodząc będziemy
zaliczać się już do grupy tachającej ze sobą.
Księgarnia:
kiedyś dobrym zwyczajem było
przesiadywanie w Empiku i podczytywanie tych pozycji, których nie
chcieliśmy albo nie mogliśmy kupić. Dzisiaj czytelników w Empiku
widuje się rzadziej, bo i sam Empik stał się bardziej Sklepem z
Różnościami, Wśród Których Są Też Książki. Zalety:
oszczędzamy pieniądze i nie frustrujemy się, że nasza kupka do przeczytania
znowu urosła. Wady: depczą po nas, a poza tym księgarnie też w
końcu zamykają, i co wtedy z naszym bohaterem, którego zdążyliśmy
już polubić (albo znienawidzić i czekamy, kiedy spadnie z klifu)?
Przystanek:
dobre rezultaty w podbijaniu
sobie licznika przynosi czytanie wtedy, kiedy czekamy na coś/na
kogoś. Idealnym miejscem do czekania jest oczywiście przystanek. W
wyjątkowo zatłoczonych miejscach raczej na stojąco, w tych mniej ludnych na siedząco. Komfort czytelniczy zależy od a) pogody,
b) projektanta przystanku, c) kultury współczekających, d) (w
przypadku czekania na nocny) odległość od lampy ulicznej. Istnieje
ryzyko podniszczenia czytanego dzieła (problemy podobne do czytania
w łazience), dlatego dla intensywnych czytelników
przystankowo-zimowo-jesiennych poleca się ceratowe okładki na
książki.
Autobus:
z przystanku płynnie
przechodzimy do czytania w autobusie i innych środkach lokomocji.
Miejsce optymalne, jeśli wsiadacie zwykle gdzieś na początkowych
przystankach danej linii (zasada nie obowiązuje w centrach miast,
gdzie już od drugiego przystanku bywa tłoczno) albo jedziecie
bardzo daleko, a wiecie, że po drodze znajduje się przystanek, na
którym współpasażerowie tłumnie wysiadają. Miejsce niegodne
polecenia osobom z chorobą lokomocyjną i lubiącym podsłuchiwać
rozmowy innych prowadzone w środkach lokomocji, za to godne
polecenia dla tych, którzy mają kłopoty ze znalezieniem sobie
czegoś do czytania: warto wtedy zająć strategiczną pozycję za
osobą, która czyta coś, co wygląda smakowicie i rozkoszować się
lekturą (wada: odmienne tempo czytania – nie zawsze właściciel
czytanego obiektu zgadza się dostosować do waszego tempa, ale można
grzecznie i z pokorą pertraktować). Może przynieść wydłużenie
się listy pozycji „do przeczytania” i poszerzenie horyzontów poznawczych (zwłaszcza, jeśli chodzi o różne opcje
światopoglądowe – wówczas zajmujemy strategiczne pozycje za
osobami czytającymi prasę).
Gotyckie
zrujnowane opactwo:
miejsce dla
tych, którzy potrzebują klimatu, atmosfery i adrenaliny, żeby
czytać. Gratka dla fanów horrorów. Nie polecane osobom o słabych
nerwach, z tendencjami do przeziębiania pęcherza i słabym wzrokiem
(jak wiadomo zrujnowane gotyckie opactwa są często źle
oświetlone).

Takie śliczne zakładki robi pani z tego bloga (i nie tylko zakładki, dodam dla porządku). Warto chyba spędzić nieco czasu z klejem i nożyczkami, żeby w ten sposób zaznaczać miejsce, w którym się zasnęło.
Miejsca
do czytania: gdzie zacząłem/zaczęłam czytać i gdzie skończyć?
To
problem bardzo skomplikowany, ale postaram się przynajmniej nieco
uporządkować szaleństwo możliwości. Jak wiadomo, książki
wydawane są różnie. Jedne mają druk duży, inne pracują ciężko
na sukces okulistyki. Czytając w różnych wyżej wymienionych
miejscach nie zawsze mamy możliwość skończenia lektury w miejscu,
w którym byśmy chcieli. Czasami zasypiamy z książką (patrz
znowu: miejsca leżące). No to: jak żyć?
Akapit:
metoda zasadniczo bardzo
prosta, usiłujemy doczytać do końca akapitu. Problematyczne w
przypadku czytania klasyków (zwłaszcza Kafki), gdzie akapity ciągną
się stronami. Metoda przydatna zwłaszcza dla wzrokowców, którzy
umieją od razu po otwarciu strony zlokalizować akapit, na którym
skończyli.
Wyznaczone
miejsce:
sposób nieco
trudniejszy i wymagający lepszej pamięci. Silną wolą i
opanowaniem wybieramy miejsce na stronie, w którym kończymy
lekturę. Na przykład drugie zdanie w czwartym akapicie od dołu.
Pomaga często czytać od nowa całą stronę i sprzyja lepszemu
przyswajaniu treści (patrz: czytanie od nowa całej strony). Trudne
do stosowania w książkach z małym drukiem. Sposób dla
zdeterminowanych i samozdyscyplinowanych.
Zagięty
róg:
sposób drastyczny i
właściwie wyłącznie do stosowania w książkach własnych
(chociaż książek nie traktuję jak świętości to daleka jestem od
rekomendowania zaginania rogów w książkach bibliotecznych i
pożyczonych). Nie pozwala też na dokładne zaznaczenie miejsca, w
którym się skończyło. Mimo to jest dość często spotykany.
Zakreślanie
linijki:
sposób jeszcze
bardziej drastyczny. Obecnie już rzadko spotykany, ale zajrzyjcie do
książek z biblioteki szkolnej, a na pewno go doświadczycie. W
czasach mej wczesnej młodości szalenie popularny i równie mocno
tępiony przez nauczycieli i bibliotekarzy. Właściwie nic dziwnego
– od chwili zakreślenia już każdy wie, gdzie skończyliście.
Szczególnie denerwujące wtedy, kiedy czytający książkę przed
wami kończył co kilka stron. Albo akapitów. Dla zaznaczeniowych ekshibicjonistów.
Strona:
sposób w teorii najprostszy,
wystarczy doczytać do końca strony i już. Sęk w tym, że często
lądujemy wtedy w połowie zdania, więc czytamy dalej i tak kończymy
na akapicie (patrz: akapit). Warto wtedy już dociągnąć do końca
takiej strony, która kończy się kropką. Co jednak, jeśli właśnie
wtedy bohater spada z klifu? Problem nierozwiązywalny właściwie w
każdym przypadku.
Zakładka:
nie dość, że to doskonały
prezent (i można go wykonać samodzielnie!) to do tego śliczna
pomoc w zaznaczaniu miejsca. Kłopot taki sam jak z zaginaniem rogów,
ale rozwiązanie dużo bardziej estetyczne i nie niszczące książki.
Dostępna w wielu wariantach: dokładnym (zakładka magnetyczna),
pośpiesznym (zakładka z paragonu znalezionego w kieszeni),
zdesperowanym (zakładka z kawałka oderwanej gazety), pakietowym
(zakładka kupiona przy kasie w księgarni wraz z kupowaną książką),
ekonomicznym (zakładka otrzymana w bibliotece, np. z datą
oczekiwanego zwrotu książki), etc.
Większość
tych porad nie ma, niestety, zastosowania przy czytaniu e-booków.
Tam cały problem rozwiązuje dla nas po prostu czytnik. Przychodzą
wam do głowy jeszcze jakieś inne miejsca, związane czy to ze
sposobami czytania, czy z fizycznymi miejscami do czytania albo
z miejscami, w których zaczynamy i kończymy lekturę?

___________________

A jutro kilka słów o „Zjadaniu zwierząt” J.S. Foera. Zapraszam!

7 Replies to “17 miejsc do czytania albo gdzie czytać, żeby czytać”

  1. A propos miłych pań z biblioteki. Ich "miłość" zależy od wielu czynników i bywa kapryśna, no i trzeba je stanowczo oddzielić od kategorii "pani z czytelni". Pani z czytelni z uwagi na dużo bardziej bezpośrednio sprawowaną kontrolę nad procesem czytania potrafi być czasem o wiele mniej miła, neurotyczna i wymagająca dokumentu poświadczającego tożsamość, ale nie tego, innego.

    1. Drogi Anonimowy,
      faktycznie zapomniałam o paniach z czytelni! Ale wierzę, że da się pokonać ich srogość urokiem osobistym :). Sama miałam kiedyś spore problemy z dostaniem upragnionej książki w czytelni i wspominam to do dzisiaj z pewnym dreszczem przerażenia ;).

  2. A propos miejsc na kończenie czytania – zawsze zostaje doczytać do początku nowego rozdziału, ale… Co jeśli rozdział ma 20 stron, a na drugiej nasze oczy oglądają już coraz dłużej powieki od wewnętrznej strony, ziewanie zakłóca słyszenie czegokolwiek, a na zegarku północ…? Najczęściej kończę na jakimś charakterystycznym graficznym elemencie na stronie, np. rzucającym się w oczy króciutkim dialogu, do tego z wykrzyknieniami.
    Co się tyczy pisania po książkach, zaznaczania w nich… Tylko szkolne i tylko "moje własne prywatne". Inaczej – zbyt drastyczne, żal książek.

    I pamiętajmy – nie róbmy z książek piramidek! Lepiej przełożyć nawet paragonem czy biletem z pekaesu… Książki też mają uczucia 🙂

    1. Tak, graficzny element na stronie to jest to! Zwłaszcza szybki dialog bez wskazówek odautorskich, od razu jest takim "wcięciem" w bloku tekstu – chociaż to metoda trudniejsza do zastosowania w momencie, kiedy autor lubi długie, erudycyjne dialogi ;).

      Osobiście nie mam nic do pisania po książkach (jak wspomniałam, nie traktuję ich jako świętości), ale to prawda, że tylko w swoich książkach, bo jednak inaczej zwracamy uwagę kolejnego czytelnika na to, co nam w tej książce się spodobało (albo nie), przez co możemy wpływać na to, na co on zwróci uwagę itd. No i ta metoda z zakreślaniem linijek była za moich dawnych szkolnych czasów naprawdę popularna (aż za popularna), brr.

    2. Niestety, nadal są tacy mole książkowi, którzy co akapit "kończą", skrupulatnie wszystko zaznaczając… Gumka do ścierania i zacieram ślady, bo fee. Gorzej, jak długopisem 🙁
      Ale "miłe panie" też pilnują, swoją "miłością" nieźle przerażając niewtajemniczonych i pozbawionych szacunku zaginaczy rogów, gniotaczy okładek i zalewaczy stron 🙂

    3. No tak, gorzej jak niewtajemniczony, porażony "miłością", ucieknie i z biblioteki, i od książek ;).

    4. Oj oj, takich lepiej się wystrzegać! Nie wolno się dawać przeciwnościom losu, tym bardziej w postaci nieżyczliwych osób, bo takich niemało! 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.